„Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk w adaptacji Sandry Szwarc i reż. Leny Frankiewicz w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Pisze Karolina Matuszewska, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
„Prowadź swój pług przez kości umarłych” to powieść, która pojawiała się już w teatrze we fragmentach („Prowadź swój pług przez kości umarłych” w reż. Łukasza Chotkowskiego z 2003 roku) i pod innymi tytułami („Kotlina” w reż. Agnieszki Olsten z 2013 roku). Tytuł spektaklu w reżyserii Leny Frankiewicz nie budzi już żadnych wątpliwości.
Dość wiernej adaptacji cenionej książki Olgi Tokarczuk podjęła się Sandra Szwarc. W jej centrum stoi Janina Duszejko (Milena Lisiecka) – mieszkająca na odludziu ekscentryczka (choć dla okolicznych mieszkańców Kotliny Kłodzkiej to raczej stara wariatka), blisko związana z otaczającą ją przyrodą. W wolnych chwilach zajmuje się amatorsko astrologią i tłumaczeniem poezji Williama Blake’a wraz ze swoim młodym przyjacielem Dyziem (Paweł Paczesny). Przede wszystkim jednak jest aktywną obrończynią praw zwierząt. Niestrudzenie zgłasza przypadki nielegalnych polowań i kłusownictwa, pisze interwencyjne listy, ale też zbiera rozstawione po lesie wnyki i strąca myśliwskie ambony. Jej upór i determinacja są godne podziwu, choć całkowicie nieskuteczne. Kiedy w okolicy dochodzi do serii zagadkowych zgonów, twierdzi, że to sama natura mści się na miejscowych myśliwych za swoje krzywdy. Ale my wiemy, że to bzdura. Natura nie może się mścić, bo istnieje poza moralnymi kategoriami dobra i zła. Kary nie zsyła też Bóg ani gwiazdy, dlatego Duszejko, przejęta okrucieństwem lokalnych elit sprawujących władzę i przez to bezkarnych, postanawia sama wymierzyć sprawiedliwość.
Ciemne, ostre szczyty Sudetów wyłaniają się z mgły (dymu) unoszącej się nad Dużą Sceną Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Surowość ich linii podkreślają zimne światło i półmrok, ukrywający między górami schody i podesty. To tutaj bohaterowie znajdują kolejne trupy – zwierząt i ludzi. Imponująca scenografia Agaty Stanuli razem ze światłami Aleksandra Prowalińskiego od początku robią wrażenie, tworząc mroczną aurę przestrzeni, w której rozgrywa się akcja spektaklu. Z grozą natury kontrastuje pierwszy plan, w miarę potrzeby odgradzany od górskiego tła cienką białą ścianą z centralnym otworem-drzwiami, przez który widać fragment złowrogiego krajobrazu. Na niej wyświetlane są projekcje (video Mateusz Zieliński) z motywami dzikich zwierząt, gwiezdnych konstelacji i zjawisk atmosferycznych – niepokojące i powracające niczym senny koszmar. Oddzielają one świat natury od świata ludzi – policyjnego komisariatu, sklepu z ubraniami, wnętrza domu Duszejko. Całości dopełnia sugestywna muzyka Stefana Wesołowskiego, która ani na chwilę nie pozwala zapomnieć, że oto jesteśmy w piekle na ziemi. Że piekło to my.
O powieści Tokarczuk zwykło się mówić, że jest eko-thillerem i tak też postrzega ją Lena Frankiewicz, choć gatunkowe określenie nieco zmienia tu swoje pierwotne znaczenie. W przeniesieniu tej historii na scenę trudno bowiem o budowanie napięcia wokół tematu „kto zabił?” – sama powieść jest już dość powszechnie znana, a dodatkowo spopularyzował ją kilka lat temu film Agnieszki Holland Pokot z Agnieszką Mandat w roli głównej. Frankiewicz zdaje się doskonale rozumieć, że z ekologicznego thrillera raczej nic nie będzie. Słusznie więc przesuwa akcenty swojego spektaklu na stawianie bardziej uniwersalnych pytań o relacje człowieka z naturą i odpowiedzialność za nią, ale też o cenę sprawiedliwości. Jej spektakl to mocny, wyrazisty głos sprzeciwu wobec różnych form przemocy wobec zwierząt i braku poszanowania przyrody. Wynika on z przerażenia faktem, że ludzka empatia często nie obejmuje tzw. braci mniejszych, a w świetle prawa reprezentowanego przez miejscową policję i boskiego przyzwolenia w osobie księdza Szelesta (Bogusław Suszka) dzieją się rzeczy okrutne, czy – jak mówi Duszejko – popełniane są morderstwa na zwierzętach. W jej oczach to świat na opak, wprost z mistycznej poezji Blake’a, w której piekło jest źródłem niepohamowanej energii. „Jeżeli zło stworzyło świat, to dobro musi je zniszczyć” – pisze Tokarczuk. Choć to zdanie nie pada w łódzkim spektaklu, zdaje się ono przyświecać całej działalności Duszejko. Skoro więc wszystkie dostępne w świetle ludzkiego prawa środki zawodzą, kobieta zwraca się ku prawom natury. I zabija.
