Logo
Recenzje

Obrzęd życia

24.04.2026, 12:31 Wersja do druku

„Turning of Bones” w chor. Akrama Khana w chor z Dance Company Theaterhaus Stuttgart na Łódzkich Spotkań Baletowych. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.

fot. Jeanette Bak / mat. teatru

Stuttgart, miasto niemieckie położone w Badenii-Wirtembergii, liczące blisko sześćset pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców można uznać za nieformalną stolicę tańca Europy. Ktoś zada pytanie, a skąd taki wniosek, co z Paryżem, Londynem czy miastami rosyjskimi – Moskwą czy Petersburgiem, gdzie króluje baletowa tradycja? Otóż ukazuje to współczesność i to pisana kilkudziesięcioma latami, w jaki sposób siedlisko naszego zachodniego sąsiada wpłynęło na rozwój świata sztuki tańca. Historia rozwoju kompanii baletowej owego kraju związkowego sięga siedemnastego wieku, ale kluczowym pozostaje tradycja bliższa naszym czasom związana z rozwojem Das Stuttgarter Ballet. Bowiem wyznaczają ją kolejne dyrekcje świetnych choreografów, ale i menadżerów, którzy nie tylko dbali o postęp zewnętrzny formacji, jej postrzeganie społeczne, rozbudowę repertuaru, ale również dobrostan wewnętrzny. Polegał on nie tylko na budowaniu profesjonalnego zespołu, ale również pobudzaniu kreatywności, dawaniu szansy zaistnienia talentom, które może ku zaskoczeniu wielu dziś odgrywają niezwykle ważną rolę w świecie tańca. Kolejne artystyczne szefostwa Johna Cranko (1961-1973), krótki epizod Glena Tetleya (1974-1976), era Marcii Haydee (1976-1996), czas Reida Andersona (1996-2018), a także obecne kierownictwo Tomasa Detricha, to łączenie tego co dawne z tym co nowe, oryginalne i jeszcze nieznane. Wśród osób, które współtworzyły potęgę stuttgarckiej formacji mamy kilka polskich, znaczących nazwisk: choreografka Katarzyna Kozielska, dyrektor baletu Narodni Divadlo w Pradze – Filip Barankiewicz, a także tancerz mieszkający w Japonii i realizujący program „Młody Duch Tańca” – Wiesław Dudek. Z zespołu rekrutuje się spora liczba obecnych dyrektorów zespołów baletowych na świecie. Warto wspomnieć choćby o Christianie Spucku, dziś prowadzącego z wielkimi sukcesami organizacyjnymi i repertuarowymi Staatsballett Berlin. W owej grupie znajduje się również niesamowity człowiek – Eric Gauthier.

Pochodzący z Kanady tancerz i choreograf przez lata nie tylko charyzmatyczny tancerz Das Stuttgarter Ballet, ale także dusza towarzystwa, orędownik dobrej zabawy z gitarą, która wielokrotnie mu towarzyszyła w po spektaklowych spotkaniach. Nie sposób pokazać jego wszystkich twarzy jednak kluczowym, w jego karierze, stało się obranie własnej ścieżki życiowej. Dokonało się to również w Stuttgarcie, choć w innej lokalizacji. W październiku 2007 roku stworzył jako część, przy miejscowym teatrze dramatycznym, własny zespół baletowy – Gauthier Dance – Dance Company Theaterhaus Stuttgart. Początkowo grupa liczyła kilku tancerzy, dziś jest ich szesnastu, nie wliczając zespołu juniorskiego. Blisko dwadzieścia lat istnienia to niesamowity rozwój programowy, znalezienie adekwatnego konceptu dla owej formacji, który w żaden sposób nie konkuruje z szacowną starszą, baletową siostrą w tym samym mieście. To na pewno uzupełnienie, poszerzenie pola ukazania różnorodności tańca. Co ważne istnieje wielka rzesza publiczności, która tłumnie odwiedza sale teatralne uczestnicząc w kolejnych programach składanych zespołu Erica Gouthier. Właśnie wieloelementowe wieczory tańca na zadany temat, kreowane przez najciekawsze nazwiska choreografii starszego i młodszego pokolenia, stały się znakiem rozpoznawczym formacji. Walorem jest nie tylko różnorodność stylistyk, ale także narracja szefa grupy, który każdorazowo towarzyszy pokazom wprowadzając w arkana tanecznej prezentacji. Gauthier ma niesamowity dar opowieści, jest fascynującym rozmówcą, ale również propagatorem sztuki tańca. Wykorzystała to jedna z niemieckich stacji telewizyjnych powierzając mu rolę przewodnika w cyklu Dance Around the World. W owym nurcie mieszczą się programy społeczne – pokazy w szpitalach oraz lekcje w szkołach, gdzie ukazuje się taniec jako równoważną formę zainteresowania jak piłka nożna. W artyście istnieje niespotykana moc impresaria, który również podróżuje ze swoim zespołem po całym świecie ukazując wielkość tanecznej sztuki. W pewnym sensie jest też ambasadorem kultury niemieckiej, ale w zespole nie ma ani jednego tancerza z tego kraju. Nie powinno to dziwić, wszak wygrywa jakość wobec narodowej dumy.

Włączenie tejże grupy, do programu Łódzkich Spotkań Baletowych, było kwestią czasu. Od lat stało się jasne, że to jedna z najlepszych formacji europejskich, która w swoim repertuarze posiada liczne układy znaczących postaci artystycznej wypowiedzi bez słów. Oprócz wspomnianych tematycznych programów złożonych z prac różnych choreografów, pojawiają się autorskie spektakle. Zatem formacja posiada bogatą różnorodność stylistyczną, która wkomponowuje się w programowe założenia festiwalu łódzkiego ukazywania różnorodnych języków kreski tańca.

Goszczącym już, podczas owego przeglądu, był Akram Khan. Jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk współczesnego świata sztuki, posługujący się własnym, oryginalnym stylem, który wielu zachwyca, ale też myślę, że taką samą liczbę odbiorców nuży. Urodzony w Londynie w rodzinie emigrantów z Bangladeszu, od siódmego roku życia trenował Kathak – klasyczną formę tańca hinduskiego. Owe brzmienie rytmu, pogłos azjatyckiego świata wielokrotnie oddycha w jego kolejnych przedstawieniach. Wiele z jego prac urzeka i rzuca na kolana. Tak było z Giselle zrealizowanej dla English National Ballet. Niektóre są wręcz nieznośne i zastanawiają, gdyż bliżej im do kreskówki niż dobrego widowiska tańca – Jungle Book reimagined zrealizowane z własnym zespołem – Akram Khan Company.

Kolejne produkcje jednak coraz bardziej zastanawiają i nie dają jasnej odpowiedzi czy są jeszcze konceptem dla widza czy tylko artystycznym spełnieniem artysty. Te odczucia towarzyszyły mi podczas zeszłorocznego ImpulsTanz w Wiedniu i pokazu Thikra: Night of Remembering zrealizowanego z własną formacją. Problemem pozostaje ich przekaz, gdy historię kształtuje niezwykle hermetyczna narracja znana określonej wspólnocie, kręgowi kulturowemu. Bez zaplecza antropologicznego ciężko odnaleźć się w gąszczu ruchowych metafor, odnośników i wieloaspektowości, gdy każdy gest ma określone znaczenie. Zagubienie to najlepsze określenie owego zamysłu. Drugim uczuciem, które zaczyna towarzyszyć w owych najnowszych spektaklach Khana, jest hipnotyczne znudzenie. Bowiem akcja zbudowana w ciemnej, zamkniętej przestrzeni staje się obcym ciałem, które nie daje szansy pełnego chłonięcia opowieści, a staje się niewygodnym w odbiorze zjawiskiem, które wywołuje fizyczny ból i zniecierpliwienie oczekiwania finału. Niestety podobne odczucia towarzyszyły podczas prezentacji Gauthier Dance podczas Łódzkich Spotkań Baletowych.

Turning of Bones, miało swoją premierę w czerwcu 2025 roku, prawie równolegle z pierwszymi, salowymi pokazami Thikra.... Owe dwie prace mają wiele wspólnego – odwołują się do pewnego rytuału, tradycji, pojednania życia i śmierci, wiary w reinkarnację. Produkcja niemieckiego zespołu powstawała trzy lata podczas podzielonego cyklu prób na etapy, gdy każdego roku poświęcano na jego przygotowanie od kilku do kilkunastu tygodni. Długo zastanawiałem się nad ową ideą realizowania spektaklu. Występujący w nim tancerze mówili o jednoczesnym istotnym przygotowaniu fizycznym, ale także chłonięciu jego duchowości, siły wnętrza. I trochę daje do myślenia, co stanie się gdy z oryginalnego składu zaczną odchodzić tancerze i będzie potrzeba zastępstw i owi nowi artyści nie przejdą tej symbolicznej drogi? Zapewniam, że będzie spektakl wyglądał identycznie! Zatem trochę owa mistyka, otok realizacyjny, wydaje się niezłym chwytem marketingowym, ale niestety nie do końca ukazuje rzeczywiście pełne i oryginalne widowisko. W owej produkcji Khan wykorzystał fragmenty układów i ścieżki dźwiękowe z pięciu innych swoich przedstawień. Zatem to trochę worek wspomnień ułożony w jeden nowy koncept. I znów pytanie. Czy zatem jego prace można dopasować do każdego pomysłu, który przyjdzie artyście do głowy? Ze zdumieniem słyszałem pogłosy z Jungle Book…, gdy układ tyczył odmiennych okoliczności i zdarzeń. Nie do końca okazała się dla mnie zrozumiała owa koncepcja, którą opakowało się w nowy papier ideowy i sprzedało jako oryginale dzieło. Owszem dla widza, który pierwszy raz styka się z twórczością choreografa będzie to na swój sposób urzekające doświadczenie swoistego zakonu ruchu, ale niestety ci co znają trochę choreograficznych osiągnięć artysty będą i chyba są skrajnie zawiedzeni.

