Logo
Magazyn

Odpowiednie dać rzeczy słowo – Norwid 2026

30.09.2026, 17:59 Wersja do druku

Tomasz Miłkowski o Nominowanych i Laureacie tegorocznej Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida w dziedzinie teatru.

fot. Mazowiecki Instytut Kultury / UMWM

Jeśli szukać wciąż aktualnej wskazówki Norwida dla współczesnego teatru, warto sięgnąć po cytat z „Ogólników”, wiersza otwierającego jego cykl poetycki „Vade-mecum”: „Odpowiednie dać rzeczy – słowo!”.

Kapituła Teatralna nominowała w tym roku dwie aktorki teatrów ulokowanych w przeciwległych skrzydłach Pałacu Kultury, Annę Moskal z Teatru Dramatycznego i Dominikę Ostałowską z Teatru Dramatycznego oraz Jana Klatę, reżysera, od 1 września 2025 roku dyrektora Teatru Narodowego. Wszyscy nominowani spełniają Norwidowskie kryterium sensu: dają odpowiednie słowo rzeczy.

Anna Moskal ukończyła warszawską Akademię Teatralną w roku 1998. W tym samym roku – jeszcze jako studentka zadebiutowała w Teatrze Powszechnym w Warszawie, w którym miała pozostać przez niemal 20 sezonów, rolą Iriny w „Trzech siostrach” Czechowa w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Jej młodziutka Irina kipiała energią, część recenzentów zachwyciła przemiana bohaterki z niedoświadczonej beztroskiej dziewczyny w dojrzałą kobietę, która z kamienną twarzą przyjmuje śmierć narzeczonego.

Tak się złożyło, że wkrótce mogła rozwijać tę rolę w spektaklu reżyserowanym także przez Agnieszkę Glińską, w „Czwartej siostrze” Janusza Głowackiego (1999), gdzie zagrała Katię – delikatną, depresyjną kobietę, żyjącą w poczuciu winy.

Umiejętność tworzenia portretów psychologicznych młodych kobiet w stanie wewnętrznego rozedrgania zapewne przydała się potem Annie Moskal w rysunku Bianki w „Białym małżeństwie” Tadeusza Różewicza w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego (2003).

Już jako aktorka dojrzała mogła spotkać się w Teatrze Powszechnym z drugą nominowaną do tegorocznej nagrody Norwida, Dominiką Ostałowską – razem grały w ważnym spektaklu Anny Augustynowicz „Miarka za miarkę” Szekspira na małej scenie, będącym studium władzy, która może sprowadzać na ludzi pokusy, a siebie zawsze traktuje jako nieomylną i sprawiedliwą. Ostałowska zagrała czystą Izabellę, niewinnie pomawianą o wiarołomstwo, Anna Moskal wystąpiła udatnie w kilku rolach. Warto dodać, że ten spektakl był swego rodzaju szkołą dla wykonawców – trzeba było grać obok widzów, ramię w ramię, a jednocześnie zachować strefę komfortu widza – taka koncepcja reżyserki wymagała wielkiej dyscypliny.

Wśród innych ról granych w Teatrze Powszechnym zapisała się w pamięci jej Marysia, zbuntowana przeciw całemu światu dziewczyna, która chce się wyrwać z więzienia swego życia, z „Kieszonkowego atlasu kobiet” Sylwii Chutnik w reż. Waldemara Śmigasiewicza (2009).

Po odejściu z Teatru Powszechnego Anna Moskal występowała gościnnie, odnosząc sukcesy w spektaklach realizowanych w teatrach niezależnych. W Teatrze Konsekwentnym Adama Sajnuka zagrała w „Ceremoniach pogrzebowych” Hanocha Levina. Adaptując tę burleskę Sajnuk pewne akcenty wyostrzył, nadając teściowej (granej przez Annę Moskal) rysy damy z magla, miotającej na prawo i lewo wyzwiskami (2016). Okazało się, że komediowy, nieledwie farsowy zakrój tej roli świetnie mieści się w emploi aktorki. Z drugiej strony w „Zabawie” Marka Modzelewskiego w Teatrze Polonia, w spektaklu o zabarwieniu thrllera psychologicznego dała pokaz psychicznego masochizmu.