Przy całej słuszności motywów, którymi kieruje się Duszejko, trudno jest przejść do porządku dziennego nad faktem, że w swoim dążeniu do sprawiedliwości sama dopuszcza się zbrodni. Frankiewicz niespecjalnie się nad tym zagadnieniem pochyla, przyznając swojej bohaterce prawo do vendetty. W spektaklu jest ona aktem dziejowej konieczności, a Duszejko – wypełniającym ją narzędziem. Lisiecka wspaniale buduje postać, rozciągając ją między ogromną wrażliwością i współczuciem a determinacją, wewnętrzną siłą w działaniu i nieustępliwością graniczącą z fanatyzmem. Kiedy dochodzi do rozpoznania, bohaterka w swojej „spowiedzi” przed grupą przyjaciół, którzy odkryli, co zrobiła, spokojnie i rzeczowo odtwarza po kolei wszystkie swoje morderstwa. W tle wyświetlana jest realistyczna projekcja tych wydarzeń. Przyjaciele słuchają wszystkiego w pewnym odrętwieniu. Nie ma tu miejsca na burzliwe emocje czy wątpliwości moralne (te sygnalizuje jedynie powracająca w snach Duszejko postać zmarłej matki, znikająca po przebudzeniu) – jest cicha zgoda i nieśmiałe poszukiwanie sposobu na to, jak uchronić kobietę przed ludzkim wymiarem sprawiedliwości.
I tu pojawia się jedna z niewielu zasadniczych zmian względem oryginalnej powieści. Tokarczuk pozwala Duszejko uciec przed policją do Czech, skąd przedostaje się do Puszczy Białowieskiej i tam – z pomocą swojego adoratora, entomologa Borosa (Mariusz Siudziński) – prowadzi dalej spokojne życie na łonie ukochanej przyrody. W adaptacji Szwarc Duszejko również ucieka, ale do swojego lasu. Tam trafia między sarny – trzy nagie aktorki o długich blond włosach, które przez cały spektakl krążyły po scenie. Janina zaczyna się rozbierać, stając się jedną ze swoich ukochanych sarnich sióstr. Wykonała powierzone jej zadanie, a one przyjęły ją jak swoją.
Sarnom należy się więcej uwagi. Wcielają się w nie Agnieszka Kryst, Anna Steller (odpowiedzialne również za choreografię) oraz Alisa Makarenko. Trzy smukłe gracje (Duszejko nazywa je „panienkami”) poruszają się z wdziękiem i delikatnością, ale też pewnego rodzaju dzikością. Są najważniejszymi, choć niemymi świadkami zdarzeń. Nie budzą jednak erotycznych skojarzeń – ich nagość jest raczej przejawem czystości natury i bezbronności. Albo kamuflażem, który ma zamaskować ich faktyczną siłę. We wszystkie ludzkie śmierci tej historii zaangażowani byli bowiem zwierzęcy mieszkańcy okolicznych lasów – nie tylko sarny, ale też lisy i sroki, a nawet małe owady podobne do żuków zwane zgniotkami szkarłatnymi. Z tej perspektywy panienki-sarny, niczym trzy wiedźmy z Makbeta albo Erynie krążą po górach, zwiastując fatum. Dostrzega je i rozumie tylko Duszejko, jakby była między nimi tajna nić porozumienia.
Wbrew temu, co mógłby sugerować opisany przeze mnie w kontekście scenografii podział przestrzeni scenicznej na ludzką i zwierzęcą, w spektaklu Frankiewicz oba te światy nieustannie się przenikają. Najdobitniej świadczą o tym pomysły obsadowe – nie tylko ten o wprowadzeniu saren, lecz także powierzenie roli postrzelonego dzika Mikołajowi Chroboczkowi, który przez większą część spektaklu gra średnio ogarniętego policjanta. Nie ma dla mnie bardziej wymownej sceny niż ta, w której aktor, wielki i nagi leży na scenie jako zdychający dzik, otulany przez płaczące nad nim sarny. Człowiek przecież też jest zwierzęciem, dlaczego więc ma czuć się lepszym od innych istot? – zdaje się pytać Frankiewicz. Co więcej, tych, którzy próbują się wywyższać, reżyserka poniża, wyszydzając i ukazując w negatywnym świetle. Myśliwi należący do małomiasteczkowej elity są głupi, krótkowzroczni, zadufani w sobie i małostkowi – tak antypatyczni, że trudno ich polubić lub znaleźć dla nich współczucie, czy chociaż usprawiedliwienie. Zebrani na Balu Grzybiarza upijają się, uwalniając swoje najniższe instynkty. Z kolei podczas mszy świętej zorganizowanej w dniu św. Hubertusa, patrona myśliwych, ksiądz Szelest tak bardzo wychwala ich pracę jako wykonawców woli bożej, że popada w absurd, ośmieszając swój natchniony wywód. Frankiewicz nie daje nam wyboru, po której stronie konfliktu stanąć. I pewnie jako człowiek ma rację, choć jako reżyserka – mogłaby się pokusić o mniej oczywistą prowokację.
Ogółem jednak „Prowadź swój pług...” to mądrze poprowadzone przedstawienie z umiejętnie rozłożonymi akcentami i świetnymi kreacjami aktorskimi (szczególnie Mileny Lisieckiej). To także bardzo udana inscenizacja, w której plan bezkresnej natury kontrastowo łączy się z kameralnością ludzkich pomieszczeń i nowoczesnymi technologiami. Wszystko razem tworzy spójny obraz świata, który potrafi być mroczny i wzbudzać respekt, ale właśnie dlatego jest tak pociągająco piękny.