„Ellen Babić” Mariusa von Mayenburga w reż. Patryka Warchoła w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Krzysztof Stopczyk.
Pierwszą premierę w 2026 r. Teatr Wybrzeże zaplanował w Starej Aptece. To wyjątkowe miejsce, nawet jak na tak wyjątkowe miasto, jakim jest Gdańsk. Radzę tym, którzy nie są gdańszczanami podpytać wujka Googla, lub ciocię AI o historię tego miejsca. Wyostrzę Państwa ciekawość uprzejmie informując, że nazwa tej części Teatru Wybrzeże, w której znajdują się obecnie dwie sceny, wcale nie jest związana z farmaceutyką. I właśnie w tym wspaniałym miejscu Patryk Warchoł wyreżyserował „Ellen Babić”, której autorem jest niemiecki autor i dramaturg - Marius von Mayenburg, a przetłumaczyła ją Karolina Bikont.
Pod koniec października ubiegłego roku byłem w warszawskim Teatrze Współczesnym, na premierze „Między nami dobrze jest”, którą Patryk Warchoł wyreżyserował, na podstawie tekstu Doroty Masłowskiej. W swojej recenzji napisałem, że „(…) może teatr polski zyskał bardzo uzdolnionego i rokującego duże nadzieje reżysera (…)”. W całości podpisuję się pod tym moim, wcześniejszym stwierdzeniem, ale wnoszę małą autokorektę – wykreślam słówko „może”!
„Ellen Babić” w jego reżyserii jest spektaklem znakomitym, zrobionym z żelazną konsekwencją, w którym oprócz rewelacyjnej gry zespołu aktorskiego, widoczna jest wspaniała praca całej ekipy młodych twórców. Oprócz reżysera, mam na myśli Nikodema Słomczyńskiego [scenografia, muzyka] i Grzegorza Łabudę [kostiumy, dramaturgia ruchu]. Na premierze „Ellen Babić” w Starej Aptece po raz drugi, w krótkim czasie oglądałem niesamowite efekty pracy reżyserskiej Patryka Warchoła.
Oczywiście mam świadomość, że nawet najwspanialsza koncepcja reżysera i najcudowniejsze projekty scenograficzne, nie zdałyby się na nic, gdyby nie zespół aktorski. Oto trzy osoby, które tego wieczoru nie biorą jeńców: Dorota Androsz [Astrid – nauczycielka]; Maria Kresa [Klara – dawna uczennica] i Piotr Łukawski [Wolfram – dyrektor szkoły]. To jest tercet doskonały!
„Ellen Babić” to spektakl emocjonalny do granic bólu, a nawet poza te granice. Co wcale nie oznacza, że na scenie cały czas słychać krzyk, awantury i wyzwiska. Owszem, to wszystko też jest, ale na naszych oczach odbywa się głównie walka werbalnie wyniszczająca nie inwektywami, lecz argumentami, taka na absolutne zdominowanie i zdołowanie przeciwnika. A to trzeba nie tylko wyeksplikować, ale by było wiarygodne odpowiednio zagrać i to po obydwu stronach, to znaczy - tej wypowiadającej się i tej do której skierowana jest wypowiedź. A w tym przypadku, na scenie zawsze jest jeszcze ta trzecia osoba, która słyszy dialogi dwóch pozostałych. I też reaguje, z reguły nie werbalnie. Androsz, Kresa i Łukawski robią to w sposób fenomenalny, miejscami zapierający dech w piersiach. Cały czas widoczne jest w nich wewnętrzne ciśnienie bez mała rozsadzające ich od środka i tylko od czasu do czasu dochodzi do erupcji tych emocji. A wtedy „nie ma zmiłuj!”. Maria Kresa prawie cały czas jest na granicy wybuchu, ale sposób w jaki pokazuje aby do tego nie doszło, to mistrzostwo świata. Jej statyczne emocje są widoczne w każdym spojrzeniu, artykulacji, narzuconym sobie spokojem wypowiedzi, ale również w dygocie ciała, drżeniu twarzy, czy pojawiających się łzach. Dorota Androsz i Piotr Łukawski też starają się działać na „zaciągniętych hamulcach”, ale kilka razy świadomie zwalniają je. W tych chwilach pomyślałem sobie, że nie chciałbym być na miejscu ich przeciwników!
Nie znałem wcześniej tej sztuki, ale jej fabuła jest po prosu
niesamowita. Takiego węzła gordyjskiego różnych wątków, z których każdy
jest koszmarniejszy od poprzedniego, już dawno nie widziałem na scenach.
I jak przystało na węzeł gordyjski nie można go rozwiązać, tylko
przeciąć, ale w tym tkwi cały smaczek tej sztuki, że nie doczekujemy się
takiego cięcia. Tu nic nie jest oczywiste. Nawet postać, która odgrywa
fundamentalną rolę w fabule, czyli bohaterka tytułowa, nie pojawia się
na scenie!Pozostaje tylko interpretacja całości zdarzeń i zachowań
poszczególnych postaci. Ilu widzów na widowni, tyle interpretacji.
Już po spektaklu, w foyer słyszałem wypowiadane przez jakąś panią, apodyktycznym tonem peany na cześć i w obronie Astrid, w kontrze do odsądzających ją od tzw. „czci i wiary”, słów jej towarzysza, który w zamian nie mógł nachwalić się Wolframa! Żałuję, że nie mogłem dłużej być świadkiem tej wymiany myśli, bo zapowiadało się bardzo apetycznie!
Jak wspomniałem przed chwilą, wątków jest bardzo dużo, każdy z nich jest „elektryczny”, a większość uznawana za tabu i wzbudzająca niesłychane emocje, wspomnę tylko o: uczuciach damsko damskich, o wykorzystaniu relacji nauczycielka uczennica, o fantazjach męsko damskich samotnika i raczej życiowego nieudacznika, o bezwzględnym „parciu” na zdobycie wysokiego stanowiska, a tych wątków jest dużo więcej. I każda z postaci ma argumenty na swoją obronę i żadna z nich nie jest krystalicznie dobra i bezwzględnie zła. Ja mam swoją faworytkę do miana szwarccharakteru, ale nie zdradzę jej Państwu. Każdy widz musi ustawić sobie hierarchię pro i anty bohaterów / bohaterek. Podpowiadam: łatwo nie będzie!
„Ellen Babić” w reżyserii Patryka Warchoła jest spektaklem doskonałym pod każdym względem. Oświetlenie zaprojektowane przez reżysera; muzyka i scenografia ze znakomitym efektem i trickiem z lustrem autorstwa Nikodema Słomczyńskiego; kostiumy i dramaturgia ruchu Grzegorza Łabudy, o grze aktorskiej już napisałem, to wszystko działa perfekcyjnie i w efekcie synergii, daje końcowy rezultat zasługujący na najwyższe noty.
Takie jest moje zdanie i mam nadzieję, że zgodzicie się z nim Państwo po obejrzeniu „Ellen Babić” wyreżyserowanej przez Patryka Warchoła w Starej Aptece Teatru Wybrzeże.
Na zakończenie wspomnę jeszcze o wernisażu, który odbył się w foyer Starej Apteki przy okazji tej premiery, na którym można było podziwiać prace Joanny Ambroz, autorki przyciągającego wzrok plakatu to tej sztuki.