EN
04.04.2022, 10:38 Wersja do druku

Pamiętam, pamiętam

Do teatru przyszedłem znikąd. Nie stał za mną nikt, żadna ważna persona, szkoła, żadne układy. Miałem i mam za sobą wyłącznie moje dzieło. Myślę dziś, że to mój „grzech pierworodny”, którego nie może mi wybaczyć decydencka część środowiska teatralnego. Postaram się wyszczególnić ważne dla mnie momenty z moich doświadczeń teatralnych. Czysto subiektywnie, jak na spowiedzi. Ale po kolei.

fot. mat. Teatru Miejskiego w Gdyni

„Nothing, like something, happens anywhere.”
Philip Larkin, I remember, I remember

„Tam, gdzie jest zło, zawsze jest niepokój.
Pokój jest twórczy, niepokój zaś niszczy zarówno człowieka,
jak i więzi ludzkie.”

Ks. bp Krzysztof Włodarczyk, homilia podczas mszy św. i nabożeństwa ekumenicznego w intencji pokoju na Ukrainie, Bydgoszcz 24 marca 2022 r.

Do teatru przyszedłem znikąd. Nie stał za mną nikt, żadna ważna persona, szkoła, żadne układy. Miałem i mam za sobą wyłącznie moje dzieło. Myślę dziś, że to mój „grzech pierworodny”, którego nie może mi wybaczyć decydencka część środowiska teatralnego. Postaram się wyszczególnić ważne dla mnie momenty z moich doświadczeń teatralnych. Czysto subiektywnie, jak na spowiedzi. Ale po kolei.

Jest 2007 rok. Laboratorium Dramatu przy Teatrze Dramatycznym ogłasza konkurs na sztukę teatralną. Wysyłam Dom matki, napisałem ten dramat na podstawie mojego wcześniejszego opowiadania. LD przyjmuje tekst do czytania scenicznego na Scenie Przodownik. Radość. Październik, jadę oplem astra rocznik 1997 do Warszawy. Nie znam miasta, na kolanach mam rozłożony plan stolicy, w końcu docieram na Olesińską. Poznaję Słobodzianka, Jagodę Hernik Spalińską, czytanie z udziałem warszawskich aktorów, potem dyskusja, jestem przejęty, potem jeszcze kolacja w towarzystwie samego Słobodzianka, mówi że w pisaniu dramatu liczy się rytm, dlatego trzeba się na pewien czas całkowicie odizolować.

Radość i ekscytacja, czuję że teatr to coś, czym chcę się zajmować. Dostaję zaproszenie na warsztaty dramaturgiczne prowadzone przez późniejszego autora Naszej klasy,ale nie stać mnie, trzeba zapłacić 500 zł., jestem biednym dziennikarzem lokalnej gazety, mam niepracującą żonę i dwójkę małych dzieci. Szkoda. Ale piszę dalej. Wygrywam konkurs na komedię w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Plakat mojej sztuki Życie przedstawia trumnę w kobiecym kroczu. Nie podoba mi się to, mówię to dyrektor Teatru Powszechnego Ewie Pilawskiej. Wyczuwam zdziwienie, no ale nigdy nie umiałem trzymać języka za zębami…

Piszę Generała, posyłam go na konkursy do Gdyni i Poznania. Z Gdyni dzwonią, że muszę wybrać, bo tekst dostał się do finałów obu imprez. Wybieram Poznań. Warsztaty z reżyserem Arturem Tyszkiewiczem, aktorami Teatru Polskiego w Poznaniu. Potem czytania. Generał przepada, żadnej nagrody, w kuluarach słyszę, że jury przestraszyło się tematu. Nie jestem pewny czy to wtedy, czy na Metaforach poznańskich w 2012 Łukasz Drewniak, etatowy juror festiwalowy, widząc mnie woła: „Jarosław, polski dramat zbaw!”. Kiedy prawie dekadę później w Gdyni przypominam mu ten epizod, nie pamięta go. Wtedy już rozmowę ze mną zaczyna od sakramentalnego: „Czy pan, jako dramatopisarz prawicowy…”

Generał i tak sobie radzi. Premiera w warszawskiej Imce rok później zwycięża (pokonując Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej duetu Strzępka-Demirski) na festiwalu [email protected] w Gdyni. Szef jury Sławomir Mrożek nie przestraszył się tematu, jest zachwycony tekstem i spektaklem w reżyserii Aleksandry Popławskiej i Marka Kality. „Gazeta Wyborcza” narzeka na „niski poziom” festiwalu.

