Logo
Recenzje

Piętro wyżej

30.07.2026, 08:48 Wersja do druku

Sąsiedzi z góry Cesca Gaya w reż. Witolda Mazurkiewicza w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Wojciech Lipowski w miesięczniku Śląsk

fot. Dorota Koperska / mat. teatru

Trudno sprzeczać się na temat faktów, szczególnie w sierpniu, gdy ludzie prowadzą rozmowy w innej atmosferze niż zazwyczaj. A fakty są takie: dwie pary spotkały się pewnego wieczoru. Wieczór jak inne, nieco nudny, zmęczenie dawało się we znaki, coś wisiało w powietrzu. Ona patrzyła w okno, zadumana, zrezygnowana, otwarta na jakieś nowe sprawy, które trudno było nazwać. On nie był zadowolony, że zaprosiła sąsiadów. Do Any i Julia mieli przyjść goście. Co za banał. Ile takich spotkań odbywa się na świecie? Miliony i co kogo obchodzi o czym tam się gada, co ogląda, kogo oszukuje, komu zazdrości, jakie trunki spożywa?

A jednak w tym przypadku wszystko wyglądało inaczej. Sąsiedzi, którzy zeszli piętro niżej, psychoterapeutka Laura, nieco bezpośrednia i jowialny, ekscentryczny strażak Salva nie mieli przecież złych zamiarów. A jednak nie trzeba było długo czekać, aby stać się świadkiem rozpamiętywania skrywanych doświadczeń, które nie tylko uruchomią lawinę złośliwości i słownych potyczek, ale naznaczą niektórych z towarzystwa na resztę życia.

W letnim, wakacyjnym klimacie, przyglądamy się bohaterom sztuki katalońskiego autora Cesca Gaya Sąsiedzi z góry w reżyserii Witolda Mazurkiewicza i tłumaczeniu Hanny Szczerkowskiej, prezentowanej z powodzeniem w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Na ścianach salonu bohaterów tej komedii, co komedią co rusz być nie chce, wiszą niezwykłe, pełne niepokojących, rozedrganych barw obrazy autorstwa Aleksandry Szempruch, które jak cała scenografia, także jej pomysłu, organizują od razu przestrzeń, gdzie toczyć się będzie psychologiczna gra między czwórką ludzi, którzy szukają sposobu, aby gniotąc piękny i drogi dywan powiedzieć wszystko o sobie tak, aby nie powiedzieć w istocie niczego. I tu mistrzostwo autora oraz reżysera osiąga sprawność, bo obaj na różnych płaszczyznach potrafią z tej pozornej pustki wyciągnąć takie sprawy, które, jak to się mawia, przyprawiają o ból głowy, a przynajmniej budują efekt zaskoczenia.

Cesc Gay to Francesco Gay Puig, hiszpański reżyser, scenarzysta filmowy, aktor, dramaturg i pisarz. Szerzej znany miłośnikom filmu z tytułów Nico i Dani (2000), W mieście (2003), Fikcja (2006), Sentimental (2020), czy najbardziej oglądanego Trumana (2015). Sztuka Sąsiedzi z góry swą premierę miała w rodzinnym mieście reżysera Barcelonie w 2016 roku i tam odniosła wielki sukces, podobnie jak 53 niedziele pokazane tamże cztery lata później. Cóż takiego stało się u Any i Julia między półmiskiem z drogą szynką a kieliszkiem szykownego wina, którego cena dotknęła do żywego pana domu, gdy się o nią zapytał żony? Ano empiria codzienności.

Tam na górze już od dawna działy się rzeczy odbiegające od schematu życia mieszczańskiej rodziny. I nie obchodziłoby to absolutnie nikogo, gdyby nie odgłosy dochodzące spod sufitu, dodajmy bardzo nieprzyzwoite, nasilające się w późnych godzinach nocnych. Bez pruderii, szanowni państwo, gdyby poprzestać na tym niezręcznym motywie, zakończylibyśmy omawianie tekstu Cesca Gaya, który w jednym z wywiadów wyznał, że pomysł Sąsiadów zrodził się z jego osobistych doświadczeń, bo te wspomniane odgłosy zafundowali mu nowi sąsiedzi i trudno je było na dłuższą metę wytrzymać. Gay znalazł odtrutkę, napisał tekst, którym się w tym letnim miesiącu zajmujemy. Autor zestawił dwie pary, odmienne osobowości, charaktery, spojrzenia na rzeczywistość, także tematy tabu. Zespolił dwa nieprzystawalne, zantagonizowane światy i zrobił to pomysłowo aż zaiskrzyło, co ciekawie pokazał na scenie reżyser.

