15.06.2021, 10:51 Wersja do druku

„Odyseja” w Teatrze Nowym. Wciąż o tym samym…

"Odyseja. Historia dla Hollywoodu" inspirowana „Odyseją” Homera, na podstawie „Powieści dla Hollywoodu” i „Króla kier znów na wylocie” Hanny Krall w reż. Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w Polska Times.

fot. Magda Hueckel

Spektakl „Odyseja. Historia dla Hollywoodu” w Teatrze Nowym to kolejne zmierzenie się Krzysztofa Warlikowskiego z tematem Holokaustu. Ile w tym nowych przemyśleń? Może wystarczy postawienie następnej lampki ofiarom? Ale to by znaczyło, że rozpamiętywanie przeszłości to nie jałowe cierpiętnictwo.

O „Odysei” Krzysztofa Warlikowskiego mówiło się od dawna, bo i spektakl powstawał długo. To dla udziału w nim Mariusz Bonaszewski porzucił Teatr Narodowy dla Teatru Nowego.

Kompletnie inaczej skądinąd go sobie wyobrażałem słysząc na przykład, że miał być ćwiczony w Grecji. Możliwe, że były to wieści mylące, a może koncepcja się zmieniła. Wątek wracającego do rodziny Odysa, przedstawianego tu jako - starzec, którego miał zagrać pierwotnie Zygmunt Malanowicz, a po jego śmierci robi to 92-letni, wspaniały Stanisław Brudny, to pretekst, można by rzec metafora wspomagająca.

Spektakl będący montażem kilku wątków, złożony ze strzępów motywów literackich i własnej wyobraźni Warlikowskiego (współautorem jest, jak zwykle, Piotr Gruszczyński) to w istocie kolejne zmierzenie się reżysera z tematem Holokaustu.

O czym to jest?

Czy się udało? W kuluarach łowiłem głosy wielkich entuzjastów teatru Warlikowskiego, którzy byli odrobinę rozczarowani, mówili coś o wtórności wątków i scen. Naturalnie to wciąż teatr efektowny, zaskakujący czysto formalnymi smaczkami. Ot choćby pomysłem aby początek pierwszego i drugiego aktu (oba bardzo długie) zaczynał się przy naturalnym świetle wpadającym przez okna, przez które widzimy zresztą także przechodniów.

Wszystko dzieje się na kilku planach. Mamy aktorów na pustej, niepodwyższonej przestrzeni, którą scenografka Małgorzata Szcześniak przedzieliła wielką ruchomą klatką. To na tej płaszczyźnie, a czasem w klatce, niekiedy także pośród innych, niezbędnych sprzętów, poruszają się lub odgrywają scenki aktorzy. I mamy filmowe zbliżenia twarzy tychże aktorów na aż dwóch ekranach, czasem pokazywane równocześnie z ich działaniami scenicznymi, a czasem jako odrębny materiał. Dostajemy w sumie niespieszny, posępny rytm kolejnych obrazów, który robi pewne wrażenie.

Choć opowieść o Odysie nie mogącym powrócić do domu powraca kilka razy, osnową są bardziej dzieje jednej kobiety, Izoldy Regensberg, tak zwanej ocalonej, bohaterki dwóch reportaży Hanny Krall. Grają ją aż trzy aktorki: Maja Ostaszewska (Izolda wojenna), Ewa Dałkowska (Izolda po latach) oraz Magdalena Cielecka (Izolda filmowa, także Liz Taylor, sławna amerykańska aktorka). Ta ostatnia jest równocześnie bohaterką zdarzeń i aktorką dlatego, że jednym z motywów są zabiegi Izoldy o sfilmowanie jej wojennych, pełnych sensacyjnych zwrotów akcji, przeżyć dla Hollywood.

fot. Magda Hueckel

Odpowiedź na pytanie, o czym to tak naprawdę jest, nie przychodzi mi łatwo. Fenomen Holokaustu, i trauma ocalonych, były tematem opowieści wszelkiego typu: literackich, scenicznych, filmowych, bardzo wiele razy. Sam Warlikowski już o tym opowiadał, i to w podobny sposób – nasuwają się zwłaszcza skojarzenia z „(A)pollonią” z 2009 roku, też łączącą wątki z greckiej tradycji z tematem Zagłady z XX wieku. Niektóre kawałki są łudząco podobne.

