„Sublokatorka” na podstawie prozy Hanny Krall w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Przemysław Skrzydelski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 7/10
Maja Kleczewska otwiera swoją dyrekcję w stołecznym Teatrze Powszechnym. „Sublokatorka” to jej najlepszy spektakl od lat.
To przedstawienie pełne niedających spokoju skojarzeń i zaskoczeń, dlatego zacznę nietypowo – od końca. Już dawno nie widziałem w teatrze tak mocnego finału. Oto ostatnia scena odwołuje się do powojennego pobytu Hanny Krall w otwockim domu opieki dla żydowskich sierot. Aktorki i aktorzy Powszechnego, wszyscy w takich samych krótkich spodenkach, białych bluzkach, zgrzebnych pepegach, ćwiczą balet pod okiem wychowawczyni. Jakieś dziecko pyta inne, w jaki sposób udało mu się schronić u warszawskiej rodziny. Nagle któreś zaczyna recytować „Ptasie radio” Tuwima, inne dołączają. Słychać miarowy dźwięk, coraz wyraźniejszy – jakby to bęben wybijał rytm do wiersza poety. Robi się głośno, narasta agresja, maluchy zaraz skoczą sobie do gardeł, choć przecież chodzi tylko o wyliczankę.
Kleczewska w „Sublokatorce” wyreżyserowała co najmniej kilka fenomenalnych sekwencji. Wszystkie łączy opowieść o upokorzeniu egzystencji w ukryciu i o metodach przetrwania, które z jednej strony pozwoliły ocalić życie, a z drugiej tkwią w pamięci niczym niedorzeczny koszmar. Ratunkiem jest właśnie opowieść – jej konieczność, memento i świadectwo. Przecież także Krall powtarza warianty właściwie tych samych historii. U Kleczewskiej ta męcząca – choć tylko pozornie – repetycja zdarzeń stanowi normę w teatralnej konstrukcji. Pojawia się jednak specyficzne napięcie, bo musi zdarzyć się coś strasznego: szantaż szmalcownika albo histeria chłopca, który błaga, by rodzina zabrała go z szafy, w której może się bawić tylko garnkiem, czyli nocnikiem.
Tu wszystkie postaci przychodzą ze wspomnienia, które odradza się we śnie. Ich wizerunki nakładają się na siebie, jedna staje się odbiciem drugiej – jak właśnie w „Sublokatorce”, i jak w lynchowskiej wyobraźni. Ale Kleczewska tworzy mozaikę z wielu narracji Hanny Krall (drugą część przedstawienia determinuje wstrząsający fragment ze „Zdążyć przed Panem Bogiem”), przejrzystą i precyzyjnie zaplanowaną – zarówno w ruchu aktorów, jak i w przestrzeni Fabiena Lédé. To sala świetlicy podobna do tych, które widzieliśmy u reżyserki we wspaniałym „Dybuku”, a potem w fatalnym „Malowanym ptaku”. Jednocześnie to również metafora ogromnej szafy, na co wskazują drewniane elementy, z których powstają kolejne zakamarki albo niekończące się ciągi drzwi.
W recenzji spektaklu dla magazynu „Teatr” Tomasz Plata zwraca uwagę, że Kleczewska, starając się uniknąć porównań z Krzysztofem Warlikowskim i jego „(A)pollonią” – najważniejszą z ostatnich lat wypowiedzią polskiego teatru o Holokauście – wciąż nie może się od Warlikowskiego uwolnić. Myślę, że to nieporozumienie. Rzeczywiście, niegdyś wręcz kopiowała innych, w tym Warlikowskiego (jej „Babel” obficie czerpał z „Kruma”), ale to było już dawno temu.
Dziś mówi absolutnie swoim głosem, a „Sublokatorka” stanowi w tym momencie apogeum jej stylu. To reżyserka refleksji, nie efekciarstwa.