I to nie jest do końca tak, że na dole panoszy się i stroszy stateczne mieszczaństwo z pianinem, dywanem, ustalonym rytuałem godzin, tygodni, miesięcy, lat a na górze rozpusta, muzyka, wino, śpiew. I nie bardzo wiadomo dlaczego na dole nauczyciel muzyki, ten od pianina, gdy znudził mu się kolejny nudny wieczór z żoną uciekał na dach podobno oglądać gwiazdy przez lunetę, a ona z kanapy lub przyklejona do okna patrzyła w zasnutą dal, jakby dało się ją dojrzeć na podwórku. To wszystko gra pretekstów.

Mazurkiewicz prowadzi ją mistrzowsko, bardzo konsekwentnie, bo chce nas zmylić pozorem. Mamy uwierzyć, że na pozór dostaliśmy obraz przeciwieństw, które łatwo zdefiniować, opisać, przewidzieć. Otóż nie. To zdenerwowanie tych z dołu na odgłosy erotycznych zabaw tych z góry jest niczym innym jak maskowaniem, by użyć terminu z pola bitwy, okrutnej pustki międzyludzkiej. Brakiem odwagi, by wypowiedzieć bolesne, ale prawdziwe słowa o nieradzeniu sobie z życiem, co przesypywać się zaczęło między palcami i jednym, i drugim. Do spotkania doszło, ale opisy tego, co miało dziać się piętro wyżej podczas grupowych, jak się okazało, spotkań towarzyskich, sprawiły, że pan domu, który miał sprawę ostatecznie wyjaśnić między jednym a drugim kęsem wybornej szynki, zapadł się w sobie i nie zdołał, jak zakładał, rozwiązać sąsiedzkiego problemu.

Przeciwnik był trudny, obdarzony szczególnymi zdolnościami zjednującymi mu przyznających rację, adorowany jawnie przez znudzoną życiem żonę, ekscentryczny, żywiołowy i, last but not least, otwarty na nowe doznania oraz doświadczenia. Nie przewidział także nasz nauczyciel, iż Laura i Salva wiedzą dużo, o wiele więcej niż powinni. I o tym skąpym odzieniu pani z dołu, gdy wychodzi z łazienki wiedząc, że podgląda ją obcy astronom, czyli strażak, i że Julio na tym dachu i nawet w windzie to nie tylko gwiazdy ogląda. No i tak od słowa do słowa pośród tych farsowych numerów, które ludzie uwielbiają oglądać w teatrze, a stare są jak świat, dochodzimy do prawdy, czyli nazwanej wyżej pustki, braku, niepokoju, co wsiąkać tym ludziom zaczął w piasek milczenia.

W jednej chwili, pośród rubasznych erotycznych propozycji strażaka i przeprowadzonej otwarcie na pani z dołu psychoterapii przez panią z góry dowiedzieliśmy się, że oglądamy na scenie egzystencję pęknięć, uczuciowego regresu, zwykłego braku miłości. Ci ludzie, jedni pogubieni do bólu, drudzy do bólu niby wyzwoleni, co nocnymi odgłosami zagłuszają własne mielizny uczuć, mają wspólny mianownik: nie wiedzą jak nazwać niepokój, odnaleźć jego źródła, dojść do życiowej pewności.

Dużo kłujących serce spraw pojawia się w drugiej części Sąsiadów z góry, ale niewiele odpowiedzi. Może są zbędne. Reżyser przekonująco, nawet dobitnie pokazał, że nie ma zamiaru skomponować przepisu na szczęśliwe, udane życie czwórki bohaterów, chodzi mu raczej o to, aby w formie złudnie lekkiej komedii przedstawić powstawanie wspólnoty ludzi nękanych podobnymi problemami. Każdy ma tutaj prawo do wyboru maski, za którą ukryje prawdę o sobie, ale są takie sytuacje w kompozycji całości spektaklu, gdy muszą opaść i cała prezentowana powyżej niestosowność czy śmieszność wybujałych intymnych doświadczeń przestaje mieć znaczenie, a liczy się wyłącznie tak usilnie kamuflowane „ja".