Do Teatru Dramatycznego dołączyła Anna Moskal rolą adwokata w „Widoku z mostu” Arthura Millera (i tym razem w reżyserii Agnieszki Glińskiej), spektaklem rezonującym z tłem społecznym, narastającą wówczas niechęcią do imigrantów (2018). Nad aktorami dramatu zawisło tragiczne fatum, o czym od początku uprzedza adwokat biedaków Aflieri (w tej roli właśnie Anna Moskal), obserwujący z pewną dozą rezygnacji rodzący się nieuchronnie konflikt. Niektórzy recenzenci zachodzii w głowę, dlaczego aktorka gra męską rolę, choć wywiązywała się z zadania idealnie, rejestrując zdarzenia z niepokojem, jak rasowy chór grecki, który pilnuje, aby tragedia się dopełniła.

Potem jej dorobek aktorski wzbogacił się o kilka znaczących ról, wśród nich o Gertrudę, matkę z „Hamleta” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. Aktorka zagrała Królową jak kobietę niesioną falą życia, która pragmie ocalenia.

I tak dotarliśmy do roli, za którą została nominowana – do spektaklu Anny Augustynowicz „Wczoraj byłaś zła na zielono” wg Elizy Kąckiej. To niełatwy spektakl. Wymaga skupienia. Jak połączenie koncertu Warszawskiej Jesieni z happeningiem Tadeusza Kantora. W spektaklu Anny Augustynowicz Matka Anny Moskal rządzi zdyscyplinowaną formą, która służy wydobyciu przesłania spektaklu: to droga do odnalezienia przejścia na drugą stronę lustra, przebicia się przez mur nie do sforsowania, jaki stawia psychika autystycznego dziecka, wymagająca odwagi i cierpliwości. To droga mozolnego tworzenia silnych więzi matki i córki pokonujących tor niewyobrażalnych przeszkód. Anna Moskal tworzy przejmującą rolę, pozbawioną czułostkowości i sentymentalizmu, ale pełną czułości. Bywa to chwilami wręcz bolesne, a przecież głęboko poruszające.

Dominika Ostałowska, warszawianka, kiedy Anna Moskal zaczynała studia w Akademii Teatralnej, ona właśnie je kończyła (1994), wiążąc się na kilka sezonów z Teatrem Ateneum. Zagrała tu m.in. rolę Marianny w Opowieściach lasku wiedeńskiego Odona von Horvatha, która przyniosła jej m.in. Nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza. Wzbudziła podziw, ukazując przemianę swojej bohaterki, jak pisano „od infantylnego buntu aż po przedwczesną i gorzką dojrzałość”. Od 2000 roku związała się z Teatrem Powszechnym na 12 sezonów.

Mniej więcej w tym czasie zagrała znaczącą rolę w ”Dybuku” w Teatrze TVP, Agnieszka Holland powierzyła jej główną rolę Lei, nagrodzoną na festiwalu Dwa Teatry. Nagrodzono także kilka jej ról w Teatrze Powszechnym, wspominaną już Izabellę w „Miarce za miarkę”, a także rolę w obyczajowej sztuce Davida Hare „Zdaniem Amy”, w której jako córka w duecie z Joannę Szczepkowską, ukazywała rozpadanie się więzi rodzinnych i wybór własnej drogi. Bliskie sobie kobiety nie potrafiły od­naleźć wspólnego języka i choć nie doszło do jakiegoś poważnego konfliktu ich więź słabła. W pamięci widzów pozostały jej kreacje Mathilde w „Powrocie na pustynię” Koltesa w reżyserii Anny Augustynowicz czy Szatynki w korporacyjnej komedii „Po deszczu” katalońskiego dramaturga Sergi Belbela.

Sięgało po nią kino, gdzie odnosiła niemałe sukcesy, by tylko wspomnieć o „Łagodnej” Mariusza Trellńskiego czy „Historiach miłosnych” Jerzego Stuhra.

Od kilkunastu lat jest aktorką Teatru Studio, co nie znaczy, że nie podejmuje się gościnnie innych zadań – taką przygodą były „Iluzje” Iwana Wyrypajewa, czteroosobowa sztuka o dwóch małżeństwach szukających odpowiedzi na dręczące ich pytania o przeszłość, bo przyszłości już nie mają, swoje opowieści snują po śmierci. Ten prawdziwy kwartet-koncert aktorski z licznymi zwrotami akcji i pułapkami doczekał się także wersji telewizyjnej.

Zbliżony charakter – starcia osobowości i dążeń bohaterów miał wystawiany w Teatrze Studio „Efekt” Lucy Prebble w reż. Agnieszki Glińskiej, rzecz o testowaniu nowych leków na woluntariuszach. Czuwający na przebiegiem badania lekarze, Lorna (Dominika Ostałowska) i Toby (Krzysztof Stroiński) mają za sobą uczuciową katastrofę. On zbawienie ludzkości widzi w chemii (czyli przemyśle farmaceutycznym), Ona w ludzkiej niezależności. On jest niecierpliwy i żąda wyników, za wszelką cenę dąży do sukcesu. Ona zaleca ostrożność, interesuje ją nie tylko wpływ leku na samopoczucie, ale szerzej: na wnętrze człowieka. Słowem rozdroże współczesnej humanistyki.

