Rozmowa Jacka Cieślaka z Pawłem Demirskim, scenarzystą serialu „Lalka" w „Rzeczpospolitej".
Czy scenariusz „Lalki” — twój, Jagody Dutkiewicz i Pawła Maślony — a w zasadzie przepisanie powieści, bo w bardzo autorski sposób zreinterpretowaliście książkę Bolesława Prusa — to był twój pomysł, czy z taką propozycją przyszli ludzie z Netflixa?
Nie przyszedłem do Netflixa z „Lalką”, natomiast byłem w orbicie scenarzystów tej platformy i jeszcze w trakcie realizacji serialu „Aniela” zadzwonili do mnie Michał i Janek Kwiecińscy z Aksona. Chyba wiedzieli, w jaki sposób myślę o pracy nad kanonem, w jaki sposób reinterpretuję klasyczne dzieła jeszcze z czasu, kiedy pisałem dla teatrów - i złożyli mi propozycję.
Czyli rozpoznano w tobie idealnego autora scenariusza „Lalki” na nowo napisanej?
Tak, natomiast ja potwornie, ale to potwornie się bałem, bo w tej pierwszej rozmowie telefonicznej usłyszałem, że ma powstać film bardzo współczesny. Znając „Lalkę” jako rozległą strukturę pisaną przez Prusa w odcinkach do gazety, wydawało mi się, że film jest poza moją wyobraźnią, bo jednak jestem teraz bardzo zagłębiony w strukturach serialowych. A jeszcze bardziej się obawiałem, że „Lalka” ma być tak uwspółcześniona, że Łęcka będzie używała iPhone'a. Ten obraz strasznie mnie prześladował i nie byłem w stanie się uwolnić od pewnej cringe'owości. Swoją drogą teraz mi to przeszło i wyobraźnia na temat takiego rozwiązania mi się jakoś uwolniła.
Szczęśliwie w czasie kolejnej rozmowy usłyszałem, że chodzi o serial kostiumowy, a ja jestem klasycznym widzem i bardzo kocham kostiumowe filmy. Było więc od czego zaczynać. A na początku Janek Kwieciński powiedział pół żartem, żeby z „Lalki” zostawić rdzeń. Nie trzeba było mi więcej nic mówić, by powstał ośmioodcinkowy zarys historii, w którym oryginalna historia z „Lalki” zamykała się w pierwszych czterech odcinkach, zaś kolejne to była „Lalka” w odsłonie sensacyjnej. Wywiedziona oczywiście z postaci, ale jednak fantazja, czyli to, co by się mogło dziać po końcu książki Prusa.
Tak, z tego, co pamiętam, kończyło się to generalnie chyba w Australii. Ostatecznie mieliśmy poczucie, że chyba za daleko odeszliśmy od oryginału i druga część pracy odbyła się pod hasłem: bądźmy bliżej „Lalki”! Cokolwiek sądzisz o naszej reinterpretacji oryginału, uważam, że jesteśmy bardzo blisko Prusa. Ale nie tylko z „Lalki”, lecz z jego felietonów i kronik, gdzie jest ironiczny i złośliwy. Ma swój pazur, którego, paradoksalnie, jest mniej w powieści niż w jego publicystyce.
Oczywiście wykonaliśmy pracę, którą być może literaturoznawcy nie będą zachwyceni, ale scenariusz rządzi się też swoimi prawami. Poza tym mam oczywiście świadomość, że „Lalka” jest otoczona kultem i już sam ten kult jest ciekawym tematem.
Jedyna udana polska powieść XIX w.?
Wojciech Hass, który, jak wiadomo, zrobił film, pisał, że „Lalka” jest afabularna. I jak się jej przyjrzeć dokładnie - rzeczywiście widać, że to nie było dzieło, którego autor zamknął się w pokoju i pisał do ostatniej strony. Pisał w odcinkach, bo to był serial w gazecie. Jako osoba pisząca roszczę sobie trochę prawo do znawstwa i widzę, że autor coś zaczyna, ale nie sumuje i nie wraca do rdzenia powieści, bo pan Bolesław miał akurat taki dzień.
Wydaje mi się, że zlokalizowaliśmy rdzeń „Lalki”. Poza tym scenariusz jest oparty na bardzo silnych bitach powieści, które wszyscy znają. Czyli srebrny serwis, który jest zastawiony na śniadanie u Zasławskiej, pociąg, Wokulski uczy się angielskiego, licytacja kamienicy.
