Logo
Recenzje

Okiem Obserwatora: Dwunastu gniewnych ludzi

28.09.2026, 11:00 Wersja do druku

„Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rosego w reż. Piotra Ratajczaka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.

fot. Barbara Ojrzeńska

Teatr Współczesny w Warszawie nie kazał widzom zbyt długo czekać na kolejną premierę. Dwa [!] tygodnie po „Afterplay” w reżyserii Bogdana Michalika, Piotr Ratajczak zmierzył się z tematem – legendą.

W 1957 roku miał premierę film „Dwunastu gniewnych ludzi” (12 Angry Men), którego reżyserem był Sidney Lumet, zrealizowany na podstawie telewizyjnego przedstawienia teatralnego, napisanego i wyreżyserowanego przez Reginalda Rose’a w 1954 roku. Scenariusze do obydwu tych produkcji napisał właśnie Reginald Rose.To amerykański dramat sądowy. Pół wieku później, w 2007 roku, Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych umieściła go na liście amerykańskiego dziedzictwa filmowego, motywując to znaczeniem, jakie ma pod względem kulturalnym, historycznym i estetycznym. W tak zwanym międzyczasie film otrzymał trzy nominacje do nagrody Oscara (za najlepszą reżyserię, film roku i scenariusz) oraz cztery nominacje do Złotych Globów; Sidney Lumet został nagrodzony w Berlinie Złotym Niedźwiedziem, a Henry Fonda nagrodą BAFTA. Tych nagród i wyróżnień było dużo więcej, a jakby tego było mało, film znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych filmów internetowej bazy IMDb. Uff! No i właśnie taki smakowity kąsek, w tłumaczeniu Jana Czaplińskiego, zaproponował Teatr Współczesny na swoją kolejną premierę, tym razem na głównej scenie.

Jako materiał wyjściowy do pracy w teatrze „Dwunastu gniewnych ludzi” jest i łatwy, i bardzo ciężki. Stosunkowo łatwy jest z bardzo prozaicznego powodu. Jak rzadko kiedy we współczesnych sztukach, zachowana jest klasyczna, wywodząca się jeszcze z tragedii antycznej, jedność czasu, miejsca i akcji. A więc odpadają zmiany dekoracji, kostiumów, nie trzeba wymyślać sposobów pokazania w jednej scenie burzy na morzu, a w następnej saharyjskiej pustyni. Akcja toczy się w jednym miejscu, w czasie rzeczywistym.

A jakie są trudności? Tego nie trzeba tłumaczyć nikomu, kto widział film, a każdy, kto zobaczy spektakl, od razu pozna powód. Tu, tylko mała podpowiedź z mojej strony: to jest szalenie trudny materiał dla reżysera i aktorów. Jest w nim ogromna ilość tekstu, nierzadko wypowiadanego na podobieństwo wymiany piłek ping-pongowych, a emocji buzujących w tym spektaklu jest tyle, że wystarczyłoby na kilka innych przedstawień. To trzeba pokazać w sposób niepopadający w emfazę, jak najbardziej naturalny, ale jednocześnie nie gubiący dramaturgii fabuły.

Takie zadanie stanęło przed reżyserem Piotrem Ratajczakiem [również opracowanie muzyczne z genialnym wpleceniem cytatu muzycznego z „Riders On The Storm” The Doors] i dwunastoma aktorami Teatru Współczesnego.

Idąc na tę premierę, wcale nie ukrywałem, że cały czas miałem przed oczami sceny oglądane w kinie, a później w TV. I zastanawiałem się, jak będzie się miała warszawska inscenizacja do filmowego wzorca. Ciekawiło mnie również, ile osób na widowni będzie w podobnej do mnie sytuacji, a dla ilu z tych szczęśliwców obecnych na premierze będzie to „czysta karta”. Odpowiedź na to pytanie poznałem dopiero po zakończeniu przedstawienia. A wcześniej było ok. 100 minut śledzenia z zapartym tchem tego, co działo się na scenie. A działo się!

Po wejściu na widownię od razu rzuca się w oczy estetyczna i ascetyczna, bardzo surowa scenografia, której autorem jest Marcin Chlanda [również reżyseria światła], jakże różna od filmowego klaustrofobicznego, dusznego pokoju. Tu oglądamy przestronne, widne pomieszczenie. O upale, szykującej się burzy i niedziałającej klimatyzacji tylko słyszymy.

Dwunastu przysięgłych siedzi zgodnie z przypisanym im porządkiem numerycznym od pierwszego do dwunastego. Nic o nich nie wiemy, tak samo jak i oni nie wiedzą nic o pozostałych. Poznajemy tylko ich numery. Zebranie prowadzi Przewodniczący (nr 1). Sesja zaczyna się od poznania zdania każdego z przysięgłych na temat wyroku, który ma zapaść, czyli przeprowadzone zostaje głosowanie. Jedenastu stwierdza, że oskarżony jest winny, a jeden nie zgadza się z takim osądem. Ponieważ w tego typu sprawie (zagrożenie wyrokiem śmierci) wyrok musi być jednogłośny, powstaje problem, bo trzeba przekonać tego nieprzekonanego. No i zaczyna się!