Po tych rozdrożach Dominika Ostałowska chętnie się porusza, zapewne pomagają wybrać właściwą dla siebie aktorską drogę.

W podobnym duchu zbudowała rolę w głośnym przedstawieniu Studia „Polowanie na osy”, nawiazującym do haniebnej zbrodni w połowie lat 90, której dopuściło się troje maturzystów – planowali napad rabunkowy, który skończył się morderstwem. Cały gniew opinii skupił się na nastolatce, która wprawdzie sama nikogo nie zabiła, ale uznana została za prowodyrkę, osobę zwyrodniałą i do cna zdemoralizowaną. Powędrowała jak pozostali sprawcy do więzienia z dożywotnim wyrokiem. Sprawa jaskrawie niesprawiedliwego wyroku poruszyła Lidię Ostałowską (to ją portretuje Dominika Ostałowska, a zbieżność nazwisk jest przypadkowa), wybitną reporterkę, która kilka lat poświęciła przygotowaniom książki o losach dziewczyny. Taka jest geneza tego spektaklu o niezależnym, uczciwym dziennikarstwie.

Zupełnie inne rejony penetruje artystka w monodramie „Nieśmiala dżokejka” Roberta Bolesty (reż. Al. Bielewicz, 2025). To psychologiczny rollercoaster utrzymany w nastroju między realnością a snem, między marzeniem a podświadomością. Nieśmiałość Dżokejki wyraża najsilniej jej niewidzialny koń. Jest tak nieśmiały, że nie pokazuje się ludziom. Postanowił zniknąć, nigdy go nie widać.

Inną osobowość ukazuje aktorka w spektaklu „2049: Witaj, Abdo” – przedstawienie Piotra Pacześniaka opartena sztuce Miikity Iłińczyka,(nagrodzonej Aurorą,2024), nawiązuje do sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, choć calość utrzymana została w konwencji political-fiction. Oto Unia Europejska stała się federacją państw islamskich i przed Euro-Islamskiem Trybunałem stają oskarżani o spowodowanie śmierci Kurda. Fukcjonariuszki ubrane jak w filmie sicience-fiction przesłuchują właścicielkę biura podróży, która szmuglowała imigrantów (broni się marzeniami o lepszym życiu), b. funkcjonariusza służby granicznej, który strzelał do ludzi, ale tego nie żałuje. Wreszcie przychodzi czas na Annę, aktywistkę, którą gra Dominika Ostałowska. Funkcjonariuszki nie chcą wcale jej oskarżać, stoją po jej stronie, ale aktywistka żąda sprawiedliwości, czuje się winna wykorzystywania seksualnego ofiary. „Byłam aktem przemocy, mój kolor skóry był przemocą” – wyznaje. Swoją postawą przypomina bohatera „Norymbergi” Wojciecha Tomczyka, który także oczekiwal na wymierzenie kary. Pewnie nieprzypadkowo – w telewizyjnej realizacji „Norymbergi” (reż. Waldemar Krzystek, 2006) Dominika Ostałowska grała dziennikarkę, która prowadzi dociekliwą rozmowę z byłym fukcjonariuszem służby bezpieczeństwa. Tak więc jej postać i Anny (a także dziennikarki z „Polowania na Osy”) splatąją się ze sobą w dążeniu do prawdy i oczyszczenia. W desperacji Anny można dostrzec rodzaj moralnego przebudzenia, wolę odrzucenia kłamstwa i hipokryzji, kryjących często brudne intetresy ludzi niosących tzw. pomoc. Niełatwa rola, którą Dominika Ostałowska maluje z wyraźną intencją etyczną.

Jan Klata uzyskał nominację za inscenizację „Termopil polskich” Tadeusza Micińskiego w Teatrze Narodowym. Reżyser ma sobą 60 spektakli, ale mimo że urodził się w Warszawie, tu ukończył liceum i rozpoczął studia reżyserskie, „Termopile” to dopiero jego piąta premiera w stolicy. Toteż jak sam przyznaje, po ogłoszeniu informacji o wygranym konkursie na dyrektora Teatru Narodowego, najbardziej ucieszył go sms ze zwięzłymi gratulacjami: „Witaj w domu”. Rzeczywiscie, wrócił do domu, po wielu latach artystycznych dokonaniach m.in. na scenach Krakowa, Poznania, Wrocławia czy Gdańska.