Zabrzmi to niepokojąca cynicznie, ale powstaje pytanie, czy w sensie artystycznym da się z tematu Zagłady wycisnąć wiele nowego. To się wciąż czasem udaje (np. w filmie „Noc Walburgi” Marcina Bortkiewicza), ale coraz rzadziej. Tu znajdujemy kilka charakterystycznych wątków i kilka dygresji.

Holokaust kontra codzienność

Na przykład zderza się pamięć Holokaustu z komercyjną popkulturą Ameryki w scenie przymiarek do kręcenia hollywoodzkiego filmu (brawurowo groteskowy Rafał Maćkowiak jako producent Evans, ale nawet tę postać gdzieś już widziałem). Albo z hollywoodzkim podejściem do kwestii zdrowia: Barbara Walters grana przez Agatę Buzek rozmawia z Liz Taylor leżącą w szpitalu –i trzeba przyznać, że Cielecka jest świetna w obu rolach: aktorki i udręczonej Izoldy do tego stopnia, że miałem kłopot z jej identyfikacją.

Ta zasada nieustającego kontrastu ostateczności z normalnością wypełnia znaczną część spektaklu. Kiedy Izolda-Ostaszewska przeżywa ze swoim mężem-Bonaszewskim dramat powojennego niedopasowania, rzecz rozgrywa się w sklepie z dżinsami, który prowadzą. W tle chłopak, skądinąd mający własne problemy syn Odysa (dobry, grający kilka innych ról Bartosz Gelner) mierzy spodnie, i jest to dla niego męka. Czy porównywalna z Zagładą, zdaje się pytać spektakl.

Albo inna scena, kiedy stara Izolda-Dałkowska trafia do nowojorskiego zakładu fryzjerskiego, a w telewizorze mamy relację innego ocalonego. Abrahama Bomby, którego na zwierzenia namówił autor sławnego filmu „Shoah” Claude Lanzmann. I oto makabra hekatomby spotyka się z fryzurami.

Te kontrasty wciąż robią wrażenie, choć będę się upierał, łatwo zmieniają się w coś przewidywalnego, nie chcę napisać: w banał. W tych kategoriach widzę choćby bardzo łatwe rozprawy z popkulturą, ale samo pytanie, czy można żyć normalnie po Holokauście także padało już setki razy. Może należy takie spektakle potraktować jako swoisty moralny obowiązek, doroczne palenie lampek zmarłym? Może.

Ale przecież wobec innych historycznych rocznic i hekatomb środowiska, które chylą głowę przed takim teatralnym rytuałem, lampek palić nie chcą, wręcz uważają to za jałowe cierpiętnictwo. Wiem, Holokaust jest wyjątkowy. Tyle że nie da się go oddzielić od całościowego stosunku do historii, do problemu upamiętnienia.

Mamy też dygresje idące w bok: zwłaszcza brawurowo zagraną scenę pikniku wielkiego filozofa i przez dłuższą chwilę nazisty, Martina Heideggera, oraz jego dawnej ukochanej, Żydówki Hanny Arendt – w roku 1950, czyli „po wszystkim”. Scena pod dostawionym na chwilę drzewem ma swój dramaturgiczny potencjał. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i zwłaszcza Andrzej Chyra grają to świetnie. Aury tajemnicy dodaje jej pojawienie się buddyjskiego mnicha (w tej roli Hiroaki Murakami).

Nie zmienia to faktu, że znowu nie przyłapujemy Heideggera na niczym nowym. Wszystko o komplikacjach relacji filozofa z Arendt wiemy, choćby z popularnej niedawno w Polsce sztuki „Rzecz o banalności miłości” Savyona Liebrechta. Wiemy, że uczony nie okaże skruchy. I wiele dalej się w tej materii nie posuniemy.

Krytyk Rafał Węgrzyniak twierdzi, że demaskacja Heideggera (i także gestapowca, który gra w obecności udręczonej Izoldy Wagnera na fortepianie) służy sugestii, jakoby każda mocniejsza tożsamość narodowa prowadziła do nazizmu i zbrodni. Nie mam aż tak krańcowego wrażenia, w końcu i upadek myśliciela, i skłonność hitlerowców do Wagnera, to fakt po prostu. Uderza mnie za to mała odkrywczość tych spektaklowych obserwacji. Choć oczywiście zawsze można przekonywać, że uwaga „wszystko już było”, tyczy się każdego nowego tekstu i każdej inscenizacji.

Uderzenie w „sprawiedliwych”

Jest jedna scena, dla której być może ten spektakl w jakiejś mierze powstał. Oto na pustą przestrzeń wkracza pod koniec drugiego aktu, po sekwencji u fryzjera, czyli po opowieści Abrahama Bomby, sam Claude Lanzmann, grany przez Wojciecha Kalarusa. I wygłasza tyradę wymierzoną w mit „sprawiedliwych”. Było ich mało i byli niedostatecznie skuteczni, skoro tylu Żydów zginęło, taka jest główna jej myśl.

fot. Magda Hueckel

Rzecz dotyczy filmu „Lista Schindlera”, dostaje się wprost infantylizmowi przekazu Stevena Spielberga. Ale widzowie, sam się przekonałem, odbierają to jako głos w polskiej dyskusji. Jako krytykę polityki historycznej obecnego rządu nakierowaną na upamiętnienie i nawet swoisty kult „sprawiedliwych”.

Jeśli tak jest w istocie, to akurat wywód Lanzmanna-Kalarusa, że było ich mało, i byli mało skuteczni, a na dokładkę wypełniali jedynie prosty obowiązek każdego człowieka (w domyśle: nie byli bohaterami), wyjątkowo mocno chybia, jeśli chodzi o Polskę. Bo to kraj, w którym za pomaganie Żydom groziła śmierć, o czym specjalnie przypomniał Roman Polański w swoim „Pianiście”.

Prawda, Warlikowski unika łopatologii politycznej, za co w dobie rozpalonych plemiennych tożsamości można mu być nawet wdzięcznym. A że jego świat skojarzeń jest ograniczony? Że prawicowi krytycy wypominają mu niewrażliwość na wszelkie tropy i linki związane z historycznym dziedzictwem komunizmu? Jest wybitnym reżyserem, ale na przeszłość zdaje się patrzeć jednym tylko okiem. Od podejrzenia, że to z powodu festiwalowych oczekiwań Zachodu, wolę wiarę, że taka jest jego indywidualna wrażliwość, wynikła z przekonań.

Pytanie o Warlikowskiego

Jest w tym spektaklu kilku momentów urokliwych. Może najbardziej dotyczy to ostatniej sceny, kiedy małżeństwo Szajek i Izdolda Regensberg jeszcze przed wojną spotykają nieszkodliwego, wręcz sympatycznego dybuka, całkiem innego niż dybuk pozostały po Holocauście, i dręczący pojawiającą się jedynie w przekazie filmowym Maję Komorowską. Ta sytuacja powrotu do dawnej idylli to skądinąd popis aktorski Dałkowskiej, chyba najbardziej wielobarwnej aktorki tego spektaklu. Choć Ostaszewska i Bonaszewski też są znakomici. I po raz kolejny możemy się przekonać, jakim świetnym zespołem dysponuje Warlikowski.

Co zostało z kolei z opowieści o Odysie? To najbardziej niejednoznaczna, podatna na różne interpretacje, część przedstawienia. Można się cieszyć z występu Brudnego i Jadwigi Jankowskiej-Cieślak jako Penelopy. Niech każdy widz sam wyrobi sobie zdanie, co nam przedstawiają. Możliwe, że ciąg sztuczek. A może coś więcej?

W podsumowaniu zauważę, że to przy tak wielkim potencjale sił aktorskich pierwsza od trzech lat inscenizacja Warlikowskiego. Teatr Nowy gra w ogóle nie za wiele, owszem ostatnio także z powodu pandemii, ale przed nią było tak samo, a teraz obce mu jest gorączkowe nadrabianie zaległości, tak typowe dla innych scen teatralnych.

To z jednej strony silna instytucja – z kawiarnią, księgarnią i mocno ukierunkowanymi w lewo odczytami. Jej środowiskową naturę nietrudno zauważyć. W teatralnym programie wszyscy święci, od Agnieszki Holland po Aleksandra Smolara, komentują mit Odysa. Na pierwszym przedstawieniu po premierze można było wypatrzeć doktora Adama Bodnara i profesor Ewę Łętowską.

Jak na ten rozmach towarzyski, realna twórczość jakby trochę się zatrzymała. Możliwe, że samego Warlikowskiego kręcą teraz przede wszystkim opery. Pałeczkę liberalno-lewicowego przekazu przejmują inni, przede wszystkim znacznie bardziej toporny i wojowniczy Teatr Powszechny. Ciekawe, jak trwały to trend.

Tytuł oryginalny

„Odyseja” w Teatrze Nowym. Wciąż o tym samym…

Źródło:

polskatimes.pl
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data:

13.06.2021 16:29