„Nauka pływania” Magdaleny Drab w reż. Evy Rysovej w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku. Pisze Adrianna Wolińska, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Chyba wszyscy mamy jakieś fantazje teatralne. Mniej lub bardziej uświadomione. Moją było zobaczenie na scenie prawdziwego basenu. Ale nie małego, dmuchanego, dla dzieci – marzyła mi się prawdziwa pływalnia, której w spektaklach dziejących się w adekwatnej przestrzeni, reżyserzy zawsze skąpili. Nauka pływania w reżyserii Evy Rysovej w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku to marzenie spełniła. Scenografia Marcina Chlandy jest realistycznym odtworzeniem zamkniętego basenu. Pozbawionego wody, ale nastrojowo skąpanego w niebieskim świetle. Na środku w głębi sceny znajduje się duże okrągłe okno, kojarzące się ze statkowymi bulajami, które służy tu za wejście.
Tekst autorstwa Magdaleny Drab, na podstawie którego powstał spektakl, opowiada o starszych osobach, które przychodzą na zajęcia z nauki pływania. Dwie z bohaterek to siostry: młodsza Jakaś Maria (Ewa Pająk) i starsza Jakaś Krystyna (Bożena Borek). Maria jest tutaj pierwszy raz, przyprowadziła ją Krystyna, która zdaje się przychodzić regularnie. Różnią się temperamentem i sposobami radzenia sobie z przeciwnościami. Młodsza jest wycofana, zlękniona, niechętnie wychodzi do ludzi, za to już przy pierwszej wymianie zdań otwiera się przed rozmówcą: „Teraz nie mam się czym zająć poza zrzędzeniem i psuciem nastroju innym. Ale w tym jestem naprawdę dobra jako samotna matka martwego syna”. Starsza gani ją: „Maria, nie mów ludziom takich rzeczy na dzień dobry”. Krystyna radzi sobie ze starością pozostając w ciągłym działaniu. Jej uczucia wobec Marii są skomplikowane: irytuje ją jej stagnacja i tkwienie w figurze ofiary („Słowo daję, nie mam do ciebie już cierpliwości. Nie możesz być taka miękka. Tak się ze sobą certolić… To, że masz takie życie, to nie jest przypadek. Ty sobie sama na to pozwalasz”), a jednocześnie czuje się za nią odpowiedzialna i wyraźnie się o nią troszczy. Jest w tej trosce stanowcza i rozkazująca. Może wie, że z Marią nie da się inaczej? A może kryzys Marii jest dla niej niewygodny, bo konfrontuje ją z faktem, że nie nad wszystkim da się zapanować? Później dowiadujemy się, że rola opiekunki przypadła Krystynie mimo woli – jej mąż zmarł młodo, zostawiając jej pod opieką dzieci i własnych starszych rodziców.
Osobny wątek prowadzą Jakiś Andrzej (świetnie portretujący wycofanie bohatera Krzysztof Kluzik) i Jakaś Janina (Dorota Lulka). Mężczyzna pojawia się po raz pierwszy w komediowo-dramatycznej scenie chodzenia po śliskich płytkach. Zbliżając się do basenu ostrożnie szura po podłodze, bojąc się upadku. „Wolałbym poważniejszą śmierć. Nie na kaflach. Nie na oczach tylu pań” – monologuje, choć wnioskując po skrytym charakterze tej postaci, raczej w myślach. Introwertyczność Andrzeja nie zniechęca flirciarskiej singielki Janiny, która odnalazłszy jedynego mężczyznę w pomieszczeniu, wdzięczy się tak, jak zwykła to chyba robić od czasów młodości.
Charaktery bohaterek podkreślone są poprzez stroje i charakteryzacje (za nie również odpowiada Marcin Chlanda). Wszystkie występują w kostiumach kąpielowych, odkrywających znaczne partie ciała. Chciałoby się uznać ten fakt za neutralny, ale w naszej kulturze pokazywanie nagości, która nie spełnia opresyjnych kryteriów młodości i chudości, to wciąż (lub raczej: coraz bardziej) odważny gest. Aktorki wyglądają pięknie i naturalnie, mimo lub właśnie dlatego, że dalekie są od standardów wykreowanych przez Hollywood: nie widzimy ciał niezdrowo wychudzonych połykanym w tym celu Ozempikiem ani naciągniętej skóry twarzy. Widok zmarszczek i zwykłych sylwetek cieszy oraz wyzwala.
Kokietka Janina ma na sobie jednoczęściowy czerwony kostium z falbankami na dekolcie i złoty wisior na szyi. Jest mocno umalowana, a jej twarz zdobią blond loki. Kostium Krystyny jest z kolei kolorowy, dominuje w nim odcień żywej pomarańczy. Pomarańczowe są także pływackie rękawki, które ma stale założone; na głowę włożyła biały czepek – jest na basenie by ćwiczyć, nie ma już tyle czasu, żeby go marnować. Maria z kolei ubrana jest w czarny dwuczęściowy kostium, włosy ma związane w luźnego, niedbałego koka. Jest zawstydzona, nie chce zwracać na siebie uwagi.
Aktorki tworzą realistyczne postaci kobiece, które da się lubić, łatwo je też utożsamić z ludźmi z naszego otoczenia. Artystki świetnie portretują sympatyczne przywary starości (upór, „kiedyś to było”, narzekanie), a jednocześnie nie infantylizują wieku. Zdarzają się w tej opowieści znakomite i uderzające obserwacje: „Człowiek w środku się czuje całkiem sprawnie i w ciele też, nie można narzekać, tylko to obuwie człowieka upokarza, te śliskie nawierzchnie, stopnie, ta odzież, te nieporęczne sztućce i długopisy. Mam wrażenie, że wszystko, co mnie otacza, robi się medyczne. Nie noszę już nawet bieli i beżu. Drażnią mnie. Czuję się w tym jak wyposażenie szpitala”.
Bohaterki i bohater czekają aż pojawią się ich trenerzy: Elżbieta (Karina Krzywicka) i jej mąż Janek, także seniorzy, opisywani jako idealna, nieodstępująca się na krok para. Ci zaś długo nie przychodzą, a kiedy w końcu pojawia się Elżbieta – jest sama i wydaje się nieobecna. Opowiada o jeżu, którego ocaliła, wydobywając z drutów, w które się zaplątał. Pytana o Janka mówi, że został w domu. Po chwili domyślamy się, że stan Elżbiety musi być spowodowany śmiercią lub poważną chorobą męża, choć spektakl jeszcze przez dłuższy czas nie wyjawia tej tajemnicy. Ostatni kwadrans znacząco osłabia ogólne wrażenie z przedstawienia. Wcześniejszy, nieco luźniejszy, choć nadal przejmujący, ton także zawierał przeczucie śmierci i żałoby; tak dosadny, dosłownie opowiedziany wątek odejścia najbliższej osoby wydaje się zbyteczny. Często (w teatrze) lepiej postawić kropkę wcześniej.
W ostatniej scenie (wciąż dziejącej się w przestrzeni basenowej, choć równie dobrze mógłby to być dom opieki) widzimy aktorów o co najmniej dekadę starszych – prawdziwych staruszków. Nie do końca wiadomo, po co. Czy twórczynie chciały, żeby uderzyła nas świadomość, ile jeszcze sił życiowych można stracić. Czy jak wiele może się wydarzyć od momentu, w którym myślimy, że jesteśmy starzy? Odebrałam tę scenę jako niepotrzebnie zasmucającą. Ale może z wiekiem zmienię zdanie?
Magdalena Drab NAUKA PŁYWANIA. Reżyseria: Eva Rysová, scenografia, kostiumy, reżyseria światła: Marcin Chlanda, muzyka: Marcin Oleś, prapremiera w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku 26 września 2025.