Studia reżyserskie z własnego wyboru kontynuował w Krakowie, gdzie pracował jako asystent reżysera u boku Jerzego Grzegorzewskiego, Jerzego Jarockiego i Krystiana Lupy. Trudno o lepszy patronat artystyczny. A jednak nie od razu po studiach debiutował w teatrze samodzielonie, imał się rozmaitych zajęć, mimio że jako człowiek teatru narodził się w wiełu 12 lat – wygrał wtedy konkurs dramaturgiczny wrocławskiego Teatru Współczesnego – sztuką „Zielony słoń”, opublikowaną po wygranej w „Dialogu”.

Trochę to potrwało, nim zadebiutował w teatrze wałbrzyskim „Rewizorem” Gogola, będącym obrazem Polski gierkowskiej. Od tej premiery rozpoczęła się jego błyskawiczna kariera medialna, okrzyknięto go mianem wschodzącej nadziei, a potem pierwszym zbuntowanym i zwycięskim postmodernistą. Zachwycała recenzentów jego polityczna niepoprawność, cięgi rozdawane po równo na prawo i lewo, brak zaufania do autorytetów i ewangeliczne cnoty przemieszane z mocnymi efektami scenicznymi – od groteski po przemoc.

Był to rok 2003, a już dwa lata później w Warszawie odbył się pamiętny Klata Fest, na którym pokazał 5 swoich przedstawień, 4 na żywo i wspomianego „Rewizora” przeniesionego do Teatru Telewizji. Miał intuicję Maciej Nowak, ówczesny dyrektor Instytutu Teatralnego, patronując temu przedsięwzięciu, które przyniosło młodemu reżyserowi rozgłos i skupiło na jego twórczości uwagę, nawet jeśli część recenzentów marudziło, że to może za wcześnie. Ale jego odważne, często wywrotowe interpretacje klasyki, budziły kontrowersje, spory recenzentów i niebywałe zainteresowanie publiczności. Od tego czasu reżyser parł do przodu jak burza, pracujac intensywnie i znacząc swoją drogę wieloma spektakularnymi sukcesami.

Do tych najżywiej komentowanych (i nagradzanych) należały m.in. „Transfer”, rzecz o podziale świata po II wojnie światowej i losach niemieckich przesiedleńćow, „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej, opowieść o samozjadającej się rewolucji, czy „Ziemia obiecana” wg Reymona, opowieść o agresywnym kapitalizmie, a później dwa znaczące spektakle w Starym Teatrze, „Wróg ludu” Ibsena – z przełomową rolą Juliusza Chrząstowskiego, znoszącego granicę między kreacją postaci i prywatnością aktora-obywatela, a potem idące tą drogą „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, dla Jana Klaty bodaj najważniejszy dramat-drogowskaz poszukiwań artystycznych, myślowych, wspólnotowych. Nic dziwnego, że tym właśnie spektaklem inaugurawal swoją dyrekcję w Teatrze Narodowym.

Jak wspomniałem, inscenizacja „Termopil polskich”, która wzbudziła wielkie poruszenie, to dopiero 5 reżyseria warszawska Jana Klaty, choć reżyser spotykał się z warszawską publicznością często, dzięki spektaklom granym podczas WST i z okazji innych występów gościnnych. Po raz pierwszy zaprezentował się w swoim mieście własnym dramatem, demonstracyjnie warszawskim, wystawionym w TR Warszawa, ”Weź, przestań” (2006) – akcja toczyła się w stołecznym przejściu podziemnym, w miejscu, jak zaznacza autor, „uświęconym krwią Polaków”. Warszawski widz bez trudu rozpoznawał odtworzone na scenie Teatru Rozmaitości niewyszukane piękno klaustrofobicznego podziemia w okolicach Dworca Centralnego, gdzie reżyser z jednej strony ukazał odtrąconych, pokaleczonych, wyrzuconych na margines społeczny przez zwycięski pochód neokapitalizmu, z drugiej strony – beneficjentów, zwycięzców, którzy wszelako nie wyglądali na ludzi sukcesu, przeżywając tzw. doły psychiczne. Badania terenowe w podziemiu dowiodły całkowitej nieprzystawalności świata panów i chamów. Klata przedstawił ówczesny stan umysłów, chwytając w lot polskie mówienie Anno 2006 (np. przecudnej urody zwrot: „Co się tak pytasz? Monika Olejnik jesteś?”). Mimo że spektakl nie był przyjemny, recenzje miał przychylne, choć nie wywołał szerszej dyskusji. Podobnie było z „Triumfem woli”, spektaklem zrealizowanym na zamówienie Muzeum Powstania Warszawskiego, o trującym spadku historii czy następną premierą w TR, „Szewcy u bram” (2007), wyczekiwaną, o ostrej wymowie politycznej, która bodaj rozminęła się z kalendarzem wyborczym. Na kolejną premierę Jana Klaty w Warszawie trzeba było czekać 12 lat, wtedy na afiszu Nowego Teatru pojawiła się „Matka Joanna od Aniołów”, adaptacja uważana za kontrowersyjną, ale doceniana.

