„Termopile polskie” Tadeusza Micińskiego w reż. Jana Klaty w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Przemysław Skrzydelski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 9,5/10
Jan Klata swoją dyrekcję w Teatrze Narodowym otwiera spektakularnie. To jego najważniejszy spektakl od czasu „Trojanek” (2018) i może ważniejszy nawet niż „Wesele” (2017) . Aż sam nie wierzę, że przyłączyłem się do standing ovation dla reżysera.
Szczęście Klata także ma spektakularne. Premierę jak najbardziej politycznych „Termopil polskich” Tadeusza Micińskiego daje w momencie, w którym USA przed całym światem ogłaszają 28-punktowy plan pokojowy dla Ukrainy, o którym można powiedzieć, że jest w tym samym stopniu upiorny, co groteskowy. I znów wypada mieć nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. A z przedstawienia Klaty i o zagrażającej nam wojnie, i o amerykańskiej tromtadracji dowiemy się sporo.
O różnych odcieniach polskiej nadziei pisał też Miciński. A jeśli chodzi o widowisko Klaty – tu wszystko musi być wyraziste, jaskrawe, no i głośne, bo na narodowej scenie gra blackmetalowy zespół Gruzja i biczuje nas dźwiękami z jeszcze większą uciechą niż grupa Furia w krakowskim „Weselu”.
Jednak tym razem mocny gest ma mniejsze znaczenie, bo mimo wszystko „Termopile” ukazują Klatę jako twórcę skłonnego do refleksji i gotowego, by miarkować własne pomysły (a to już zdarzało mu się bardzo rzadko) dla wspólnego, zespołowego celu, którym jest opowieść o beznadziei polskiego losu, a może nawet bardziej o tym, że nasze dziejowe fatum ma podwójne oblicze. I tragiczne, i absurdalne.
Po ziemi zaoranej w równe rzędy, które kojarzą się także z alejkami mogił albo z wojskowymi okopami, Józef Poniatowski (Karol Pocheć) ciągnie szkielet konia, na którym padł w nurcie Elstery. Tak zaczyna się opowieść Klaty, w której obok rozbrajających pomysłów — jak choćby ten z królową Katarzyną (niebywała Danuta Stenka) jako bredzącą po francusku i niemiecku wariatką w gigantycznej sukni oraz Kniaziem Potiomkinem jako rozkochanym w sobie retorem (najlepsza rola w karierze Oskara Hamerskiego), zdolnym omamić każdego — zobaczymy sceny w tonacji melancholii, a nawet wizjonerskie. Stanisław August (znakomity Jerzy Radziwiłowicz), świadomy swej intelektualnej przegranej, cedząc gorzkie słowa, czołga się pomiędzy zawieszonymi nisko nad sceną kryształowymi żyrandolami. Z kolei w finałowej sekwencji nad polskim pobojowiskiem zabrzmi ujmująco „Que sera, sera”.
Po niedoskonałym, ale też przesadnie niedocenionym poznańskim „Wielkim Fryderyku” (2018) napisałem, że Klata wyreżyserował rzecz o upodleniu w bezsilności, o grotesce niemocy i o tym, jak Polska daje się ośmieszać. „Termopile” pod wieloma względami przypominają tamtą diagnozę, z tym że dziś Klata osiąga wyżyny precyzji i wyobraźni w budowaniu scenicznych obrazów i pozwala aktorom na dialog, który nie nuży publicystyką, lecz realnie wciąga. Bo każde zdanie sprzed wielu lat brzmi tu cholernie współcześnie. A chyba tak właśnie powinno być w Teatrze Narodowym.
Jan Klata na premierę zaprosił prezydenta Karola Nawrockiego. Panie Prezydencie, powinien Pan to zobaczyć. Jest sprawa na scenie.