EN
15.04.2022, 10:44 Wersja do druku

Od „Wesela” do „Wesela” i dalej

„Nieostrość widzenia” Remigiusza Grzeli w reż. Wawrzyńca Kostrzewskiego w Teatrze Kwadrat w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w „Dzienniku Trybuna”.

fot. mat. teatru

Pół wieku minęło, od kiedy Ewa Ziętek po raz pierwszy pojawiła się na ekranie. Miała zaledwie 18 lat, kiedy zwróciła na siebie uwagę rolą Panny Młodej w „Weselu” Andrzeja Wajdy (1972).

To się nazywa błyskotliwy debiut! Zagrała u boku Daniela Olbrychskiego, którego – jak wyznawała – traktowała wówczas niczym półboga po jego ekranowym sukcesie w roli Rafała Olbromskiego w „Popiołach”.

Po raz pierwszy miała posmakować ekranu u Wajdy także Krystyna Janda w „Człowieku z marmuru”, partnerka Ewy Ziętek w słynnych telewizyjnych „Trzech siostrach” Antona Czechowa w reżyserii Aleksandra Bardiniego, gdzie w obsadzie znalazła się jako Irina Joanna Szczepkowska, jeszcze jedna koleżanka ze szkoły aktorskiej na Miodowej. Ziętek grała Olgę, Janda – Maszę.

Był rok 1974, Ewa Ziętek za sprawą „Wesela” była wśród grających w tym spektaklu studentek warszawskiej szkoły najbardziej doświadczona, ale równo na wszystkie trzy

niedyplomowane jeszcze aktorki

posypały się gromy. Oberwało się także Bardiniemu, że porywa się na takie ryzykowne eksperymenty obsadowe.

To nawet do pewnego stopnia zabawne i charakterystyczne, że spektakl, który został przyjęty przez recenzentów i wytrawnych dziennikarzy, m.in. Krzysztofa Teodora Toeplitza jako skaranie boskie, miał się okazać jednym z najczęściej emitowanych realizacji Teatru Telewizji i znalazł się w cenionej Złotej Setce Teatru TVP, traktowanej jako galeria wystawowa największych dokonań polskiej szkoły teatru małego ekranu.

Kiedy przebrzmiały już emocje, o tym przedstawieniu Wojciech Majcherek pisał tak: „Po latach wydaje się, że o sukcesie przedstawienia zadecydowały dwa proste, zdawałoby się, elementy. Po pierwsze, reżyser zinterpretował sztukę w zgodzie z autorem. – Nieszczęście współczesnego teatru – mawiał Bardini – polegało na tym, że „futerał zbuntował się przeciw skrzypcom” – czyli teatr przeciwko literaturze. Bardiniego nie interesował futerał, a na skrzypcach potrafił zagrać”.

Ale kiedy spektakl objawił się na ekranie, KKT nie ukrywał swego rozczarowania, pisząc o młodych wykonawczyniach: „Wraz z pojawieniem się tych postaci wszedł do telewizyjnego studia ton bardzo solenny; praca aktorska pełna przejęcia, czasami graniczącego z egzaltacją, ton w jakiś sposób ujmujący, pomimo pewnych oczywistości interpretacyjnych, który jednak kontrastował dosyć wyraźnie z grą starszych aktorów, znacznie delikatnej naciskających aktorski pedał”. Jeszcze ostrzej wypowiadała się recenzentka „Ekranu”: „Może dramat był zbyt trudny dla eksperymentu, może specyfika telewizji stwarza szczególny próg przed mniej doświadczonymi aktorami? Przedstawienie było niespójne, jakby mozolnie budowane z epizodów. Trudno też doszukać się w nim myśli przewodniej reżysera”.

Jedynie Małgorzata Karbowiak w łódzkim „Głosie Robotniczym” ciepło skomentowała spektakl, szczególnie komplementując Ewę Ziętek za rolę Olgi: „Ziętek pokazała kobietę, która zdaje sobie sprawę, iż nie dane jej było zaznać szczęścia. Powolna, trochę ociężała, od początku mająca świadomość, iż jej życie jest tylko wykonywaniem pewnych obowiązków; rola, która świadczy, że jeszcze o aktorce usłyszymy (przypomnijmy jej niezapomnianą pannę młodą z „Wesela” Wajdy)”. Miała rację: usłyszeliśmy o Ziętek nie jeden raz.

Potem Ewa Ziętek jeszcze dwukrotnie znalazła się w obsadzie „Wesela” jako Czepcowa w spektaklu Krzysztofa Nazara w Teatrze Powszechnym (1995) i pięć lat później jako Klimina w inscenizacji Jerzego Grzegorzewskiego (2000) w Teatrze Narodowym, z którym związana była w pierwszych latach po szkole za dyrekcji Adama Hanuszkiewicza.