Reżyser (Piotr Ratajczak) wspaniale dobrał obsadę. Zwróciłem na to szczególną uwagę, ponieważ uważam, że zarówno w filmie, jak i w inscenizacji teatralnej sprawa wydania wyroku i kwestia „winny nie winny” są bardzo ważne, ale tylko pretekstem do pokazania całej palety charakterów i zachowań ludzkich. Tych dwunastu przysięgłych stanowi szeroki przekrój typów ludzkich, i to według różnych kryteriów: pochodzenia, wykształcenia, wykonywanych zawodów, zamożności, warunków życia, spraw rodzinnych, charakteru, osiągnięć życiowych itd. Jednym słowem, każdy z aktorów musi różnić się zdecydowanie od pozostałych. Oczywiście mam na myśli nie tylko wygląd fizyczny, ale rodzaj zachowania, mówienia, mowy ciała, sposobu argumentacji, poruszania się. I to jest bardzo mocna strona tego spektaklu! Każdy z dwunastu aktorów przebywających cały czas na scenie, nawet wtedy, gdy nie wypowiada kwestii i nie jest oświetlony reflektorem punktowym, jest cały czas widoczny. I każdy cały czas zachowuje się w charakterystyczny dla siebie sposób. Każdy z występujących artystów zbudował z reżyserem swoją postać i ani przez chwilę nie wypada z niej. Trochę żartobliwie muszę stwierdzić, że stanowiło to dla mnie małą trudność, bo chciałam przyglądać się każdemu z nich, a tymczasem główna akcja (w tym teksty) przenosiła się już w inną część sceny. Ale dałem radę i dzięki temu doceniam i podziwiam ogrom pracy włożonej w każdą rolę.

Wykreowane postacie są absolutnie prawdziwe, tłumaczą swoje racje w sposób przekonujący, a emocje, jakie nimi targają, są autentyczne. I każda jest inna i każda jest autentyczna! Widoczna jest ogromna, wspólna praca całego zespołu aktorskiego i reżysera.

Nie podejmuję się wskazać, którego aktora gra spodobała mi się najbardziej. Oczywiście, wśród tej dwunastki są postacie wiodące i są te mniej eksponowane, ale od wszystkich trudno oderwać wzrok, szczególnie gdy (jak już wspomniałem) obserwuje się je nie tylko w momentach ich przysłowiowych „pięciu minut”. Każda z postaci i każdy z aktorów ją grających zasługują na wyróżnienie, a synergia, którą wspólnie tworzą, daje niesamowity efekt. Wymienię więc oglądanych na scenie aktorów w kolejności numerów przypisanych im w fabule:

Leon Charewicz [1. przysięgły Przewodniczący];

Marcin Bubółka [2. Przysięgły];

Sławomir Orzechowski [3. Przysięgły];

Marcin Stępniak [4. Przysięgły];

Sebastian Świerszcz [5. Przysięgły];

Dariusz Dobkowski [6. Przysięgły];

Mariusz Ostrowski [7. Przysięgły];

Filip Kowalczyk [8. Przysięgły];

Krzysztof Wakuliński [9. Przysięgły].

Szymon Roszak [10. Przysięgły];

Piotr Bajor [11. Przysięgły];

Przemysław Kowalski [12. Przysięgły];

No i tu mam jednak problem, bo powinienem dokładniej omówić każdą z kreacji. Nic z tego, a w zamian sugeruję Państwu jak najszybsze obejrzenie spektaklu, ale nie tak standardowo, „na luzie”. Tu trzeba być skupionym i uważnie słuchać i obserwować (!) każdą z postaci, a przypominam, że jest ich dwanaście i są sceny, w których akcja skupia się na dwóch, trzech osobach, a reszta pozostaje w tle. Ale nie traćcie ich, Państwo, z oczu, bo chociaż w danym momencie nic nie mówią, to ich gra nie powinna umknąć Państwa uwadze. Są znakomici. Szczególnie zwróćcie Państwo uwagę na: Piotra Bajora; Marcina Bubółkę; Leona Charewicza – Przewodniczącego; Dariusza Dobkowskiego; Filipa Kowalczyka; Przemysława Kowalskiego; Sławomira Orzechowskiego; Mariusza Ostrowskiego; Szymona Roszaka; Marcina Stępniaka; Sebastiana Świerszcza; Krzysztofa Wakulińskiego. No i wyszło mi, że na wszystkich!