Wyścigi.
Tak, wyścigi, dziękuję. To te rzeczy, które ludzie pamiętają, więc te bity pozostały, natomiast musieliśmy popracować nad ustawieniem tych historii fabularnie.
Powiedziałbym, że stworzyliście i poszerzyliście dramaturgię, prawda? Wypełniliście postaci, uzupełniliście je.
Teraz, po tym, jak serial już powstał i na dniach jest premiera, wydaje mi się, że stworzyliśmy w nim przestrzenie, które tworzą momentami rewers znanych czytelnikowi wydarzeń.
Pamiętasz, jak zmieniał się twój stosunek do „Lalki”?
Pamiętam, że miałem akurat ospę, kiedy czytałem „Lalkę” po raz pierwszy jako siedemnastolatek. Pamiętam, jak czytam tę książkę i jaką ona mi daje satysfakcję. Wydawała mi się game changerem, bo wcześniej czytaliśmy w szkole przecież „Dziady”, czyli poezję, symbole i życie duchowe trudne do ogarnięcia. A tu nagle w „Lalce” są ulice Warszawy, biznes i ludzie, którzy mówią sobie „dzień dobry”, zamiast mówić o Polsce cały czas. To było ciekawe!
To są korzenie naszej współczesności.
To również bardzo ciekawe a propos dyskusji o „Odysei” jako fundamencie kultury zachodnioeuropejskiej, jaka przetoczyła się przez świat ostatnio, prawda? A teraz my jesteśmy w pewnym sensie przed podobną dyskusją w polskiej skali, bo wydaje mi się, że „Lalka” jest pewnego rodzaju kamieniem węgielnym Polski nowoczesnej.
Jednocześnie „Lalka” mnie zdziwiła trochę, gdy wróciłem do niej po latach, bo nie czytałem jej, jak na przykład „Braci Karamazowów”, co parę lat, żeby przejrzeć się w niej, odkryć coś nowego i sprawdzić, kim teraz jestem? Na pewno powrót do „Lalki” mnie jako osoby dorosłej zmienił jej odbiór. Myślę, że widać wpływy cenzury, bo pewne rzeczy po prostu się nie mogły wyartykułować. Choćby w sprawach wielkich pieniędzy Wokulskiego. Dlatego zacząłem w tej sprawie grzebać i okazało się, że Wokulski miał pierwowzór. Był taki facet, który handlował mąką w Warszawie, gdzie panował nieformalny monopol Szwajcarów na cukiernie. Po prostu należały do Szwajcarów, a prototyp Wokulskiego handlował mąką i był z nimi zdaje się w sporze. Mąka okazała się kartą przetargową, bo ów pra-Wokulski żywił rosyjskie wojsko. Ale żeby żywić rosyjskie wojsko, musiał mieć układ z carską ochraną. Prawdopodobnie pierwowzór Wokulskiego wrócił do Warszawy jako agent ochrany, czego nie można było w powieści Prusa z racji cenzury napisać.
Wątki kolaboracji pokazuje „Lalka” Mikity Iłyńczyka w stołecznym Teatrze Dramatycznym.
Nie widziałem, ale mieliśmy od początku przekonanie, że Wokulski wszedł w życie z pewnym grzechem założycielskim, który go potem trapił.
W serialu mamy, być może, inny grzech założycielski. Ale tego nie będziemy ujawniać. Za to powiem, ciekawi mnie też wciąż, co Marcin Świetlicki napisał kiedyś w którymś z wierszy: że w Polsce wzorem mężczyzny jest ktoś jak ksiądz albo handlarz. I wydaje mi się, że coś jest z księdza i handlarza w Wokulskim, ponieważ obyczajowo on jest święty, człowiek, który dławi pożądania.
Ale ma też wielkie klasowe kompleksy.
A jednocześnie jest też mężczyzną z polskich marzeń. Zaradny, bogaty, uprzejmy, dobrze wychowany i generalnie z głębi serca dobry człowiek. Czyli postać, która nie istnieje. Pewien fantazmat, prawda?
Tym bardziej, że po szkolnych lekcjach, na których wdrukowują nam w głowy schemat: „Wokulski – pozytywista czy romantyk?”, kolejne lektury uwidaczniają, że wielkich pieniędzy nie dorobił się sam, tylko dzięki przejęciu sklepu po Wentzlu i interesach na wojnie w Bułgarii, które prowadził jego rosyjski przyjaciel Suzin. Trochę mało jak na selfmademana.
