EN

13.04.2022, 15:08 Wersja do druku

Obudzić!

„Dziki wschód” Przemysława Pilarskiego w reż. Jerzego Jana Połońskiego w Teatrze Miejskim w Gliwicach. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 28. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Jeremi Astaszow

Czy nazwisko Przemysława Pilarskiego zobaczymy na afiszach jako jednego ze stałych – a nie tylko okazjonalnych – polskich dostawców repertuaru dramatycznego? Byłoby nie od rzeczy. Ten autor pięknie łączy w swoich tekstach szorstkość z liryzmem, dzięki czemu ten ostatni ma posmak szlachetnej goryczki. Umie też coś, co groziłoby banałem, radykalnie przecinać nagłą zmianą tonu, odwróceniem konwencji, ugroteskowieniem powagi. Podpatruje w tym celu skutecznie chwyty współczesnego kina; sztukę Wracaj, metaforyczną opowieść o wygnańcu szukającym odebranego domu czytał przez poetykę Davida Lyncha, a Dziki Wschód, o którym będzie tu mowa, próbuje odmalować językiem Quentina Tarantino. „Sięgam – mówi w programie – po język twórców, którzy drażnią w atrakcyjnej formie, dzięki czemu pomiędzy tym, o czym się mówi, a pomiędzy tym, jak «to» jest mówione, zradza się napięcie. Ono jest po to, by obudzić”. Doprawdy współczesny teatr powinien w dobrze rozumianym własnym interesie otoczyć w ten sposób kombinującego autora najczulszą opieką.

Dziki Wschód powstał na zamówienie Teatru Miejskiego w Gliwicach i w większym stopniu niż pierwsze, niekiedy dość szalone teksty Pilarskiego, liczy się z potrzebami sceny, stara się być bardzo „zawodowy”. Ma konstrukcję dużego widowiska, przeplatankę scen widowiskowych, wieloansamblowych i kameralnych, ma songi, które nie są tylko wokalnymi popisówkami, ale i istotnymi, metaforyzującymi komentarzami samej akcji. Sztuka opowiada o obozach koncentracyjnych dla Niemców założonych na Śląsku tuż po zakończeniu wojny. Głównymi bohaterami są postacie historyczne: Lola Potok, krawcowa z Będzina i Szlomo Morel, też Żyd-ocaleniec. Ona przeszła Auschwitz, niemal na jej oczach zamordowano tam półtoraroczną córeczkę, on, tak jak i ona, stracił całą rodzinę. Po wojnie się mszczą. Oddają to, co dostali: on jest komendantem obozu, ona jego zastępczynią. Poszli do Służby Bezpieczeństwa z nieskrywaną odwetową motywacją, ta ich psychicznie odbudowuje, rekonstruuje od środka, że mało pięknie to już całkiem inna sprawa. Ona zresztą cofnie się w chwili próby ostatecznej: nie zabije z zemsty, choć miałaby łatwą okazję i zapewnioną bezkarność. On do końca pozostanie w przekonaniu, że wojenna udręka legitymizuje wszystko, co robił w odwecie. Ona ucieknie z kasą obozową, potem zrobi biznesową karierę w USA. On wyemigruje po roku 1968, a w Izraelu będzie miał po latach proces, z którego jednak wyjdzie uniewinniony.

