EN
03.03.2022, 08:46 Wersja do druku

Oratorium na szepty i krzyki

„Odlot” Zenona Fajfera w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze w Współczesnym w Szczecinie. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej 28. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. 

fot. Piotr Nykowski

Kiedy publiczność zajmuje miejsca na widowni, aktorzy siedzą już na scenie. W rzędach usytuowanych naprzeciwko widowni tak, aby się wzajemnie oglądać. Bo za chwilę i aktorów i widownię czeka wspólny wieczór. Może wspólny lot, bo silniki samolotowe już się grzeją i słychać ich charakterystyczny głośny szum. A może jednak będzie to koncert, bo aktorzy ubrani są w służbowe, uroczyste, jednolite, ciemne kostiumy, jakby za chwili mieli zagrać. Nie tyle na klasycznych skrzypcach, wiolonczelach, klarnetach, puzonach, słowem nie na instrumentach, których nie zabrali. Ale na swoich, aktorskich instrumentach – na strunach głosowych. Twarze mają lekko umalowane, jakby przynależeli do różnych światów przedstawionych, do różnych rzeczywistości. Może więc w ich wykonaniu będzie to oratorium, w którym wystąpią jako kameralny Zespół Teatru Współczesnego ze Szczecina wraz z dwójką solistów: Ireną Jun i Bogusławem Kiercem, pod dyrekcją Anny Augustynowicz. I chociaż na scenie nie widać jej za pulpitem dyrygenckim, to w tym teatrze i w tym przedstawieniu czuje się Annę Augustynowicz – dyrygentkę w każdym momencie. Tak jak ogląda się i słucha największych dyrygentów, których muzycy rozumieją i czują, bez wpatrywania się w ich ręce, batuty, miny czy gesty.

Bo każdy widz, który choć raz przez trzydzieści lat jej artystycznych rządów bywał w tym teatrze, bez trudu odkryje jej znaczącą obecność, zwłaszcza w sferze emocjonalnej tego przedstawienia. Stworzoną przez działania aktorskie atmosferę uważnego skupienia, przepływającej energii i zmieniającego się rytmu spektaklu, który wcześniej został starannie zaprojektowany, z uwzględnieniem trudnych przecież do przewidzenia reakcji widowni. Podziw musi budzić precyzyjna choreografia gestów: dokładnych, oszczędnych, celowych, zamierzonych. Ważnych i potrzebnych. Słowem widz ma takie poczucie, że ktoś nad wydarzeniami na scenie bardzo uważnie panuje jak niewidoczny pilot w samolocie. Można się zatem na widowni spokojnie skoncentrować na przedstawieniu w taki sposób, w jaki wysłuchuje się prawykonania nowej kompozycji muzycznej. Anna Augustynowicz miała zawsze i ma dotąd w tym swoim teatrze istotnie magiczną moc. Nie musiała tego wieczoru wcale być obecną, by być bardzo obecną.

fot. Piotr Nykowski

Kiedy po trzydziestu latach dyrektorowania w teatrze i kierowania zespołem ludzi próbuje ten okres podsumowywać, to zrozumiałe, że spogląda się wtedy na najważniejsze wątki, na przedstawienia, które układają się w wyraziste cykle. Próbuje podsumować to, co było ważne i zabiera swoich bohaterów na seans specjalny: podsumowujący stan naszego narodowego ducha. Ten dzisiejszy, wczorajszy, przedwczorajszy; ten, który się dawał rozpoznać, który towarzyszył nam wspólnie przez lata i ten stan wspólnego ducha, który pojawił się teraz. Albo niedawno. Nikt się więc nie dziwi, że są w tym przedstawieniu cytaty z przedstawień wcześniejszych. Że da się rozpoznać frazy z Fortepianu Szopena czy Mojej piosnki Cypriana Kamila Norwida; czy słynne wersy z Wesela i Wyzwolenia Stanisława Wyspiańskiego, albo ze Ślubu Witolda Gombrowicza. Ale aby ta „narodowa kadź” nie była taka przejrzysta i autoteatralna, reżyserka do jej zmącenia dodała poemat dramaturgiczny Odlot Zenona Fajfera. Dzieło Fajfera okazało się mgliste, pełne aluzji, niedomówień, ale i zwielokrotnionych niejasności. Występujące w nim wątki, obrazy, postacie pojawiały się fragmentaryczne, nieostro, jakby we mgle. 