Reakcje na Generała są podzielone. Ton teatralnej sforze nadaje Joanna Derkaczew z Wyborczej – zrobiłem z Jaruzela kukłę do bicia, odpowiedź na pytanie „hit czy kit?” jest dla niej oczywista. Ugruntowuje się mój wizerunek jako „prawicowego dramatopisarza”. Na warsztatach ZAIKS-u w Konstancinie-Jeziornej pewna młoda reżyserka mówi przy piwie: „dobry z ciebie autor, szkoda że prawicowy”. Nie rozumiem jeszcze o co chodzi i jak w ogóle można przykładać miarkę polityczną do twórczości artystycznej. Jeszcze nie wiem, że to wstęp do Wielkiego Wykluczenia.

Dyrektorem Teatru Polskiego w Bydgoszczy jest wtedy Paweł Łysak. Lubię go, to czas przed jego odlotem na orbitę teatru rewolucyjnego. W Bydgoszczy starał się robić teatr otwarty. Zaprosił mnie do współpracy, poprosił o tekst, mówił o jakimś wyjeździe na warsztaty dramaturgiczne do Barcelony. Na warsztaty jedzie Julia Holewińska. Daję Łysakowi sztukę Pielgrzymka, historia człowieka, który w zbyt ciasnych butach wybiera się w podróż duchową, na poszukiwania samego siebie. Reżyserem jest Wojtek Faruga. Uczestniczę w pierwszej próbie czytanej. Faruga mówi, że to dopiero początek procesu i właściwie moja obecność na próbach nie jest konieczna. Zresztą pracuję, więc i tak nie dam rady uczestniczyć w całym procesie. Ale jestem dobrej myśli. Wszystko runęło, kiedy zaproszono mnie na pierwszą próbę sceniczną, są dekoracje, kostiumy, światła, muzyka. Ale nie ma mojego tekstu, a właściwie są jego żałosne resztki. Faruga zrobił spektakl na tych resztkach, posiłkując się scenami z filmów szwedzkiego reżysera Roya Anderssona. Mówił mi wcześniej, że fascynują go te filmy, ale nie przypuszczałem, że do tego stopnia.

Idę do dyrektorów, Pawłów: Łysaka i Sztarbowskiego, pytam o co chodzi z tą masakrą mojej sztuki Pielgrzymka. Słyszę, że to normalne w teatrze, że w trakcie prac nad tekstem reżyser i aktorzy wypracowują nową jakość, a pierwotny tekst służy za punkt wyjścia. A w ogóle to żebym się nie przejmował, bo duch mojego dzieła został zachowany. No nie, nie został. Bo spektakl Wszyscy święci jest o czymś innym niż moja Pielgrzymka. Mam do wyboru: wycofać się z przedsięwzięcia, stracić finansowo albo pozostać na afiszu jako współautor. Dziś, dziesięć lat później, wiem, że postąpiłem źle. Powinienem był zabrać zabawki i trzasnąć drzwiami. Niestety, zachowałem się jak człowiek zgwałcony przez ludzi realnej władzy: dwóch dyrektorów i reżysera. Nie miałem nikogo do obrony. Ale wątpliwości, które wyraziłem i tak nie zostały zapomniane. Ludzie realnej władzy najpierw wykreślili mój tekst, a potem i mnie.

fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Namaszczony przez Łysaka nowy dyrektor Polskiego w Bydgoszczy Paweł Wodziński o moich sztukach nawet nie chce słyszeć. W jego spektaklu Samuel Zborowski aktor Grzegorz Artman (rola tytułowa) rzuca kamieniami w wizerunek Chrystusa. A ja czuję wręcz fizyczny ból. Znowu jestem gwałcony z pozycji reżyserskiej władzy. Protestuję, niewielu mnie rozumie. Czuję, jak wokół robi się głucho i pusto. Ale nie jestem zaskoczony. To jest już czas ostrej ideologicznej orki w polskim teatrze. Etykietka „prawicowego” staje się w środowisku teatralnym wilczym biletem. Czas niuansowania minął, albo jesteś nasz, albo cię nie ma. Teatry nie odpowiadają na moje propozycje, pismo „Dialog” albo nie odpowiada, albo teksty odrzuca, względnie zbywa je krótkim omówieniem. Do druku idą wnuczęta Aurory. O utrzymywaniu się z teatru w moim przypadku nie ma mowy, nie mogę liczyć właściwie na nic. Ratuje mnie praca zawodowa, którą od lat łączę z twórczością.

Sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta w 2015 roku, kiedy tracą władzę Komorowski i Tusk. Teatr „progresywny” staje się wtedy jednym z przyczółków totalnej opozycji, która nigdy nie pogodziła się z demokratycznym wyborem Polaków. Ja zmieniam pracę, przestaję być dziennikarzem, zostaję doradcą wojewody. Tego już nie mogą mi wybaczyć. Jestem dla nich „funkcjonariuszem pisowskiego reżimu”. Nie rozumieją biedacy, że można służyć swojemu państwu tak jak oni służą np. interesom niemieckich fundacji, które opłacają ich teatralne projekty. Przybywa mi jawnych i anonimowych hejterów. A ja głupi, zamiast siedzieć cicho, rozpętuję awanturę wokół konkursu na następcę Wodzińskiego. Zespół aktorski chce, żeby następcą tym był… Wodziński (czyli żeby konkursu de facto nie przeprowadzać), ja zbieram prawie 80 podpisów pod petycją, żeby jednak odbył się otwarty konkurs. Wodzińskiemu nie pomaga współpraca z bałkańskim skandalistą Oliverem Frljiciem. On to na bydgoskiej scenie kazał Jezusowi zejść z krzyża i zgwałcić (sic!) muzułmankę, a wcześniej tejże muzułmance wyjąć zrolowaną flagę biało-czerwoną z krocza. Pomińmy milczeniem żenujące próby tłumaczenia tych żałosnych ekscesów. Faktem jest, że dyrektor w Polskim się zmienił, ale wbrew domysłom wcale nie na moją korzyść, bo Łukasz Gajdzis również nie wykazywał najmniejszej chęci współpracy z „prawicowym” dramaturgiem. Na moje kilka razy ponawiane propozycje stwierdził w końcu, cytuję z pamięci, że nie jestem autorem „z jego półki”.

A dziś stery bydgoskiej sceny dzierży duet Faruga-Holewińska, któremu jestem wdzięczny, że nawet nie udaje, że mogę być dla nich pełnoprawnym partnerem. Farudze na fali „czarnych marszów” w pewnym momencie udzieliło się rewolucyjne wzmożenie, bo będąc już dyrektorem umieścił w swojej fejsbukowej relacji zdjęcie płonącej Notre Dame oraz plakat z czerwonym piorunkiem wpisanym w hasło „To jest wojna”, zachęcający do odtworzenia „marszu imperialnego Star Wars”. Nie wiem, czy Wojtkowi zamarzyło się być Hanem Solo czy Darthem Vaderem… Piszę o tym nie w tonie skargi, bo Faruga to, na tyle na ile zdążyłem go poznać, wrażliwy artysta. Po prostu nieznośna pamięć sama przynosi pewne obrazy.

Dawno temu Marek Hłasko swoją recenzję meksykańskiego filmu Rio Escondido zatytułował „Rio Bzduro”. Mam wrażenie, że rzeka Bzdura wzbiera i próbuje unieść nas wszystkich w nieznane. Pośród rwącego nurtu i szalejących wirów czepiamy się słówek zamiast spraw podstawowych. Jak np. Łukasz Drewniak, który w swoim felietonie Kaftan w nagrodę na portalu teatralny.pl chłoszcze Piotra Tomaszuka z Teatru Wierszalin za użycie słów „szwabskie śmiecie” i „folksdojcze” w kontekście przedstawienia Dziady Mai Kleczewskiej w krakowskim Teatrze im. Słowackiego. Piotra Tomaszuka poniosło, ale Drewniaka niesie jeszcze dalej i już właściwie go nie widać zza grzyw spienionych bałwanów. Nie słyszałem od felietonisty słów potępienia, gdy anonimowe „teatrolożki” urządziły sabat pod recenzją (pozytywną) mojego tomu dramatów na łamach jego macierzystego portalu. Do zwyczajowych epitetów typu „oszalały z nienawiści, prawicowy, nacjonalistyczny oszołom” oraz „grafoman” doszło „nie dość, że grafoman, to jeszcze plagiator”. I tak to sobie wisiało dzień, dwa, i żaden oburzony Drewniak nie interweniował. Bo co? Bo mnie można obsobaczać? Pewnie na takiej samej zasadzie, jak można masakrować Mickiewicza wrzucając w jego Dziady Konradę zamiast Konrada, księdza zboczeńca i celę wypełnioną uczestniczkami „czarnego marszu” aborcjonistek. Już słyszę, że to murowany zwycięzca tegorocznego konkursu „Klasyka żywa”. Jeśli jeszcze żywa, to z pewnością przepuszczona przez maszynkę mielącą.