Z czasem Jan Klata stał się kolekcjonerem nagród, zebrało się ich ponad 50 Kiedy odbierał w roku 2018 gdańską nagrodę Neptuna za pozostawienie „trwałego śladu w historii miasta oraz wpisanie się w wartości wolności i solidarności” w laudacji mógł uslyszeć:

„W swoim teatrze Jan Klata wydaje wojnę gnuśności, lenistwu, rutynie, cieplutkiemu zadomowieniu w tym, co miłe, oswojone i lubiane, lękowi przed tym, co nowe, obce i nieznane. Nie interesuje go teatr relaksujący. Nie zaprasza na swoje spektakle widzów, którzy szukają rozrywki i ukojenia. Zaprasza wszystkich, dla których teatr jest terenem poszukiwań, sporu, walki”.

Spektakl wg Tadeusza Micińskiego (drugie spotkanie reżysera z „Termopilami”, które wcześniej wystawiał we wrocławskim Teatrze Polskim, 2014) wpisuje się w tę formułę teatru. Premierze „Termopil polskich” Tadeusza Micińskiego towarzyszy KRAJ(OBRAZ) WOJNY – wystawa Bartłomieja Kiełbowicza w murach Teatru Narodowego, interwencja artystyczna z hasłami odnoszącymi się do trwającej wojny w Ukrainie. A i plakat spektaklu nawiązujący do plakatu Yoko Ono i Johna Lennona „War Is Over”, na którym „over” zastąpiono słówkiem „on”, jest dostatecznie wymowny. Znowu jesteśmy na zakręcie czasu. Tak jak Książę Józef ginący w Elsterze, kiedy Polska znikała z mapy Europy. Tak jak król Stanisław August przysięgający na Konstytucję Trzeciego Maja w poczuciu historycznego sukcesu, wkrótce przeżywający swoją największą klęskę.

Teatr Narodowy i jego okolice to miejsce naznaczone historią, często bolesną, czasem niecącą nadzieję. Starcie koryfeuszy niegdysiejszych (czy tylko niegdysiejszych?) walk o szansę dla Polski wybrzmiewa tu szczególnie dobitnym echem. Tak wlaśnie jest w „Termopilach” Jana Klaty. Powstał spektakl niełatwy, wymagający w odbiorze, ale emocjonalnie pociągający, a w wielu momentach olśniewający. Wymowę spektaklu wzmacnia splecenie obrazu i dźwięku, czytelna w symbolice scenografia śmiało korzystająca z obrazów wideo – zgodnie zresztą z sugestią pisarza najwyraźniej zafascynowanego filmowym montażem i rozmachem. Starannie przemyślana widowiskowość i muzyka na żywo zespołu Gruzja tworzą zharmonizowaną z aktorami i statystami całość pulsującej materii co chwila wysuwającej inny element widowiska na czoło głównego nurtu akcji.

Spektakl nie daje odpowiedzi na pytanie o przyszłość, chociaż obraz wschodniego sąsiada jest tu jednoznaczny. To laboratorium zbiorowej świadomości z jej wzlotami i upadkami, desperackimi czynami i racjonalnym poszukiwaniem drogi w wichrze dziejowych wydarzeń. To nie jest teatr publicystyczny albo spektakl z kluczem, w którym historyczne postacie reprezentują dzisiejszych aktorów sceny politycznej. To raczej, jak chciał Miciński, „kamień szlifierski dla dusz w Polsce”.

Kiedy próbuje się opisać drogę przebytą przez reżysera od debiutu po „Termopile”, można w niej dostrzec wciąż żywe marzenie tego dwunastoletniego chłopca o wolności, który w „Słoniu zielonym” piosenką tytułowego bohatera, ulatującego w dal, zachęcał wszystkich do lotu:

„i jak tylko chcecie

to też pofruniecie.

Panie, panowie, tegorocznym laureatem Nagrody Norwida w dziedzinie teatru jest Jan Klata.

Źródło:

AICT Polska
Link do źródła

Autor:

Tomasz Miłkowski

Data publikacji oryginału:

30.09.2026

Sprawdź także