Tragifarsa katalońskiego artysty to coś na kształt rachunku sumienia z życia rozedrganego emocjami, barwami, zmęczonego całym tym modnym udawaniem męsko-damskich podbojów bez opamiętania i granic. Ana i Julio są już od siebie bardzo daleko nie dlatego, że wygasło uczucie i nie biorą udziału w głośnych grupowych spotkaniach na górze, ale dlatego, że nie potrafią rozmawiać ze sobą o żalach, emocjach, schowanych głęboko urazach. Nie zmienią tego erotyczne propozycje sąsiadów, bo na milę pachną zgrywą wieku średniego, stanowią katalizator życiowych strat, rozczarowań i przypadkiem lub nie zburzyły pozorny porządek ich związku. Pozostaje refleksja, próba zrobienia, jeśli to możliwe, jakiegoś ładu w życiu, przywrócenia równowagi ważnych spraw, uświadomienia prawdy o wspólnocie losu z możliwością naprawy błędów. Jednak bez odpowiedzi pozostanie pytanie czy oczyszczająca wiwisekcja przyniesie pożądane rezultaty.

Aktorzy występujący w tej przemyślnie skonstruowanej tragifarsie mają zadanie niełatwe, bo muszą zestroić się niczym zespół muzyczny i zagrać unisono. Skala możliwości twórczych jest tu ogromna, daje pole do popisu, ale jednocześnie ogranicza. Zdecydowanie na scenie zagrał zespół. Rozumiejący swoje role, zadania, świadomy możliwości. Anna Guzik-Tylka (Ana) i Marta Gzowska-Sawicka (Laura). Dwa przeciwieństwa, dwa światy, wrażliwości, spojrzenia. Pierwsza zbudowała przejmujący portret kobiety samotnej, pogubionej i wycofanej. Pozornie nostalgicznej i zmęczonej małżeństwem, ale wciąż czekającej na cud, który w jej odczuciu na pewno się zdarzy. Paleta nastrojów wygrana bez fałszywych dźwięków. Druga ukryta za maską nadekspresji, wiecznego niezaspokojenia, otwarta na nowe doświadczenia, a jednocześnie pełna dystansu do tego, co wyraża, projektuje. Czy taka jest w istocie, czy to tylko iluzja, aprawda jest inna? To portret pod tytułem kobieta-niedopowiedzenie.

Panowie tworzą odrębne portrety. Piotr Gajos jako Julio, mężczyzna na progu wypalenia, skłócenia z życiem, znakomicie pokazujący jak można budować cięte, cyniczne repliki, obnażające pustkę małżeństwa, z którego odpłynęła miłość. Tak naprawdę wrażliwy, pełen strachu o przyszłość, co aktor wygrał w swej interpretacji udanie. No i jeszcze brawura Tomasza Lorka jako strażaka Salvy. Tu nie ma hamulców, świetna organizacja życia, gra emocjami punktuje wszystko, choć czy ta pewność siebie oraz siła, eksponowanie ogromnego potencjału męskości, nie jest aby jedną wielką iluzją zasłaniająca ewidentne i niewypowiedziane problemy? Lorek czaruje, wzrusza i niepokoi. Jest przy tym świadomy konwencji, w jakiej przychodzi mu wystąpić, gdy tworzy wizerunek swojego bohatera. Czy ta kolejna historia o braku miłości, niespełnieniu i niedopasowaniu, małżeńskiej dramie dopisała coś więcej do tylu podobnych? Z pewnością, skoro budzi emocje i przyciąga odbiorców. Może tkwi w jej pozornie błahym i naiwnym entourage'u ten rodzaj empatii, który ujmuje i prowadzi do niewymuszonego porozumienia między ludźmi, kiedy wyzwalają się ze śmieszności, pozbywają naiwności, sztuczności, stając naprawdę sobą. 

Tytuł oryginalny

Piętro wyżej

Źródło:

Śląsk 2026/8

Autor:

Wojciech Lipowski

Data publikacji oryginału:

30.07.2026

Sprawdź także