A mnie zastanowiło, że on jest wiecznie niezadowolony z miejsca, w którym jest, z żadnego nie pasuje. Myślę, że osiągnie szczęście, jak zrealizuje pewien cel, prawda? Myślę, że to bardzo przypomina dzisiejsze myślenie naszej klasy średniej. W ogóle Polacy – my jesteśmy strasznie aspiracyjni. Strasznie będziemy szczęśliwi, jak zrobimy remont, jak już się wydarzy, czyli tak naprawdę żyjemy w przyszłości. W jej projekcji negujemy to, co jest. Jak jest teraz Warszawa? Wciąż ciągle remonty, jakby to miasto nie było gotowe do życia i cały czas jest jeszcze coś do zrobienia. Jakbyśmy mieli prokrastynację normalności. Jeszcze tramwaj musi pojechać na Dworzec Zachodni, bo inaczej miasto nie będzie w pełni funkcjonalne!
Warszawa jest jak Wokulski, który cały czas robi nowy sklep. To jest najciekawsze dla mnie w tej postaci i wydaje mi się, że udało się to przeprowadzić przez tekst, rolę Tomasza Schuchardta i reżyserię Pawła Maślony.
Pamiętamy, jak reinterpretowałeś w Starym Teatrze „Nie-Boską komedię” Krasińskiego, podejmując problem, który ciebie od zawsze nurtował, czyli klasowe napięcia pomiędzy tak zwanym ludem a wyższymi klasami, szlachtą, arystokracją. „Lalka” jest idealną płaszczyzną do wypowiadania się na temat tego konfliktu, co zrobiłeś w sposób obrazowy i okrutny.
Te moje parafrazy tak zwane, czyli przepisania klasycznych tekstów, dotyczyły w teatrze „Dziadów”, „Wujaszka Wani”, „Opery za trzy grosze”, więc wiem, że klasyki nie da się zniszczyć, choćby dlatego, że jest w każdej bibliotece. Jednocześnie bardzo mnie ciekawi napięcie, jakie wywołuje „Lalka”, bo ludzie czują się wywołani do tablicy, muszą się ustosunkować do serialu i od razu czegoś bronić. To jest ciekawy mechanizm bronienia przeszłości jako miejsca bezpiecznego. Za tym idzie myślenie, które zakłada, że kiedyś było lepiej. Że 150 lat temu ludzie byli tacy porządni, lepiej wychowani, a świat w przeszłości bezpieczny, po prostu.
Zastawa Łęckich w serialowej „Lalce”, która widziała trzysta lat polskiej historii – trochę tu przyspojleruję – tego pozytywnego wyobrażenia historii nie potwierdza. Ale co z tą ludowością i napięciami?
Wiesz, mieliśmy taką wersję, gdzie Rzecki miał przeszłość popańszczyźnianego chłopa, którego spotyka Wokulski.
Coś z tego zostało.
Tak. Wydaje mi się, że bardzo klarowna jest chęć aspiracji bohaterów oraz awansu. U Wokulskiego ten awans nagle staje się kulą u jego nogi. To wydaje mi się uniwersalne i zrozumiałe.
Awans był zawsze moim tematem. Bo to jest też moje doświadczenie. Takie bardzo mocne, ale i obosieczne, bo z jednej strony cieszysz się z tego awansu, a z drugiej strony widzisz jego niedostatki i myślisz, dlaczego ja w ogóle chciałem iść dalej i wyżej. To są rzeczy, które ja znam.
Ale w twoim przypadku może raczej trzeba mówić o karierze, a nie o awansie, bo jednak twoja mama była nauczycielką, a ojciec inżynierem.
Wydaje mi się, że moja droga jest książkowym właśnie awansem. Niezamożna peerelowska klasa średnia spauperyzowana w latach 90.
W PRL-u były chyba same niezamożne domy.
Chyba żyliśmy w innym PRL-u. Pochodzę z tej dziwnej klasy, którą wypluł PRL, czyli inteligencji technicznej, która coś wiedziała o świecie, ale były to mgliste nieuczestniczące w świecie myśli...
A propos ludowości, polecam widzom wątek Marianny, służącej Łęckiej oraz Rzeckiego, bo jeśli chodzi o zrozumienie spraw klasowości i awansu, bardzo dużo poprzez te postacie pokazaliście.
To prawda. Także przez seks, którego w „Lalce” Prusa w zasadzie nie ma.