„Co się wydarzyło w Madison County” Marshy Norman i Jasona Roberta Browna w reż. Jakuba Wociala, wyprodukowany przez Broadway w Polsce, gościnnie w STUDIO teatrgalerii w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Wyjątkowo rozśpiewany to początek sezonu. W gościnnych progach Teatru Studio zawitał na kilka dni premierowego setu musical „Co się wydarzyło w Madison County” wyprodukowany przez Broadway w Polsce. I tak jak niedawno pisałem o skromnym, skupionym na dialogu, niedzisiejszym teatrze Bogdana Michalika pokazanym we Współczesnym, podobnie, i ten musical wydaje się być nieco z innej epoki. Epoki bez multimediów, bez rozszalałej feerii świateł, bez wielu skomplikowanych układów zbiorowych, bez oszałamiających blichtrem kostiumów. Ze stosunkowo ubogą, choć dopracowaną w szczegółach scenografią Martyny Domozych, w której mosty są ledwie płachtami ulotnego materiału, a zwisające z sufitu liny i gospodarskie narzędzia stanowią bardziej artystyczną instalację. Mimo wielkiej sceny reżyser Jakub Wocial postawił na intymny charakter opowieści skupionej na rodzącym się uczuciu głównych bohaterów i wyśmienitych wokalach obsady.
Mamy połowę lat sześćdziesiątych. Na zakurzoną amerykańską prowincję płaskiego jak stół stanu Iowa przybywa fotograf National Geographic Robert Kincaid, chcąc zrobić reportaż o zadaszonych mostach hrabstwa Madison. Problem ze znalezieniem mostu Rosemana sprowadza jego niebieskiego pick-upa na farmę Johnsonów, gdzie spotyka włoską emigrantkę Francescę. Jej mąż i dwoje dzieci wyjechali na kilka dni do Illinois na krajowy konkurs bydła, a ona odpoczywa od codziennych obowiązków nicnierobieniem. Może więc pomóc nieznajomemu i wskazać drogę. Od mrożonej herbaty, przez piwo, wspólną kolację i rozmowy o samotności i niespełnionym życiu, oboje dochodzą do punktu, w którym tęsknota za drugim człowiekiem i pragnienie miłości biorą górę nad rozsądkiem. Spędzone razem cztery dni zostawiają ślad na całe życie. Ale czy muszę o tym pisać? W końcu filmowy pierwowzór z Meryl Streep i Clintem Eastwoodem wycisnął morze łez z niejednych oczu, a historia nieszczęśliwej, bo zbyt późno odnalezionej miłości należy do kanonu kinowego romansu.
Musical odtwarza tę opowieść z czułością, a nasycona emocjami muzyka Jasona Roberta Browna sprzyja ocieraniu oczu, zwłaszcza damskiej publiczności. Sekcja smyczkowa, fortepian, akustyczne gitary i perkusja zebrane pod kierownictwem Ignacego Matuszewskiego budują romantyczny klimat, niekiedy tylko skręcając w stronę wiejskiej atmosfery amerykańskiej lub włoskiej prowincji. Jako się rzekło, największą siłą „Co się wydarzyło w Madison County” są jednak głosy aktorów. Przyznam, że nie przepadam za wysokimi tonami w musicalu. Sopran kojarzył mi się dotychczas ze ścianą niezbyt przyjemnego dla ucha dźwięku połączonego z całkowicie niezrozumiałym tekstem. A potem zaśpiewała Anna Federowicz. Czysto, bezbłędnie, wyraźnie i niezwykle przejmująco. Nie wiem, czy potrafię to nawet ubrać w słowa – głos operowej diwy zamknięty w postaci Franceski wyraża cały żal, niemoc, wewnętrzne rozbicie i porywy serca, które targają tą postacią. Widać, że jeśli śpiewać o miłości, to tylko jak Celine Dion czy Whitney Houston. Albo jak Anna Federowicz. Aktorka buduje rolę stopniowo, od pogodzonej z codziennością, obowiązkami i życiowymi kompromisami gospodyni do trafionej strzałą Amora kobiety, która przejrzała nagle na oczy. Wspaniale partneruje jej Jakub Wocial, którego miękki wokal delikatnie otula, koi i powoduje powolne rozpływanie się słuchacza. Nie dziwne, że można się zakochać. Wspaniale wypadają duety tej pary, zestrojone w idealnej harmonii, niczym dusze ich bohaterów. Perfekcyjne wykonania kolejnych songów idą w parze z aktorską prawdą – żar opanowującego ich uczucia można odczuć na własnej skórze.
