EN

12.12.2022, 11:51 Wersja do druku

Okiem Obserwatora: Café Luna

„Café Luna” Marii Janickiej na motywach filmów Pedra Almodóvara w reż. Anny Wieczur-Bluszcz w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

Zakładam, że znacie Państwo przysłowie „Lepiej późno, niż wcale”. W moim przypadku, o mały włos, a nie zobaczyłbym wspaniałego spektaklu. Wielokrotnie słyszałem o nim pochlebne opinie, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie, no i w końcu, rzutem na taśmę, byłem na ostatnim przedstawieniu monodramu Anny Sroki-Hryń, „Café Luna”, w reżyserii Anny Wieczur-Bluszcz, w Teatrze Polonia. Szkoda, że było ono ostatnim i że ten opis nie posłuży do zachęcenia tych, którzy go nie widzieli, do nadrobienia zaległości. Mnie się udało i nie żałuję!

Premiera „Café Luna” odbyła się w kwietniu 2019 r., czyli na długo przed znakomitym mini serialem Netflixa „Królowa” (2022 r., reż. Łukasz Kośmicki), z fenomenalną rolą Andrzeja Seweryna, któremu partnerują równie rewelacyjni: Maria Peszek, Julia Chętnicka i Kova Réa. 

Obydwa wydarzenia artystyczne mają wspólny mianownik, ich akcje toczą się w środowisku mówiąc delikatnie nieheteronormatywnym. O ile w serialu główną postacią jest mężczyzna (Andrzej Seweryn), to w „Café Luna” jest nią kobieta – Anna Sroka-Hryń. Bo LGBT+ to nie tylko, jak chcą niektórzy, umalowany i ucharakteryzowany na kobietę facet. Kobiety też są w tej społeczności i to wcale nie tak rzadko!

A propos kobiet. „Oczywistą oczywistością” jest fakt, że one rządzą! Ja przyjąłem to do wiadomości już dawno, dawno temu. Jakiś przykład? Proszę bardzo. Właśnie widziałem efekty ich współpracy: Maria Janicka (napisała scenariusz); Anna Burzyńska (autorka tekstów piosenek); Anna Wieczur-Bluszcz (reżyserka); Ewa Gdowiok (scenografka i kostiumolożka); Anna Iberszer (choreografka); Paulina Góral (reżyserka światła); no i oczywiście jeszcze jedna pani – Anna Sroka-Hryń, w tym przypadku doprecyzuję, wykładowczyni z tytułem doktorskim w Akademii Teatralnej w Warszawie. Wszystkie panie namówiły się i przyszły z propozycją do kolejnej pani, tym razem dyrektorki Teatru Polonia. A Pani Krystyna Janda uznała, że propozycja jest z tych tzw. „nie do odrzucenia” i miała rację! Pani Dyrektor należy się uznanie za to, bo decyzja o rozpoczęciu prób i doprowadzeniu ich do premiery w naszej obecnej rzeczywistości nie była taka łatwa, biorąc pod uwagę wymyśloną przez panie konstrukcję, polegającą na tym, że pani gra pana, który zmienia się w panią. No przecież to proste! Tylko, abstrahując od jakże ważnych uwarunkowań pozateatralnych, to jeszcze trzeba było zagrać tak, aby widz widział równocześnie i faceta, i kobietę, a nie tylko przebierankę i ucharakteryzowanie. No i Sroka-Hryń kreuje coś niemożliwego do stworzenia. Przecież jest kobietą, ale na scenie jest równocześnie  super wyrazistą kobietą i facetem (jak wyznaje), po częściowej korekcji płci. Częściowej, bo jak wyjaśnia, pozostał jeszcze jeden „drobiazg” do usunięcia, ale na to absolutnie nie ma chęci. Jej pasuje tak jak jest w tej chwili. Umysł i góra to bujna kobieta, a dół, to jak sama stwierdza równie „bujny” facet.

No więc właśnie; że kobieta, to widać, ale równocześnie w milionie detali to przecież facet, dla przykładu: kobiety tak nie siadają (kto jeszcze nie wie o co mi chodzi, niech zauważy jak siadają faceci w np. metrze), tak nie chodzą – nawet w takich butach; a takie mruknięcia wydobywał z siebie do tej pory tylko Wiedźmin, który był bardzo mało kobiecy. 

Spektakl oparty jest na motywach filmów Pedra Almodóvara. I to widać, i słychać przez cały czas. Dzięki bardzo oszczędnej, ale znakomicie oświetlanej scenografii, dzięki charakteryzacji i kostiumom jakby żywcem wyjętych z filmów tego reżysera, dzięki znakomitej muzyce wykonywanej na żywo przez zespół stylowo ubranych muzyków, pod kierownictwem Mateusza Dębskiego, od pierwszej do ostatniej chwili zanurzamy się w specyficzny klimat almodóvarowy. A Sroka-Hryń czuje się w nim jak ryba w wodzie. Nic dziwnego, że uczy studentów sztuki aktorskiej, bo ma ją opanowaną do perfekcji. Przecież aktorstwo to nie tylko podawanie tekstu ze sceny, w mniej lub bardziej dziwnym przebraniu. To mimika twarzy, spojrzenie, uniesienie brwi, skinienie głową, gest dłonią, wstrzymanie oddechu albo wprost przeciwnie – nieprzerwany potok słów, wszelaka modulacja głosu i milion innych detali, które tworzą całość. To wszystko widzimy u Anny Sroki-Hryń w „Café Luna”.

Raz jeszcze podkreślam. To nie jest łatwy spektakl. Więcej w nim dramatu, niż beztroskiego śmiechu. Po raz pierwszy byłem świadkiem autentycznego szlochu osoby siedzącej dwa rzędy ode mnie. Ale były też chwile żywiołowej wesołości publiczności, które sprowokowały artystkę, do deklaracji skierowanej do dziewczyny zanoszącej się bardzo specyficznym śmiechem: „ja ją wypożyczam!”. To wszystko oferowała Anna Sroka-Hryń publiczności.

Bo „Café Luna” to spektakl totalny, głównie dzięki Annie Sroce-Hryń, ale również dzięki pozostałym twórczyniom wymienionym powyżej, no i męskim rodzynkom, czyli zespołowi muzycznemu pod kierownictwem Mateusza Dębskiego. 

Źródło:

Materiał nadesłany