22.09.2020, 08:20 Wersja do druku

Pierwsze ostatnie słowo lisa: „Lis w korpo”

Jestem urzędnikiem Ministerstwa Środowiska Naturalnego i Nie. Jako że byłem w DUPiE – Departamencie Uregulowań Populacji i Ekologii – dokonywałem rutynowej inspekcji wysypiska. Kontrolowanie go należało do kompetencji mojego wydziału, ponieważ poza naturalnymi w takich miejscach odpadami sztucznymi, wyrzucaliśmy na nie także ludzi.

Nasza cywilizacja, po wiekach błędów i wypaczeń w dziedzinie ducha, myśli, sztuki, polityki, ekonomii i w ogóle wszystkiego, za co się wzięła, postawiła wyłącznie na cielesną przyjemność. Najmłodsi i najstarsi nam ją psuli. W dalszej kolejności trochę starsi od najmłodszych i nieco młodsi od najstarszych. Zdecydowaliśmy się ich usuwać, pozbywać jak zużytych przedmiotów, przeterminowanej żywności, niepotrzebnych rzeczy. Bez segregowania i szans na recycling. Wkrótce okazało się, że są liczniejsi od nas. Stąd moje służbowe obchody wysypiska. Żeby przypominać śmieciom, kto je tu wysłał, policzyć je i podsłuchać w celu wykrycia ewentualnych spisków. Tak spotkałem, jak wtedy mi się wydawało, Lisa.

Łapę miał uwięzioną w muszli klozetowej jak we wnykach. Musiał w nią wdepnąć szukając jedzenia. Zobaczywszy mnie, zaczął błagać o litość. Powiedziałem, dla żartu, że nie mam. Nie zrozumiawszy dowcipu, chociaż był dobry, ja w każdym razie w duchu zrywałem boki, Lis zupełnie na poważnie poprosił mnie o ostatnie słowo. Skonsternowało mnie to, bo nigdy nie podejmuję takich decyzji. Ani generalnie żadnych. Gdy jesteś w DUPiE, masz robić to, co ci każą przełożeni, a oni każą ci robić to, co ich przełożeni kazali im kazać, żebyś to zrobił. Jest to życie proste, zgodne z procedurami, żadne, ale wygodne, o ile człowiek przyzwyczai się, że jest nikim i nikt, z nim samym na czele, nie oczekuje od niego nic więcej.

Lis wziął mnie za kogoś innego. To znaczy, za kogoś w ogóle. Pomylił się. Pewnie przez to, że miałem na sobie strój myśliwego. Znalazłem go pośród walającego się po śmietnisku syfu. Był jeszcze w fabrycznym opakowaniu. Ktoś snadź dostał nietrafiony prezent i go wyrzucił. Sprawił mi tym samym wielką radość. W końcu nie co dzień zwykły urzędnik może sobie paradować w kapelusiku z bródką i wygodnymi traperami na nogach zamiast ciasnych, czarnych trzewików wypastowanych na regulaminowy glanc. Martwił mnie tylko brak fuzji. Na szczęście wkrótce się na nią natknąłem. Trzymał ją między kolanami, z lufą wycelowaną w czaszkę, poważnie już wybrakowany przez zdziczałe psy, kościotrup. Nie miał stóp, rąk, większości żeber. Zabrały mu je wygłodniałe watahy innych, nietrafionych prezentów – Shih-tzu, Pekińczyków, Mopsów i Pudli. Dobierając się do szpiku, połamały szczęki nienawykłe do takiego wysiłku. Szczątki czworonogów walały się jeszcze wokoło, kiedy przyszedłem. Ogon jednego z psiaków, wprawiony w ruch powiewem wiatru, uniósł się nieco nad ziemię i wyuczonym przez wieki udomowienia gestem bezinteresownego oddania, zamerdał mi na przywitanie.

W pustych oczodołach szkieletu jakieś ptaszki uwiły gniazda. Czaszka nie była uszkodzona. Jej właściciel nie strzelił. Do końca miał nadzieję. Jemu na niewiele się zdała, ale dzięki niej ptaszki mają teraz dom. Ich guano ścieka stróżkami po kościach policzkowych, jak łzy. Szczęścia. Bardzo chcę wierzyć, że szczęścia.

Na kościotrupie zachowały się strzępy ubrania. Zabawne było to, że przypominało mój służbowy uniform. Jeszcze zabawniej zrobiło się wtedy, gdy przypomniałem sobie, że awansowałem w DUPiE po tym, jak mojego poprzednika wyrzucono na śmietnik, kiedy ujawniono, że ma problem z erekcją. To znaczy – miał ją bez problemu, ale nic z nią nie robił. Z jakichś idiotycznych powodów uparł się, żeby nie uprawiać przygodnego seksu, a nieprzygodną, prawdziwą miłość. Świnia.

Skandal obyczajowy, przyczyną którego się stał, zmusił nas do zmiany naszej polityki. Dotąd prowadziliśmy ją pod hasłem niezaglądania nikomu do łóżka. Pokolenia libertynów, opisujących swe wyczyny w lubieżnych powieściach o wolteriańskiej wymowie, ale i zwykłych ludzi z odrobiną ikry, którzy nie ubierali swych żądz w szaty żadnej literatury, obcując z nimi tak, jak je Pan Bóg stworzył, gziły się w strachu, że pod ich posłaniami czai się biskup. Gdy powiesiliśmy ostatniego na latarni, byliśmy przekonani, że historia dobiegła końca. Ona jednak zatoczyła jedynie koło, zaszła nas od tyłu i założyła nelsona. Przypadek mojego poprzednika udowodnił nam bowiem jasno, że ludziom do łóżek zaglądać trzeba, choćby po to, aby przekonać się, czy ktoś w nich z nimi śpi. Wydzieliliśmy więc DUPiE departament Satyrów Rewolucji. Chowali się pod betami świętoszków i wyskakiwali stamtąd jak poparzeni na pierwsze słowa pacierza. Po kilku tygodniach takiej pracy Satyrowie nadawali się tylko na śmietnik. Obolałe kręgosłupy od leżenia pod łóżkami, wymizerowane z niewyspania ciała, zniszczony modlitwami duch. Jak biskupi to wytrzymywali?

Wzdrygnąwszy się z obrzydzenia na wspomnienie tej historii, wyjąłem fuzję spomiędzy kolan szkieletu. Idealnie pasowała do mojego przebrania. Byłem myśliwym pełną gębą. Jej maska przykryła moją właściwą, w pełni mnie charakteryzującą, bo pozbawioną jakichkolwiek właściwości twarz biurokraty. I to właśnie ta myśliwska fizys tak przestraszyła Lisa. Zwłaszcza gdy wykrzyknąłem na jego widok: „Na skręcony pędzel muflona! Toż to mykita!”, chociaż nie miałem pojęcia, co to znaczy. To mój nowy strój podyktował mi te słowa. Nie ukrywam, że przerażenie Lisa bardzo mi pochlebiło. My, w DUPiE, niczego nie budzimy, poza zniechęceniem.

Lis plótł, co mu ślina na język przyniosła, korzystając z prawa do ostatniego słowa, które mu dałem w swej łaskawości, jaką nieoczekiwanie mnie obdarował. A to o jakimś kruku z serem w dziobie, to znów o babie u lekarza albo o jakichś fatalnych jajach. Dużo, bardzo dużo niestworzonych historii. Po kilku godzinach wygłaszania coraz bardziej bełkotliwego monologu, zaczęło mu brakować tematów. Zrezygnowany oparł się na rączce spłuczki. Ta zaś opadła łagodnie, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, a przy tym kompletnie bez sensu. Jak my wszyscy.

Korzystając z pauzy, podrapałem się po kroczu. Raz, że mnie swędziało, dwa, że palec mi zdrętwiał od trzymania na spuście i mogłem go wreszcie rozruszać. Po skończonym ćwiczeniu, uniosłem z powrotem rękę i wycelowałem w Lisa. Przynaglona stalowym spojrzeniem lufy, wena natychmiast do niego wróciła.

– A opowiadałem już panu, jak byłem na fermie drobiu? – ściśniętym do pisku przez lęk głosem rozpoczął nową opowieść – Mówię panu, tam się normalny lis nie połapie, ptaki pozamykane w wieżowcach klatek, od rana do nocy w robocie, tuczą się na cito z krótką przerwą na lunch, nie mają czasu normalnie pogadać, a co dopiero zostać porwane, przecież nie robi się takich rzeczy, tłumaczyły mi, przed deadlinem… co dalej?, co dalej?, o, mam!, kiedy spróbowałem jedną z nich chapsnąć, zwyzywała mnie, proszę wybaczyć, ale to cytat, od fakapów, fa-ka-ka-ka-kap!, fa-ka-ka-ka-kap!, gdakała, i kazała mi się wynosić, może pan spokojnie opuścić broń, nie zbliżyliśmy się nawet do połowy mojego ostatniego słowa, mam nadzieję… na czym to ja?, ach, już wiem!, więc kura gdacząca fakapami kazała mi się wynosić, nie celuj pan we mnie, tylko skup się na opowiadaniu!, myślę, że nosi tytuł Lis w korpo, człowieku, odłóż tę armatę! – krzyknął i zrezygnowany usiadł na brzegu muszli. Ukrył pyszczek w łapach.

Dla pana to tylko bajki – odezwał się po chwili – być może w ogóle to są tylko bajki…

Tu przerwę, bo zanim do tego dojdę, muszę wyraźnie podkreślić, że nie chciałem go zabić.

Tytuł oryginalny

Pierwsze ostatnie słowo lisa: „Lis w korpo”

Źródło:

www.teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Antoni Winch

Data:

16.09.2020