Czujny (ale wybiórczo) Łukasz Drewniak zareagował natomiast ostro, gdy we wstępniaku na teatrologii.info w listopadzie ubiegłego roku redakcja użyła słów „Niech żyje Polska!”. Felietonista odciął się wtedy dramatycznym sztychem od tej, „nie jego” Polski, bo jego zdaniem ta „nie jego” Polska gnębiła uchodźców na granicy z Białorusią. Przypominam – listopad 2021, szczyt operacji „Śluza” Putina i Łukaszenki, mającej na celu zdestabilizowanie sytuacji wewnętrznej w Polsce. A panu Łukaszowi nie podoba się, że teatrologia.pl składa życzenia z okazji Święta Niepodległości. Jakże marnie to wygląda z perspektywy marca 2022, po miesiącu zbrodniczej wojny Putina (i de facto Łukaszenki) z Ukrainą.

Piotr Tomaszuk trafnie zauważył, że wobec zła dziejącego się za naszą wschodnią granicą, polski teatr zachowuje się niedojrzale. Jakby wciąż nie miał ochoty założyć spodni i wolał paradować w samych majtkach. Zastąpienie Moskwy Kijowem w Trzech siostrach jest niepoważne, wyznanie Moniki Strzępki, następczyni Słobodzianka: „jestem wielką fanką Polski Ludowej” w wywiadzie dla Tomasza Miłkowskiego z „Przeglądu” jest bardzo niepoważne. Nie przypuszczam, że pani Monika chce urządzić warszawski Teatr Dramatyczny w duchu „demokracji ludowej”, choć może tam zaistnieć coś w rodzaju „dyktatury feminariatu”.

Czytając moje wyznania ktoś może odnieść wrażenie, że jestem pamiętliwy i małostkowy, że żalę się, a żalenie się jest oznaką słabości. Biorę taką ewentualność pod uwagę. Czy jednak mam wypierać się moich doświadczeń, tego wszystkiego, co złożyło się na moją teatralną drogę?

Próbowałem pokazać, że takim jak ja, ludziom spoza ideologicznego mainstreamu, jest po prostu trudniej, i tyle. Teatr polski jest w swojej masie raczej zorientowany lewicowo i antyklerykalnie, ale najgorsze, że również zamknięty na inne spojrzenia. Prowadzi wojnę ideologiczną, targany wiecznym pragnieniem jakiejś radykalnej zmiany społecznej. Tuż za miedzą mamy prawdziwą wojnę, z prawdziwymi trupami i ruinami. Prowadzenie wojny jest wbrew naturze teatru i jakiejkolwiek sztuki.

Byłem ostatnio w bydgoskiej katedrze, gdzie biskup Krzysztof Włodarczyk, mądry, pokorny człowiek modlitwy, odprawił mszę św., a potem nabożeństwo ekumeniczne z udziałem przedstawicieli Kościołów protestanckich i Kościoła grekokatolickiego. Wspólnie, a w kościele słychać też było język ukraiński, błagaliśmy Boga o pokój na Ukrainie.

Chciałbym, żebyśmy umieli wspólnie, ekumenicznie, całym polskim teatrem, wybłagać pokój u naszych braci Ukraińców. Ale do tego, wierzę w to głęboko, potrzebny jest przede wszystkim pokój między nami. Nie wykluczanie inaczej myślących, nie spoglądanie na nich z poczuciem wyższości, nie protekcjonalne traktowanie z pozycji władzy danej przecież na chwilę. Nie zazdrosne pilnowanie własnego terytorium i nieustanne zagarnianie nowych. Odprężenie, współpraca, doproszenie Innego do stołu.

Jesteśmy świadkami przeorientowywania się geopolityki. Ufam, że w ślad za tym pójdą zmiany w polityce i kulturze. Że uschnie wreszcie zatrute źródło nienawiści, która niszczy od lat naszą wspólną Polskę. Jestem niepoprawnym idealistą i gdybym nie wierzył, że teatr może być forpocztą takiej przemiany, nie szedłbym tą, nieusłaną różami, drogą.

25 III 2022

Tytuł oryginalny

Pamiętam, pamiętam

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła