„Tribute to Tetley” w choreogr. Glena Tetleya w Das Stuttgarter Ballet. Pisze Benjamin Pachalski na swojej stronie.
Coraz bardziej widocznym staje się, na naszym rodzimym podwórku artystycznym, ile mamy do odrobienia w ukazywaniu, odkrywaniu, poznawaniu światowej sztuki tańca. To nie tylko teraźniejszość pisana najnowszymi trendami choreograficznej wypowiedzi, ale także przeszłość. Olbrzymi deficyt istnieje w Polsce świadomości wielkiego dziedzictwa amerykańskiej sztuki. Nasza, współczesna wiedza, jawi się mgliście, by nie powiedzieć, że wręcz ślepo. W ostatnich kilkunastu latach chyba tylko Teatr Wielki w Łodzi przybliżył spuściznę Marthy Graham realizując jej Święto wiosny, a podczas Łódzkich Spotkań Baletowych w 2024 roku tancerze Ballet de l’Opera de Lyon zaprezentowali wieczór poświęcony artystycznej tradycji Merce Cuninghama. Jednak doświadczenie obcowania z osiągnięciami Trishy Brown, Twyli Tharp, Lucindy Childs, a ze współczesnych Kyla Abrahama, Pam Tanowitz, Justina Pecka jest pomijane w repertuarach naszych scen. Niezwykle to dotkliwe, gdyż owe osiągnięcia, różnorodność, odmienna stylistyka stanowią istotny wkład w rozwój światowego tańca. W owej grupie brakuje jeszcze jednego nazwiska. To Glen Tetley. Urodzony i wyedukowany w Stanach Zjednoczonych odcisnął olbrzymi ślad na europejskiej scenie tańca. Jego umiejętność łączenia sztuki współczesnej, gdzie czerpał garściami z techniki Graham, a także odwołanie się do klasycznej formy wyrazu budowały nowe spojrzenie dla artystycznego wyrazu. Pięćdziesiąt prac choreograficznych, rozpoznawalność na całym świecie, która procentowała wielkim europejskim powodzeniem. To również współpraca z baletem w Stuttgarcie, gdzie Tetley pełnił funkcję kierowniczą zaledwie przez dwa lata (1974-1976), ale odcisnęła ona znaczące piętno w historii formacji. Następowała po tragicznej śmierci Johna Cranko, która stała się wstrząsem dla całego artystycznego świata. Zatem niemieckie miasto, o czym już pisałem nie tak dawno, ukazując jego fenomen baletowej aktywności na mapie naszego kontynentu, jest niesłychaną kuźnią artystycznej różnorodności, doświadczeń, technik i dziedzictwa, które łączy się z teraźniejszością miejsca.
W tym roku przypada setna rocznica urodzin Glena Tetleya, a za rok dwudziesta śmierci. Te dwie daty stały się pretekstem dla uczczenia, uhonorowania, a może po prostu przybliżenia trzech prac choreografa zamkniętych w jednym wieczorze baletowym. Ta mini retrospektywa ukazała przełomowe układy artysty wyłuszczając jego charakterystyczny styl czerpiący z fizyczności, siłowego ruchu, łączy się z subtelnością oraz delikatnością wyrazu. To niesamowite doświadczenia odkrycia czegoś nowego, nieznanego. Było to moje pierwsze spotkanie z jego osiągnięciami, tym bardziej zastanawiające i fascynujące. Jedno jest pewne, że w jego układach niesamowicie silnie odbija się całe amerykańskie tchnienie tańca lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Owa forma poszukiwania współczesnego języka wypowiedzi, swoista postmodernistyczna nuta ukazania tańca jako najważniejszego motywu kreacji odbija się niezwykle intensywnie w stuttgarckim wieczorze poświęconym Tetleyowi. Pytaniem jest ile owego artysty jest w innych amerykańskich twórcach, a jakie inspiracje znajdują się u choreografa z jego rówieśników kształtujących dawną scenę? Nie ulega wątpliwości, że posiada on indywidualny, oryginalny język wypowiedzi, w którym taniec jest nadrzędną formą komunikacji, wielokrotnie ukazany w abstrakcyjnej formie kreacji ruchowego pokazu.
Początkujący wieczór jemu poświęcony Voluntaries, którego premiera miała miejsce w grudniu 1973 roku w Stuttgarcie, jest osobistym pożegnaniem, hołdem złożonym dla Johna Cranko. Jego niespodziewana śmierć stała się wstrząsem. To nie tylko pożegnanie artysty, ale także osobista wypowiedź rozstania z człowiekiem, kreatorem, mistrzem. Tetley do owej pracy wykorzystał utwór Francisa Poulenca. Koncert na organy, smyczki i kotły pełne dramatyzmu i liryzmu, nie stanowił przypadkowego wyboru. Ojciec kreatora był pastorem i dźwięk organów nieodłącznie kojarzy się z czymś ulotnym, przemijającym, odchodzącym. Rozstanie połączone z tym co doczesne, stało się nadrzędne dla myślenia o owej pracy. To jedno z najważniejszych dzieł Tetleya w neoklasycznej formie, pełne trudności technicznych, podnoszeń, szybkich zmian, tempa i prędkości wykonania. Jego konstrukcja obsadowa jest logiczna - postępujące rozszerzanie pola wykonawców, od duetu, przez trio, do zespołu baletowego. Zmieniają oni figury, układy, przejścia. Zwieńczeniem jest ponownie duet (niezwykle dobrze prezentujący się Elisa Badenes i Marti Paixa), który w alegorycznej scenie kończy ów rapsod pożegnania. Niczym ofiara w Święcie wiosny, kogoś kto umiera na ołtarzu sztuki, kreacji, przerwanego nagle epizodu egzystencji. Ale odzierając ów przekaz z całego otoku związanego z Cranko można ukazać i inną interpretację. Strona wizualna, tło to biała przestrzeń z otokiem złożonym z niezliczonych różnokolorowych kropek. Identycznie ubrani są soliści. Przylegające do ciała białe kostiumy pokrywają dyskretne, małe różnobarwne owale. Zatem to swoista praca malarska, gdzie narzędziem twórcy nie jest paleta i pędzel, ale właśnie ruch. Jak w impresjonistycznej twórczości, kolejne warstwy pokrywają scenę, ukazując niesamowicie różnorodną konstrukcję poezji tańca widzianą plastycznym okiem. Ta wciągająca praca ukazuje różnorodność tanecznej formy, w świetnym wykonaniu i jednocześnie autorskim zamyśle oddania pamięci bliskiemu, ale co ważne nie w tonacji smutku, ale blasku jasności, światła przy dźwięku alegorii organów.
Druga część wieczoru, mimo wielkich oklasków publiczności, nie przynosi już jednoznacznego pozytywu oceny. Ricercare przygotowane dla American Ballet Theatre w roku 1966 nazwałbym utworem poszukującym, odzwierciedlającym amerykańską scenę tańca tegoż okresu. Muzyka Mordecaia Setera, którą wykonuje kwartet smyczkowy to raczej typowy przykład współczesnych poszukiwań niż w pełni adekwatny utwór dla tanecznego pokazu. Duet (Anna Osadcenko i Friedemann Vogel) osadzony w pustej przestrzeni sceny, z jedynym elementem scenografii - nienaturalnym pomostem, krańcowym przystankiem, ukazuje abstrakcyjną formę taneczną. Jego konstrukcja przypomina klasyczne pas de deux, gdzie przecinają się wykonania pary i solowe. To niczym spotkanie Adama i Ewy, poszukujących się jednostek, którzy z samotności kształtują więź relacji i współdziałania. Naszpikowane technicznymi trudnościami skupia się na wykonaniu, ale nie myśli o widzach, którzy mogą czuć się zagubieni w owym gąszczu technicznej, trochę bezemocjonalnej wypowiedzi. Ową prezentację zabija warstwa muzyczna. Jest to praca skupiająca się na poszukiwaniu wypowiedzi, a nie opowieści, narracji, historii. Monotonia, powtarzalność to zabijające cechy owego duetu, który ma być wybitny, a jest przeciętny w swojej wymowie i przekazie.
Zwieńczenie owego przedstawienia to istne mistrzostwo, które winno stać się lekcją obowiązkową dla wszystkich poszukujących nowych, odkrywczych interpretacji znanych, kanonicznych utworów baletowych. Do owych należy Święto wiosny do muzyki Igora Strawińskiego. To chyba najczęściej, po baletach do kompozycji Piotra Czajkowskiego, na nowo choreograficznie opracowywany balet. Jest kuźnią wielkiej innowacyjności, a także polem ukazania artystycznej pomysłowości. Tetley zrywa z tradycją rosyjskiego świata, osadzając narrację w abstrakcyjnym, odizolowanym lesie, co sugerują dekoracje Nadine Baylis. W ową przestrzeń wkrada się dzikość nagiej społeczności poszukującej ofiary, osoby wybranej do poświęcenia. Nie jest nią, jak w pierwszym wykonaniu, dziewczyna, a chłopak. Samotnik, odmieniec, żyjący swoim życiem. W tej partii debiutował mistrzowsko Riccardo Ferlito. Całość ukazana jest jak nieustanna siłowa, fizyczna, ekstatyczna walka. Choreograf nie pozostawia wytchnienia łącząc taniec z akrobatyką. Niesłychane tempo buduje nastrój niesamowitości. Zespół staje się bohaterem będący opozycją wobec jednostki skazanej na niebyt. Owa pulsująca pierwotność buduje żywiołowość, która przeradza się w dychotomię masy i jednostki. Owemu plemieniu przewodzą muskularny, majestatyczny Jason Reilly oraz przeszyta demoniczną delikatnością Anna Osadcenko. Każdy puls owego wykonania uświadamia, że zbliżamy się do tragicznego finału, gdzie przegrywa odmienność, wobec nadciągającej złowieszczej wspólnoty. Należy zauważyć świetne przygotowanie zespołu, gdzie mięśnie, prędkość i złowrogość budują klimat napięcia. To wielka zasługa realizatora Alexandra Zaitseva, który dokonał świetnego przekładu oryginału dla obecnego składu stuttgarckiego. Dopełnieniem jest świetne brzmienie orkiestry pod kierunkiem Ermanno Florio.
Zatem owa niemieckie spotkanie z Glenem Tetleyem posiadało swoje różne barwy artystycznego spełnienia. Na pewno to wieczór dobrze pomyślany, gdyż prace układają się w zwięzłą całość osiągnięć artysty, ale też są rzeczą o poświęceniu, rozstaniach i życiowych wyborach. To korespondowanie między sobą buduje klarowny obraz wypowiedzi amerykańskiego mistrza. Każdorazowe spotkanie z tańcem w owym mieście ma w sobie nutę odkrywania nowego. I tak było tym razem. Poznanie kolejnego twórcy, który w Polsce jawi się marginesowo, a zasługuje na rozpoznawalność i uznanie dzięki autonomicznej umiejętności tanecznej wypowiedzi. I choć może wszystko nie zachwyca, ale na pewno daje do myślenia ile ma do zaoferowania świat sztuki bez słów.
Tribute to Tetley, choreografia: Glen Tetley, Das Stuttgarter Ballet, premiera: kwiecień 2026