W miarę upływu czasu ustępował mój niepokój związany z porównaniem z filmem. To, co oglądałem na scenie z zapartym tchem, było dokładnym przeniesieniem scenariusza filmowego. Wszyscy aktorzy wspaniale wcielają się w grane postacie, łącznie z tymi, które przed spektaklem budziły mój największy niepokój. Niełatwo jest wejść w buty kinowych gigantów grających dwóch głównych antagonistów: trwającego do końca przy swojej wersji wydarzeń Przysięgłego nr 3 [Lee J. Cobb, dubbingowany przez Władysława Hańczę, a w drugiej wersji przez Mariusza Dmochowskiego. Sławomir Orzechowski – znakomity! To przy jego tragicznej postaci jest bardzo ważna według mnie różnica w scenariuszach kinowym i teatralnym]; jedynego targanego od początku wątpliwościami Przysięgłego nr 8 [Henry Fonda – dubbingowany przez Czesława Byszewskiego i Edmunda Fettinga. Filip Kowalczyk – znakomity!]; czy najstarszego, pozornie zdziecinniałego i przysypiającego (!) Przysięgłego nr 9 [Joseph Sweeney dubbingowany przez Leona Pietraszkiewicza i Szczepana Baczyńskiego. Krzysztof Wakuliński – znakomity!]. Te filmowe role były nominowane do najważniejszych nagród! A nasi aktorzy – tu użyję popularnego ostatnio zwrotu – dowieźli. I to jak!

Ale w wersji kinowej w pozostałe postacie wcielili się również laureaci najważniejszych nagród, w tym Oscarów. Tak że oprócz wymienionych przed chwilą aktorów, pozostali również mieli poprzeczkę zawieszoną niebywale wysoko, ale: Przysięgły nr 1: Przewodniczący starający się zapanować nad przebiegiem posiedzenia, trener futbolu amerykańskiego – Leon Charewicz – znakomity!; nieśmiały urzędnik bankowy, Przysięgły nr 2 – Marcin Bubółka – znakomity!; młody, logiczny i wygadany makler giełdowy, Przysięgły nr 4 – Marcin Stępniak – znakomity!; wychowany w slumsach „Przyczajony tygrys, ukryty smok”, Przysięgły nr 5 – Sebastian Świerszcz – znakomity!; prostolinijny malarz pokojowy, Przysięgły nr 6 – Dariusz Dobkowski – znakomity!; sprzedawca, dresiarz, fan drużyny baseballowej New York Yankees, Przysięgły nr 7 – Mariusz Ostrowski – znakomity!; wrzeszczący rasista, zwolennik rozwiązań siłowych i „silny w gębie”, Przysięgły nr 10 – Szymon Roszak – znakomity!; zegarmistrz reprezentujący niemiecki „Ordnung muss sein!”, Przysięgły nr 11 – Piotr Bajor – znakomity!; chwiejny i zmienny w swoich opiniach pracownik agencji reklamowej, Przysięgły nr 12 – Przemysław Kowalski – znakomity!

Zaskoczył mnie koniec do tego stopnia, że już po przedstawieniu postanowiłem dowiedzieć się, skąd ta różnica w zakończeniach filmowym i oglądanej inscenizacji. Tradycyjnie oświeciły mnie moje zaprzyjaźnione, wszystkowiedzące wróble teatralne, które wyjaśniły mi, że scenariusz teatralny ma inne zakończenie niż film. To znaczy konkretnie, sam finał jest taki sam, ale doprowadzające do niego końcowe, decydujące sekwencje są inne. Zadziwiło mnie to bardzo, bo przecież obydwa scenariusze napisał ten sam autor. Ale jak wiadomo, na świecie są rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

I właśnie wtedy rozmawiałem z osobami, które nie widziały filmu i okazało się, że wersja oglądana na scenie w pełni je satysfakcjonuje. Tu stawiam kropkę nad „i”, mnie też. Po prostu zakończenie filmowe i teatralne jest identyczne, choć różni się nie tylko w szczegółach bezpośrednio poprzedzających je, ale także w jeszcze ostatniej, zamykającej scenie, ale takie są prawa adaptacji i bardzo często poszczególne adaptacje różnią się od siebie nawet dużo bardziej niż „Dwunastu gniewnych ludzi” w wersji kinowej i teatralnej. A dla ortodoksów zżymających się na taki stan rzeczy podsuwam dotychczasowe wersje książkowe i filmowe „Lalki” Bolesława Prusa i najnowszy hit Netflixa.

Duży wkład w znakomity efekt końcowy mają również: Arkadiusz Buszko [ruch sceniczny] i Grupa Mixer, która zaproponowała bardzo ciekawe kostiumy. Niby bardzo podobne wizualnie i kolorystycznie, ale zróżnicowane i znakomicie oddające charakter, osobowość i zachowanie danej postaci.

Bez względu na to,  czy widzieli Państwo film „Dwunastu gniewnych ludzi” wyreżyserowany przez Sidneya Lumeta, czy nie, powinni Państwo wpisać sobie w kalendarzyku jako pozycję obowiązkową do obejrzenia warszawską inscenizację teatralną tego arcydzieła, wyreżyserowaną w Teatrze Współczesnym przez Piotra Ratajczaka. Ja widziałem jedno i drugie i jestem pod wrażeniem obydwu, czego i Państwu życzę.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także