Miłosna historia rozgrywa się równolegle z rodzinną opowieścią. Przemysław Niedzielski w roli Buda, męża Franceski, ucieleśnia stereotyp amerykańskiego farmera, prostego gościa od ciężkiej roboty, któremu zbytki nie są potrzebne do szczęścia, a patriarchalny model rodziny jest jedynym jaki zna. Ale to kochający na swój prostolinijny sposób mąż, wydzwaniający kilka razy dziennie, troskliwy i opiekuńczy, nawet jeśli brakuje mu nieco ogłady i zrozumienia. Co zrobić, męska solidarność spowodowała, że zrobiło mi się żal chłopa, któremu właśnie przyprawiają rogi. A przecież śpiewać potrafi znacznie lepiej od jakiegokolwiek farmera. W podróży z byczkiem Stefanem towarzyszą mu podrośnięte już dzieci, kłótliwi i niesforni Katarzyna Niedzielska oraz Bartosz Łyczek, którzy także dostaną szansę udowodnienia swych wokalnych możliwości. Element komediowy wprowadzają sąsiedzi obserwujący i komentujący życie Johnsonów z pobliskiego domu – ubarwione nutą country dyskusje Marge i Charliego, czyli Sabiny Karwali i Dominika Bobryka, pokazują małżeństwo długie stażem, trochę już sobą zmęczone, ale w głębi prawdziwie kochające. Zwłaszcza Sabina Karwala budzi sympatię rozgorączkowaną postawą, ciągłymi małżeńskimi prowokacjami, ale i chłodnym rozsądkiem – ona dobrze rozumie Franceskę, bo wie, co znaczy samotność. Listę śpiewających artystów zamyka dziarsko krzesząca skry kowbojskimi buciorami Natalia Kujawa, która obok fantastycznych jak zwykle songów wciela się także w role czysto choreograficzne.
A skoro już o tym mowa, prawdziwym emocjonalnym wyciskaczem łez jest obecność na scenie Namiętności, czyli choreografki Barbary Olech. To bardzo udany zabieg inscenizacyjny na pokazanie wszystkiego tego, czego Francesca nie może lub nie odważa się wyrazić wprost. Tego, co ukryte w pragnieniach rozdartej między miłością a rodzinnymi powinnościami kobiety. Taniec Olech niesie ze sobą pierwsze motyle w brzuchu, niepewność, rozwijające się i rozpalone zmysłowością uczucie, a w końcu dramat podjętej decyzji. Niczym motyl w klatce, szarpiąca się na uwięzi życiowych wyborów. Namiętność rozgrywa własną-niewłasną tragedię miłości bez przyszłości. Poruszające, jak wiele uczuć wyrazić można samą ekspresją ruchu.
„W świecie dwuznaczności taka pewność uczuć przytrafia się tylko raz. Nie powtórzy się” – mówi do Franceski Robert, zachęcając ją, by przekroczyła ten ostatni most dzielący ich od wspólnego szczęścia. Reżyser Jakub Wocial, budując konsekwentnie autentyczną emocjonalną więź z bohaterami, powoduje, że mimo znanego zakończenia jesteśmy w środku opowieści i mimowolnie angażujemy się w rozterki Franceski. A nawet zastanawiamy się, co zrobilibyśmy będąc na jej miejscu. Ostateczny wybór zakochanej kobiety pięknie podkreśla finał spektaklu, a całość zwyczajnie wzrusza mimo prostoty historii. To zasługa zarówno powściągliwie intymnej natury musicalu, jak i przejmującej muzyki, a przede wszystkim wspaniałych głosów artystów wspieranych gorejącą Namiętnością Barbary Olech. Na koniec zostają ocierane całkiem jawnie łzy widowni przejętej poświęceniem, matczyną odpowiedzialnością, a może utraconą szansą na przeżycie prawdziwej miłości. Przypuszczam, że każdy odnajdzie w Madison County własny powód, by uronić kroplę smutku.