Logo
Recenzje

Deus sex machina

15.09.2026, 10:44 Wersja do druku

„Deus sex machina” w adapt. i reż. Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana we Wrocławskim Teatrze Współczesnym im. Marii i Edmunda Wiercińskich. Pisze Michał Derkacz w portalu wroclaw.dlastudenta.pl.

fot. Filip Wierzbicki

11 września 2026 roku we Wrocławskim Teatrze Współczesnym odbyła się prapremiera spektaklu „Deus sex machina” w adaptacji i reżyserii Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana. Spektakl powstał na podstawie reportażu Ewy Stusińskiej, zadając pytania o rolę sztucznej inteligencji w życiu seksualno-romantycznym współczesnego człowieka. Czy warto wybrać się na to przedstawienie?

Spektakl duetu artystycznego Agnieszka Jakimiak – Mateusz Atman to ich autorska adaptacja reportażu Ewy Stusińskiej pt. „Deus sex machina. Czy roboty nas pokochają?”. Utwór na drodze inscenizacji został podzielony na dwie części - dosłownie (przerwą) i artystycznie. Efekt końcowy wygląda zatem jak dwa różne przedstawienia na ten sam temat (każde trwające około godziny), a na pytanie „Czy warto zobaczyć?” odpowiadamy enigmatycznie „To zależy”.

Zależy od nastawienia (chcemy rozrywki czy poważnego dramatu), osobistej wrażliwości, poczucia humoru, przeszłości w związkach, opinii o roli AI w życiu codziennym czy nawet tolerancji na porno.

Pierwsza część to kameralny dramatu psychologiczny z nietypową historią… miłosną? Oto zwykły facet w średnim wieku przebywa w sypialni z sex-robotem, odbywając z nim to o czym myślicie oraz to o czym w życiu byście nie pomyśleli. Jakby tego i owego było mało, za cienką ścianą pokoju mieszka sobie… była partnerka bohatera. Dziwne? Tak, ale wszystko się wyjaśni.

Mężczyzna w trakcie tej całej, długiej sceny przechodzi wyraźną przemianę, a Tomasz Taranta gra tutaj popisowo tzw. małą-wielką rolę. Jego postać jest po części odbiciem każdego z nas (pragnienie bliskości, intymności, towarzystwa), a po części tak obrzydliwą i perwersyjną, że… jest odbiciem niektórych z nas (każdy ma swoje zboczenia, prawda?).

Oszczędność gestów, sposób wypowiadania słów, mimika, której prawie nie widać (akcja dzieje się w głębi sceny) – to wszystko sprawia, że zagadkowy bohater interesuje nas coraz bardziej. Jego dialog z sex-robotem, który mówi, ale nawet nie potrafi sam się poruszać (jak bohater przyznaje – kupił tanią wersję, na jaką było go stać) to fascynująca podróż z nieoczekiwanym finałem. Na tym etapie „Deus sex machina” to spektakl absolutnie godny polecenia, a na przerwę wychodzimy z myślą „Łał, ciekawe co przygotowali na drugą część”.

Po przerwie na scenie pojawia się siedem aktorek WTW w towarzystwie Emmy – sekslalki wielkości człowieka, która ma ruchome kończyny, oszczędną mimikę oraz wbudowany komputer z AI. Wszystkie aktorki (prawdziwe oraz ta sztuczna, animowana przez nie) prezentują spektakl całkowicie odmienny od tego, co przeżyliśmy w części pierwszej. To raczej pozbawiony konkretnej fabuły zlepek scen, zbliżony do performansu.

Jest trochę śpiewania, są elementy choreografii tanecznej, jest badanie ginekologiczne robota, a nawet seks, który odbywa z nim jedna z kobiet. Wspólnym tematem jest seksualność zderzona z nową technologią, a wszystko ma styl mocno prześmiewczy, humorystyczny, momentami kabaretowy.

I tu trzeba samemu sobie odpowiedzieć na pytania „Czy chcę to oglądać?”, „Czy mnie to bawi?”, bo jeśli nie, to polecamy wybrać się do domu w czasie przerwy. Z drugiej strony, wcale nie zdziwi nas, jeśli u części widowni reakcje będą zupełnie odwrotne – wynudzą się na początku, a po przerwie dostaną skrojoną pod własną wrażliwość rozrywkę. Wracając zatem do pytania „Czy warto?” odpowiemy ponownie - „Zależy, na którą część”, bo obie razem są tylko dla małego procenta widzów z głową otwartą na całość „Deus sex machina”.

Tytuł oryginalny

Deus sex machina - recenzja

Źródło:

wroclaw.dlastudenta.pl
Link do źródła

Autor:

Michał Derkacz

Data publikacji oryginału:

14.09.2026

Sprawdź także