Tak się złożyło, a może to witalność Ewy Ziętek sprawiła, że kojarzyła się przez wiele lat jako

kobieta krzepka

zdecydowana, najwyraźniej dominująca – nie dotyczy to Panny Młodej z „Wesela”, ale kolejne jej wcielenia w sztuce Wyspiańskiego już takie były, podobnie jak rola tytułowa w „Okapi” Stanisława Grochowiaka w Teatrze Dramatycznym (1986) – zarzucano wtedy aktorce, że górę w jej interpretacji bierze witalność i krzepa ze szkodą dla poezji, ja jednak pisałem inaczej, zaznaczając, że Ewa Ziętek, wydobywała „z postaci Okapi różne tony (od liryzmu do brutalności)”. W roli „morduchny”, dziewczyny do wynajęcia stała się dla swoich klientów, dyktatora i jego przeciwnika-spiskowca, uosobieniem mitu kobiety wiecznej, wcieleniem matki-kochanki, podszytej plebejską moralnością. Ostatecznie rację miała tylko „okapi”, kobieta oszukiwana przez swoich chłopców, nie rezygnujących z niebezpiecznej zabawy, w której stawką jest ludzkie życie. Mówiąc o sprawach ważnych, dramat Grochowiaka jest przy tym komedią, czerpiącą obficie z tradycji dowcipu plebejskiego, zasobów komizmu słownego i sytuacyjnego – zderzenie soczystego języka „okapi” z wyrafinowanym językiem dyktatora i dynamitardy stało się w spektaklu źródłem komizmu.

Tę zdolność balansu między rozmaitymi tonami, nastrojami i emocjami demonstruje Ziętek w swoim najnowszym spektaklu, w monodramie „Nieostrość widzenia” wystawionym specjalnie

na półwiecze pracy

artystycznej aktorki, od 20 lat związanej z Teatrem Kwadrat, gdzie na scenie kameralnej miała miejsce premiera. Widownia w podziemiach Kwadratu została specjalnie przebudowana, aby powstała odmienna, unikatowa przestrzeń, w której samotnej aktorce mogły towarzyszyć powidokowe projekcje wideo, nawiązujące do fragmentów biografii bohaterki, Zofii Książek-Bregułowej, ociemniałej aktorki, sanitariuszki w powstaniu warszawskim, stawiającej czoło przeciwnościom losu. Mimo swego kalectwa dzielnie urzeczywistniała swoje marzenie o uprawianiu profesji aktorskiej – udawało się to dzięki wsparciu kochającego męża.

Remigiusz Grzela, autor tego monodramu, z niemałym doświadczeniem w budowaniu scenariuszy spektakli jednoosobowych dla aktorek (grały jego kobiece monodramy Brarbara Krafftówna i Małgorzata Rożniatowska, a nadal gra Ewa Błaszczyk), napisał bardzo wymagający tekst, w którym aktorka musi sprostać powołaniu na scenie nie jednej, ale trzech postaci – wspomnianej Zofii Książek-Bregułowej, z jej wojennymi i obozowymi przejściami, a potem walki o prawo do bycia w teatrze; jej męża skrzypka, który stał się „oczami” żony, jej czułym opiekunem spolegliwym; wreszcie autokreacji samej siebie, szkicowanej środkami estradowymi na scenie. Niewątpliwą atrakcją monodramu są barwne epizody z życia wzięte, w których Ewa Ziętek opowiada o swoich perypetiach aktorskich, począwszy od malowniczego egzaminu do szkoły teatralnej, podczas którego jeden jedyny raz w życiu udało się jej zrobić mostek (na wyraźne życzenie komisji egzaminacyjnej), po opowieść o zdjęciach próbnych do „Wesela” (wtedy jeszcze nie używano pojęcia „casting”) i innych sytuacjach, będących udziałem pracującej aktorki, a nawet o jej bardzo osobistych przeżyciach.

Niełatwo było utrzymać rytm w tej wielości postaci i swoistym dialogu z sobą samą jako postacią, jako własną kreacją, i postacią męża bohaterki. Niełatwo było stworzyć sieć powiązań i odpowiedniego napięcia między nimi, ale Ewa Ziętek dowiodła, że potrafi podołać temu karkołomnemu zadaniu, odpowiednio dozując komizm, dramatyzm, liryzm, precyzyjnie gospodarując pauzą, refleksją, ale i śmiechem.

To nie jest monodram okolicznościowy, ale udana próba zmierzenia się ze sobą, ze swoim życiowym i aktorskim doświadczeniem, świadectwo fascynacji osobowością aktorki, której nie znała, ale która swoją niezłomnością dawała przykład, jak się wykaraskać z największych opresji i najbardziej dramatycznych sytuacji.

W pracy nad tym monodramem wspierał aktorkę reżyser Wawrzyniec Kostrzewski, który tak próbował nakreślić wizerunek jubilatki (cytuję za Grzegorzem Janikowskim/ PAP): „Ewa to fantastyczna mieszanka surowej, twardej, wyrazistej, dojrzałej kobiety i fascynującej dziewczynki, którą nigdy nie przestała być. To w jej aktorstwie ma doskonałe odbicie i pozwala jej przepływać od momentów bardzo jasnych po te głębokie, prawdziwe”.

Tytuł oryginalny

Od „Wesela” do „Wesela” i dalej

Źródło:

„Dziennik Trybuna” nr 75/77

Autor:

Tomasz Miłkowski

Data publikacji oryginału:

15.04.2022