„Oszuści” Michała Buszewicza w reż. autora w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Każdy czasem zaczyna w siebie wątpić. Dochodzi do niego, że w sumie coś mu się udało fuksem (wcale nie mówię o sobie) i tak realnie nie do końca ma pojęcie, co robi, ale robi to zaciekle (wcale nie mówię o sobie w pracy). Nieważne, czy zawodowo, czy prywatnie — stajemy często twarzą w twarz z sytuacją, w której odkrywamy z przerażeniem, że zrobiliśmy coś na czuja i teraz tylko czekamy, aż ktoś to wytknie palcem. O podobnym momencie w życiu stara się opowiadać Michał Buszewicz w swoim najnowszym przedstawieniu „Oszuści” w Teatrze Kochanowskiego w Opolu.
Historia jest jednocześnie prosta i odrobinę poplątana: do dziwnej poczekalni stojącej w rozkroku pomiędzy przestrzeniami kolejek z obrazów Wróblewskiego a waiting roomem z „Soku z żuka” Burtona trafia pięć niezwiązanych z sobą osób. Tajemnicą staje się to, co ich łączy w tym niedającym się opuścić limbo. Jednocześnie mają dziwne przeczucie, że nie są sami, a gdzieś zupełnie poza ich polem widzenia grasuje coś strasznego, co daje im jedynie 7 dni do tragedii. Nie są jednak w stanie ustalić, co będzie rzeczoną tragedią. Z pobieżnie wymienianych między sobą opowieści powoli krystalizuje się przed nami rdzeń wspólny bohaterów – każdy z nich uważa się za prześlizgującego się niezauważenie oszusta, któremu wszystko udaje się czystym fartem. Każdy z nich drży ze strachu, że ktoś odkryje ten straszny sekret polegający na niekompetencji.
Poza tym są zaskoczeni faktem, że jakiś cudem wszyscy mają w swoim otoczeniu Krzysztofa, który każdą możliwą rzecz robi na wyjebce, i nie dość, że nikt tego nie zauważa, to jeszcze spływa na niego fala gratulacji i awansów. Przejeżdżamy przez wiele kategorii zawodów, które mogą owo poczucie bycia impostorem wywołać na bazie różnych mieszanych sygnałów: od lekarki, która nadal nie wierzy w swoją wiedzę i dyskredytuje nawet zapewnienia swojej wykładowczyni, stwierdzając, że przeszła całą swoją edukację na farcie. Podobnie czuje się artystka Oliwia, która boi się krytyki i tego, że jej sztuka jest podziwiana z łaski i w sumie tylko dlatego, że jest kobietą, a potrzebny był parytet w galerii. Buszewicz i Sobik konstruują tę opowieść z nieskrępowaną niczym swobodą i łączą ze sobą dość udanymi żartami całość w całkiem satysfakcjonujący rollercoaster wzlotów i upadków.
W finale jako widzowie dostajemy ożywczą fangę w nos – okazuje się, że ludzie, którym przez cały czas współczuliśmy i z którymi dawało się utożsamić, tak naprawdę są sami sobie winni, bo bez narzuconego kieratu strachu na szyję nie są w stanie pracować. Realnie poczucie strachu daje im jednocześnie poczucie komfortu. Tak długo żyli w tym toksycznym przekonaniu, że staje się ono dla nich jedynym znośnym, naturalnym środowiskiem. Bardzo zabawnym jest też mini wątek potwora wypalonego zawodowo w straszeniu. Niestety przemyka on nam tylko w tle, ale jest totalnie satysfakcjonujący.
Do łez rozbawiła mnie sekwencja skupiona na temacie analizy „Z Archiwum X” z naprawdę wpadającym w ucho motywem muzycznym Baascha i choreografią Katarzyny Sikory. Fajnie wytańczona przez aktorów i bardzo dobrze podana przez nich na serio analiza faktu, że nawet tak wyborni agenci jak Mulder i Scully popełniali błędy, co automatycznie powoduje, że nie mogą być wzorami. Czysta komedia.
Ciekawi mnie też, czy czerwone buty u wszystkich bohaterów to jakieś pokrętne nawiązanie do Dorotki z Czarnoksiężnika z Krainy Oz i jej rubinowych trzewiczków i czy podróż bohaterów przez ich lęki miała być podobną trasą jak wcześniej wspomnianej małolaty. Nie dowiem się nigdy – ale najpewniej jak zawsze coś sobie ubzdurałem w moim teatralnym delulu intertekstów.
Aktorsko moje serce skradł Konrad Wosik i jego pasywne mycie stóp oraz klątwa bycia people pleaserem, która niemalże doprowadziła go do ojcostwa. Lubię, jak Wosik rzuca się między emocjami i jak pięknie mówi, że chciałby być kochany. Ogólnie się za nim stęskniłem scenicznie, więc cieszę się z tego spotkania. Mocno ciekawi mnie to delikatne granie uczuciem u tego aktora, bo miałem przyjemność oglądać go kilkukrotnie w różnych rolach oraz spektaklach i za każdym razem tak samo pięknie potrafił na scenie się rozlać i ukłuć tymi delikatnymi igiełkami smutku. Fascynująca energia.
Jednak czuję odrobinę pustkę, bo pomimo tego, że jest to napisane zgrabnie, z gracją i naprawdę zabawnie, to troszeczkę jest to niedogotowane i, pomimo naprawdę dobrego pomysłu wyjściowego, im dalej w las, tym bardziej ta opowieść zaczyna rozłazić się w szwach. Są spore segmenty, kiedy napięcie siada, a nawarstwienie nietrafionego absurdu zaczyna męczyć. W „Oszustach” Buszewicz jedynie opisuje, a nie diagnozuje i nie proponuje niczego więcej, co (jakoś) zwykle czułem w jego innych realizacjach. Zupełnie nie potrafiłem odnaleźć żadnej wiodącej emocji i zostałem jedynie z trochę pustym śmiechem. Pierwszy raz od naprawdę dawna mam odrobinę pretensje do Buszewiczowego tekstu tego przedstawienia, bo reżysersko jest to poprowadzone na tip-top. Miałem poczucie, że starczyło tutaj siły jedynie na sam pomysł i zawiązanie fabuły, a potem chyba wydawało się twórcom, że sobie to na scenie dotegują na gumę do żucia i taśmę dwustronną.
Żeby nie było – jest to naprawdę spoko spędzony czas, jest miło, zabawnie i sympatycznie, z brawurową grą aktorską, ale jednak, jak na to, do czego przyzwyczaił mnie ten twórca, to jest zbyt letnio i za mało tutaj emocji. Jest po prostu okej, typowe 6/10. A oczekiwałem o wiele więcej. Czarowny wieczór z poczuciem, że troszkę widzę siebie w tej historii, ale też z wrażeniem, że można było z tematu wykrzesać o wiele więcej. Not my fav Buszi, not the worst – miewa momenty, ale mógłby być krótszy o kwadransik i nic by nie stracił.