Aby przeprowadzić zespół i widownię przez tę mgłę Augustynowicz powołała do działań Narratora Grzegorza Falkowskiego który prowadzi zespół aktorski i widownię po meandrach poematu i przedstawienia. Nic więc dziwnego, że narratorzy mówią także teksty didaskaliów, bo one są najbardziej czytelne w utworze Fajfera. A przestrzeń intelektualna spektaklu jest dość rozległa. Od „oni wszystko zapomnieli” z Wesela do Poeta pamięta Czesława Miłosza. Słowa wypowiadane w tym przedstawieniu są jak rwane dźwięki muzyczne. Dynamiczne, ekspresyjne synkopy, groźne staccata, ale także frazy chorałowe, czy żałobne zaśpiewy i zawodzenia. Wiele głosów, wiele ekspresji i emocji. I prawie całkowity brak dialogu. Jakby w utworze padały same oświadczenia, a nie była prowadzona żadna rozmowa. I właśnie ta obserwacja, że w naszej przestrzeni publicznej padają przede wszystkim oświadczenia, a nie istnieje dialog, jest najistotniejszą konstatacją intelektualną tego przedstawienia. Nikt z nikim nie rozmawia, choć każdy mówi. Wszyscy mówią naraz, nikt nie potrafi słuchać.

Dlatego spektakl szczeciński lepiej słuchać niż próbować zrozumieć. Zdecydowanie bardziej dochodzą z tego utworu dźwięki niż sensy słów. A to powoduje, że utworu słucha się przede wszystkim emocjami, a nie znaczeniami. Jakby debata publiczna dotycząca najważniejszych naszych spraw narodowych odbywała się w sferze dźwięków, a nie w sferze słów, znaczeń. W dynamice szeptów i krzyków, tonów spokojnych i gwałtownych. Uspakajających i kłótliwych. Skomponowanych w taki sposób, że wszystko razem bardziej brzmi niż znaczy jako całość. Ze wszystkimi odcieniami muzycznych ekspresji i dynamiki dźwięku. Z ledwie słyszalnym pianissimo we wstępnej, chorałowej części przedstawienia, po fortissimo w tych fragmentach, które są szczególnie dynamiczne, a nawet histeryczne, bardzo gwałtowne. W ich zderzaniu. W przedstawieniach Anny Augustynowicz jest podobnie: klasyka XX wieku konfrontuje się ze współczesnością nowych autorów, najnowsza dramaturgia XXI wieku objaśniana bywa klasyczną dramaturgią minionego wieku. 

Anna Augustynowicz zaprosiła do zagrania swojego spektaklu aktorów, z którymi przez ostatnie trzydzieści lat często pracowała, na czele z Wojciechem Brzezińskim, Anną Januszewską i Mirosławem Gawędą. Choć ten ostatni – dyrektor naczelny teatru od 2009 roku, dość rzadko jako aktor pokazywał się na scenie. Zaprosiła też jako gości specjalnych Irenę Jun i Bogusława Kierca. 

Irena Jun zrealizowała tu swojego Pana Tadeusza, a Bogusław Kierc był dyrektorem artystycznym teatru, bezpośrednio przed Anną Augustynowicz; od niego w 1991 roku przejmowała teatr. Oboje w tym spektaklu pojawili się na nagraniach video, jako soliści specjalni – jako mówiące portrety. Irena Jun, przypominając słynny wiersz Cypriana Kamila Norwida Moja piosnka, okazała się po raz kolejny rodzicielką, matką wypowiadanych słów. I jak to w jej przypadku bywa stwarza te słowa-dzieci zawsze od nowa. Daje im nowe życie i całkiem indywidualny charakter. Jakby tym dopiero co ujawnionym charakterem zapowiadały cały swój żywot. Często są od razu zdecydowane albo bardzo niepewne i nieśmiałe. Są łagodne jak letni wiatr albo groźne jak burza. Cierpliwe albo gwałtowne. Są wieloma dziećmi Ireny Jun. I zawsze budzą ciekawość i zadziwienie. Bo zawsze są pierworodne. Natomiast Bogusław Kierc jest przede wszystkim mistrzem odnowionych z niebytu słów. Jak Charon przywozi je przez rzekę, oczyszcza z wszelkiego błota i powraca z nimi, jakby te niby znane i dotąd używane, ale przecież zużyte do niepoznania słowa były całkowicie nowymi. Kiedy mówi „mój przyjaciel przeprowadził się na ulicę Smoleńsk”, to brzmi to jak zapowiedź wyprawy przez Styks. 

Mając takich solistów i taki zespół Anna Augustynowicz stworzyła dzieło specjalne. Dzieło sceniczne do słuchania, wzbudzające niezapomniane emocje i powodujące głębokie wzruszenie.

 Zenon Fajfer: ODLOT

Reżyseria: Anna Augustynowicz, scenografia: Matek Braun; kostiumy: Tomasz Armada i Martyna Konieczny; muzyka: Jacek Wierzchowski; ruch sceniczny: Wojciech Kapela; wideo: Zbigniew Szymczyk. Prapremiera w Teatrze Współczesnym w Szczecinie 13 grudnia 2021 roku.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne