EN
05.04.2022, 12:03 Wersja do druku

Ostatnia droga Krzysztofa Pendereckiego

Przeszedł nią ulicami Krakowa dopiero dwa lata po śmierci, w dodatku skremowany w porcelanowym wazoniku. Patrząc na to, myślałem, że wprawdzie jak dotąd nie grozi mu beatyfikacja, ale co zrobić w wypadku, gdyby potrzebne były relikwie?

Wdowy po kompozytorach zachowywały się różnie. Konstancja Mozart w ogóle nie poszła na pogrzeb i wkrótce powtórnie wyszła za mąż. Stefania Ludomirowa-Różycka pilnie dbała o tantiemy. Elżbieta Nowowiejska i Stanisława Szeligowska siedziały na Wszystkich Świętych tyłem do siebie przy sarkofagach swych mężów (sam widziałem!), bo się nie lubiły. A żona Paula Hindemitha zamiast autografów po koncercie waliła stempel z nazwiskiem, aby nie fatygować Mistrza własnoręcznymi podpisami. O zachowaniach wdowy po Krzysztofie Pendereckim nie będę teraz wspominał, bo się boję, a poza tym jest chora. Do zjadliwych komentarzy na jej temat w internecie nie przyłączam się w poczuciu chrześcijańskiego miłosierdzia.

Tylko Beethoven i Czajkowski nie mieli kłopotów z żonami, bo nie byli - zresztą z różnych powodów - żonaci. Na pogrzebie trudno było dojrzeć kompozytorów. Równie wybitni jak Baird, Lutosławski, Kilar czy Górecki odeszli już wcześniej, a młodsi anonimowo posuwali się za trumną (pardon: urną), rozmyślając zapewne, jak prześcignąć Pendereckiego. Kondukt przemieszczał się z bazyliki św. Floriana, przez Barbakan, Floriańską, Rynek, aż do kościoła św. św. Piotra i Pawła.

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Ostatnia droga Krzysztofa Pendereckiego

Źródło:

Tygodnik Angora Nr 15

Autor:

Sławomir Pietras

Data publikacji oryginału:

10.04.2022