Największą wartością dramatu Przemysława Pilarskiego nie jest historia tej pary bohaterów, od pewnego miejsca dosyć oczywista i by tak rzec „oswojona”. Ani nie Tarantinowskie tony, choć to może tylko moja na nie niewrażliwość. (Wydaje się skądinąd, że autor przed takim b-klasowym obniżeniem tonu jednak się wstrzymuje, a idea kontrapunktowania tragizmu śmiechem pozostaje w sferze zamierzeń, nie realizacji. O co pretensji tu nie zgłaszam.) Wartością podstawową tak tekstu, jak całego zamierzenia jest skomponowany mocno i dramatycznie obraz kosmicznego chaosu powojnia. Wypadnie zgodzić się z Grzegorzem Krawczykiem, dyrektorem gliwickiego teatru, że opisany przez Pilarskiego dziki wschód był czymś dogłębnie gorszym niż dziki zachód. „Mam na myśli rozpasane bezhołowie, odejście od zasad i norm regulujących życie społeczne, brak lub rozpad struktur państwowych i jego instytucji, powszechne użycie siły jako jedynie skutecznego narzędzia stanowienia prawa, którego osią jest przemoc, zemsta, oko za oko, krzywda za krzywdę. Innymi słowy anarchia. Ale ówcześni Niemcy przecież nie byli jedynie Bogu ducha winnymi Indianami, ani Polacy zza Buga dzielnymi traperami, którzy z własnej woli udali się na Zachód w poszukiwaniu szczęścia i majątku. Nasz Dziki Wschód jest obrazem chaosu tamtych czasów, kiedy skończyła się apokalipsa, ale żądza odwetu i krwi jeszcze nie ostygła.”

fot. Jeremi Astaszow

W paru początkowych scenach dramat wspaniale, przejmująco i dotkliwie obrazuje ów chaos, przemoc, cynizm, pustkę celów i może warto byłoby to mocniej wydobyć z tekstu i pieczołowicie pokazywać w spektaklu. Reżyser prapremiery, Jerzy Jan Połoński poszedł jednak w inną stronę: potraktował scenariusz jako kanwę swego rodzaju czarnego musicalu, z akcentem na sceny zbiorowe, taneczne, wokalne. Niewątpliwie efektowne. Wykonane w musicalowej manierze songi straciły jednak swą wyjątkową funkcję Brechtowskich w duchu komentarzy, szans na owo „obudzenie”, na wstrząs, na wyrwanie widza z rutyny oglądania widowiska. Tak przecież działał „efekt obcości”, chwyt sceniczny bynajmniej nie zwietrzały. Do tego celu trzeba by jednak przyhamować bieg akcji, pozwolić wybrzmieć i songom, i aktorskim scenom. Grający główne role Aleksandra Wojtysiak i Mariusz Galilejczyk zbudowali sylwetki na miarę muzycznego widowiska, wyraziste, ale nie pogłębione, nie wydobywające wszystkiego, czego w tekście można by się dogrzebać. Co jest kwestią przyjętej konwencji, nie wykonawczych niedostatków. Dały się zapamiętać aktorskie epizody z finałowej części przedstawienia mówiącej o bezradności wobec przeszłego piekła i niemożności rozliczeń: sceny Krzysztofa Prałata, Błażeja Wójcika, Jolanty Olszewskiej.

Piszę o tym przedstawieniu z uznaniem, choć i z poczuciem sporego niedostatku, z marzycielską i trochę beznadziejną – trudno – intencją, by żywot sceniczny Dzikiego wschodu nie skończył się na premierze w Teatrze Miejskim. Musiałby się jednak do tego objawić jakiś mądry antreprener, który byłby w stanie wyjść poza myślowy automat, że skoro w Gliwicach zamówiono tekst o historii regionu, to nikogo to poza regionem nie zainteresuje. Bzdura. Pilarski opowiada o historii ważnej dla nas wszystkich, patrzy na nią empatycznie i chłodno jednocześnie. Jest lojalny ale i trzeźwi ze wszystkich łatwych i automatycznych myśli o tamtym koszmarze. Warto przepróbować ten tekst na innych scenach. Podobnie jak i inne sztuki tego autora poszkodowane przez koszmarną w polskim teatrze prapremierozę – obsesję, że każdy musi mieć na afiszu napisane „pierwsze wystawienie”. Nieprawda, warto dobre, bogate teksty czytać po wielekroć, za każdym razem inaczej. I groteskę Reality show(s). Kabaret o rzeczach strasznych o pewnej pani zatrzaśniętej w taniej meblościance, w której skrywa swoją biedę, a pięknisie z telewizji robią o tym show. I Wracaj gdzie wieczny tułacz wracający po latach do straconego kiedyś domu ma hippisowatą sylwetkę Boba Dylana; świetny dramat, do którego poetyka Anny Augustynowicz zastosowana w prapremierze nie pasowała, więc warto byłoby sprawdzić inne klucze. Namawiam.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne