„Piana dni” Borisa Viana w reż. Igora Mendjisky'ego w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Najkrócej – Colin zakochuje się w umierającej właściwie Chloe, zaś kumpel Colina, Chick, jest groźnie uzależniony od wszystkiego, co związane z filozofem Partre’m (zbieżność z S. nieprzypadkowa). Na tyle groźnie, że posuwa się do nieuczciwości, żeby zdobyć pieniądze na kolejne książki. Pojawia się na scenie również sam Vian – to już autorski wkład reżysera i dramaturga – który to Vian komentuje to, co widzimy na scenie. Ciekawy zabieg, bo mamy tu postać pisarza w wieku już podeszłym, który zmarł młodo i tych lat nie dożył. Cóż nam zatem autor mówi, patrząc na świat i bohaterów, których sam stworzył? No właśnie to – że nic tu nie jest na serio, że dziać się mogą niestworzone rzeczy i dziać się mogą – bo jesteśmy w teatrze, a w ogóle - to tak naprawdę w życiu ważne są miłość i muzyka. I ta akurat teza jest śmiertelnie na serio.
Jest w tym spektaklu coś bardzo empatycznego, coś niesłychanie ciepłego i – uzależniającego, choć nie ukrywam, że pewną chwilę zajęło mi wejście w ten ździebko oniryczny świat, w którym w płucach jednej z naszych bohaterek zamiast raka - rosną nenufary. Ale kiedy już wszedłem to nie chciałem wychodzić, ten surrealizm, którym świat naszych bohaterów został okraszony, wydał mi się jakoś niesłychanie kuszący.
Rzecz – mówić najkrócej - o miłości silniejszej niż śmierć i – o uzależnieniu silniejszym niż wszystko, nie jest to zatem sielanka ani farsa (no… tu się zawaham), zważywszy, że happy endu nie będzie, ale jeśli mielibyśmy koniecznie gatunek Piany Dni nazwać, to byłaby to komedia, choć nie wszystkie sceny oparte na vianowskim absurdzie rozśmieszyły całą widownię. Warto jednak spróbować wejść w ten świat i dać mu się porwać, to wymaga tylko odrobinkę woli, a zapewniam, że wysiłek ów będzie wynagrodzony.