Czerń zamkniętej przestrzeni sceny przetykają blade, różnokolorowe kostiumy. Khan zabiera widzów w świat pewnej odizolowanej, zamkniętej wspólnoty. Jego narracja odwołuje się do rytuału pamięci praktykowanego na Madagaskarze – Famadihana. Jego istotą jest właśnie „obracanie kości”, gdy rodziny wyjmują z grobów szczątki przodków, owijają je w nowe całuny, ale także z nimi tańczą, oddają cześć i w ten sposób budują swoistą więź między przeszłością a teraźniejszością. Kluczowym dla widowiska są słowa początkowe: „Ty musisz żyć, ja muszę umrzeć”, które w finale odmieniają się „ja muszę umrzeć, abyś ty mógł żyć”. To swoisty wyznacznik po owym świecie wspólnoty ukazujący konieczność trwania, bytu, życia mimo przeciwności i niesprzyjających okoliczności. Jedynym rekwizytem jest kamień, amulet, maska, stający się punktem odniesienia dla całej grupy. Symbolicznie kto go posiada staje się potężny i silny, podporządkowuje innych. To rzecz o nieustannej rywalizacji, dominacji, sile. Konieczności walki. W owej historii można doszukać się inspiracji ze Święta wiosny do muzyki Igora Strawińskiego. Tu w libretcie pojawia się wybrana i obrzęd ofiary. W spektaklu Khana przestrzeń rywalizacji jest skupiona, ograniczona do trzech głównych postaci: szamana-demiurga, możnowładczego przywódcy; kobiety – opiekunki, troskliwej matki, partnerki życia oraz młodego, który chciałby unieść się jak ptak ponad przeciętność tego co go otacza, ale nieustannie jest hamowany przez tradycję i konieczność podporządkowania się normom oraz nakazom ogółu. Owe siłowe rozegranie wygląda okazale, ujmuje zespołowym wykonaniem, pełną pasji taneczną ekstazą. Jednak jednostka, która pragnie być niezależna przegrywa, ustępuje sile masy, mechanizmom fizycznej dominacji. Chłopak ginie, świat zostaje. Pozostają szczątki, które na nowo będzie należało obrócić podczas kolejnego obrzędu pojednania z przeszłością. To świat wspomnień, tożsamości, która może i bolesna, ale jest elementem budowania wspólnoty.

Największą wartością owego przedstawienia, którego interpretacja bliższa jest wróżbiarskim, szamańskim zdolnościom, niż potencjalnie intencjom twórców, jest jego wykonanie. Nazwać je można artystycznym poświęceniem umiejętności pojednania z rytuałem tańca zaproponowanym przez Akrama Khana. Zespół Gauthier Dance z wielkim wysiłkiem włącza się w ów świat podzielony pomiędzy to co indywidualne, rozegrane przez wspomnianą trójkę protagonistów, a kolektywne, gdy pierwszeństwo otrzymuje zespół w niezwykle sugestywnym i oryginalnym ruchu. Doceniam artystyczny kunszt, ale to naprawdę zbyt mało jak dla pełnego spełnienia podczas tak szacownej imprezy jak Łódzkie Spotkania Baletowe.

Ten spektakl ukazuje lekkie pogubienie, chęć skonstruowania nowego z już istniejącego. Efekt niestety nie ujmuje, nie rzuca na kolana. Wygląda to jak kosz delikatesowy, w którym można odszukać wiele produktów kolonialnych, tylko brakuje jasnego mianownika w jakim celu znalazły się właśnie one w owym opakowaniu. Moja teoria w tej materii jest niezmienna – towarom kończył się termin ważności. I trochę bije owe porównanie z Turning of Bones, dla którego w moim odczuciu Akramowi Khanowi nie starczyło czasu, ani serca przygotowując inny projekt dla swojego zespołu. Powstał koktajl, który nie smakuje jak drink Jamesa Bonda – „wstrząśnięte, nie mieszane”, ale raczej truskawki w zsiadłym mleku. Ma być zjawiskowo, a jest niestety kwaśno i mało oryginalnie.

Zastanawia mnie czy tego oczekiwał po pracy brytyjskiego twórcy Eric Gauthier. Artysta, który ma zawsze dobrą rękę do wyborów programowych może czuć się zawiedziony owym miksem fragmentów z dawnych prac ułożonych w kolejne widowisko. Ale na pewno jest dumny ze swoich tancerzy, którzy odnaleźli się, niezwykle dobrze, w tanecznej stylistyce Khana. Zatem jest owe pół sukcesu – ranga zespołu i klasa wykonania, ale niestety w chybionym koncepcie opowieści.

Tytuł oryginalny

Obrzęd życia

Źródło:

Materiał nadesłany
benjaminpaschalski.pl

Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

24.04.2026

Wątki tematyczne

Sprawdź także