EN
28.02.2022, 11:28 Wersja do druku

Odszedł Grzegorz Młudzik

Kwadrat

Na sezon 1976/77 nasz kochany dyrektor Marek Okopiński zaangażował do Teatru im. Horzycy w Toruniu dużą grupę absolwentów kończących w 76 roku wydział aktorski łódzkiej Filmówki. Śp. Ewa Jeż (wkrótce Ewa Józefczyk), śp. Włodek Maciudziński, śp. Jacek Jasik, Rysio Jabłoński, śp. Józek Józefczyk, Włodek Matuszak, Grześ Młudzik. A za Grzesiem przyjechała, by w teatrze toruńskim robić dyplom, wtedy studentka czwartego roku Szkoły w Łodzi, Ania Januszewska. Delikatna, subtelna, dziewczęca, z burzą loczków na głowie i stanęła przy Grzesiu na zawsze. A on ją objął czule – męski, mocny, szeroki w ramionach, z wyrazistą, poważną twarzą, w której wyróżniały się bystre oczy i mocna szczęka. Był tak geometryczny, że przywiezione z Łodzi przezwisko Kwadrat przyjęło się w Toruniu, bo było trafne. Kryło młodego mężczyznę nieoczekiwanie wrażliwego, uważnego, a nade wszystko dowcipnego, co ujawniał nieśpiesznie, jakby czekał na moment: „teraz pointa” i wtedy jego krótki komentarz był zawsze bezbłędny, śmialiśmy się serdecznie.

na zdj: Grzegorz Młudzik (Imre) i Anna Januszewska (Zofia) w sztuce „Okrutni kochankowie” Palotai. Reż. Elżbieta Sikora, premiera w Toruniu 9 lutego 1977, fot. Janina Gardzielewska

W teatrze w Toruniu tak liczny angaż młodych aktorów nie zdarzył się nigdy wcześniej i nigdy potem (a do łodzian dołączyli koledzy tylko nieco od nich starsi z innych teatrów, także ściągnięci przez Okopińskiego). Byli jak desant witalności, wigoru i rozmaitych talentów. Zmienili Teatr im. Horzycy, jego życie na scenie, za kulisami, w bufecie, w portierni, jego układy towarzyskie. Wrzało młodością, odwagą, śmiechem, nie zawsze subtelnymi dowcipami. Zostali szybko zaakceptowani przez nieco starszych Kolegów i wielkie gwiazdy tego Teatru - Zulę Melechównę, Grażynę Korsakow, wprawdzie po chwilach wypełnionych bezgranicznym zdumieniem, lecz tak się stało… Byli widoczni, obecni w całym Toruniu. I lubiani. Dużo grali, w wolnych chwilach stworzyli kabaret Bang. Nad nimi czuwał nasz dyrektor Okopiński, zwany przez nich Ogórkiem. Obdarowanemu „Ogórek” podobał się, to wiem.

Grzesia pamiętam ze wszystkich jego toruńskich premier, ale najsilniej jako Villona w Wielkim Testamencie, jako młodego chłopaka Imre w Okrutnych kochankach, znakomitego Hsieh-Ping-Kuai w Pani Wdzięczny Strumyk, a nade wszystko jako oficjalistę Józefa Maszejkę w Witkacego W małym dworku, niewielką rolę, ale jak zagraną! – gdy wchodził, gdy w lansadach podbiegał do Widma Matki i całował jej ręce z wymyślnym uszanowaniem, był śmieszny w ruchach, gestykulacji, elegancki do przesady, co u specjalisty od odborsuczania suk, było zaskakujące, ale dziwność sytuacji mieściła się w dziwności Witkacego, a Maszejko zagarniał scenę, nie było nikogo, patrzyliśmy tylko na Maszejkę.

Ten nasz Toruń. 

Po czterech sezonach Młudzikowie pojechali do Współczesnego w Szczecinie.



Źródło:

Materiał własny