„Hamlet” Williama Shakespeare'a w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hubnera w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie naszteatr.pl.
O takich inscenizacjach, choć nie sądziłem, że dotyczą one „Hamleta”, mówi się zazwyczaj „jazda bez trzymanki”. Tyle że Kamil Białaszek w stołecznym Teatrze Powszechnym trzyma swego „Hamleta” na krótkiej smyczy reżyserskiej wizji. Oglądając poprzednią inscenizację młodego Jana Marka Kamińskiego w Gnieźnie wydawało mi się, że dokonał on już olbrzymiej estetycznej, strukturalnej i interpretacyjnej wolty na dziele Szekspira. Kamil Białaszek powiedział: „potrzymaj mi piwo” i wystawił „Hamleta” generacji Z, jakiego polskie sceny jeszcze nie widziały. I jakież to jest dobre.
Białaszek wrzucił Hamleta w niedaleką przyszłość, gdy władzę nad światem przejmują technokraci, oligarchowie i korporacje. Dania Inc. Zakład Ubezpieczeń rywalizuje z norweską firmą pracującą nad modelami AI realizującą projekt w myśl twierdzenia o nieskończonej ilości małp. To tam od rana do nocy i od urodzenia do śmierci straszone deadline’ami wykonują polecenia korpomałpoludy tworząc bezustannie treści literackie mające zasilić sztuczną inteligencję. Ich starania są ściśle kontrolowane, by nie daj Bóg swej pracy nie kończyli, bo zgodnie z teorią ciągłego popytu pieniądze inwestorów spływać będą dotąd, dopóki trwa proces tworzenia. Coś jednak w tym planie nie pykło i jednej z małp udaje się przypadkowo skończyć „Hamleta”, który rozpoczyna się na scenie w takt rytmicznych postukiwań dochodzących z alkowy nowego władcy.
Gdybym miał jednym słowem określić białaszkową inscenizację powiedziałbym „dystans”. Reżyser opowiada historię Hamleta zgodnie z literą Szekspira, umieszczając go jednak w bardzo współczesnym kontekście. Forma prezentacji stawia na luz, dekompozycję, kampową estetykę i żartobliwy ton zetek. Bo iluż Hamletów miotających się po scenie w rozgorączkowanych emocjach już widzieliśmy? Ile razy słyszeliśmy „być albo nie być” wygłaszane na tysiące sposobów? Białaszek miał odwagę powiedzieć „dość, wrzućmy na luz”. Po co w ogóle recytować te jałowe i płonne monologi, które nie przydają postaci głębi, nie dynamizują akcji i po latach stanowią tylko wyczekiwaną z przyzwyczajenia czczą paplaninę? Może zrezygnujmy z obudowy, z wszystkich dramatycznych, a nic nie wnoszących uniesień i pokażmy o co w tym wszystkich chodzi. W tempie, z wigorem, z jajem, ale mądrze i właśnie z dystansem. Bronią spektaklu staje się wykorzystanie śmiechu jako sposobu rozumienia rzeczywistości, pokoleniowe umiłowanie dla memów i gra z językową dosłownością, czemu sprzyja igrające ze słowem tłumaczenie Stanisława Barańczaka. Klątwa musi być tu wygłoszona z kościelnym zaśpiewem, magnes faktycznie przyciąga, obłoki w kształcie wielbłąda materializują się w papierosowym dymie, „Perła” wpada do kielicha z pluskiem piany, a odczytane literalnie złożenie głowy na damskim łonie czy kolanach staje się przyczynkiem do dość ekwilibrystycznych poczynań. „Syn królewski” może ulec przejęzyczeniu, a znajdą się i tacy, co „wysysają królewska las… łaskę”. Kwintesencją tego ironicznego stylu staje się wzięta bardziej z Monthy Pythona scena morderstwa podsłuchującego nieudolnie Poloniusza, który ukryty-nieukryty za przezroczystą ścianą jest widoczny dla wszystkich jak na dłoni. Przerażony po pierwszym dźgnięciu Hamlet nie bardzo daje sobie jednak radę z podrygującym w konwulsjach mężczyzną, więc na pomoc synkowi wyrusza mamusia. I choć młodzian pragnie powstrzymać matkę, bo „nie jest k***a dzieckiem” i nie trzeba wiecznie robić wszystkiego za niego, to jednak w rzeczywistości pozostaje tylko rozkapryszonym nastolatkiem.
Hamlet Antka Sztaby jest obrazem współczesnego pokolenia Z, permanentnie podłączonego do internetu i buntującego się przeciw społecznym nierównościom przy jednoczesnej potrzebie utrzymywania zadowalającego standardu życia. Będąc synem CEO wielkiej korporacji stoi na uprzywilejowanej pozycji, z czego bezrefleksyjnie korzysta w poczuciu, że wszystko mu wolno. Bezczelny, często pretensjonalny, sprzeciwia się okrucieństwu świata wypierając przy okazji fakt, że sam jest beneficjentem panującego układu. Jest więc skłócony niejako podwójnie, bo walcząc z systemem dąży de facto do samozniszczenia. Sztaba bawi się konwencją, bawi językiem modulując tony i zmieniając barwę głosu, z udawanej emfazy płynnie przechodzi do drwiny, z teatralnego zaśpiewu do pastiszu, a słynny monolog wygłasza dzidziusiowatym głosikiem prosto z wanny, w której nota bene też się bawi, choć zabawką dla ciut starszych – taki jest śliczny, taki zagubiony, tak bardzo uciekający w wieczną imprezę. Z roli Hamleta wychodzi na jedną chwilę, by zapytać nas o stojące za poczynaniami swego bohatera prawo do zemsty. Czy bylibyśmy skłonni poświęcić życie niewinnych ludzi, gdybyśmy mogli zabić w zamachu kogoś, kto zamordował naszą rodzinę? Takiego Trumpa albo Netanjahu, żeby daleko nie szukać. Czy pragnęlibyśmy zemsty za wszelką cenę, czy raczej schowali głowę w piasek? Bo trzecim wyjściem jest już tylko ucieczka od świata, samobójstwo. I dopóki nie musimy podejmować tego wyboru, to „pielęgnujemy własną próżność” jak rozkapryszone dzieciaki licząc po cichu, że nigdy nie będziemy zmuszeni takiego wyboru dokonywać. Białaszek kieruje nasze spojrzenia od Hamleta na ludobójstwo w Gazie, bombardowania Libanu czy Iranu, który zresztą wprost zagości w spektaklu jako ów „nieistotny” spłachetek ziemi będący solą w oku walczących korporacji. I pyta dalej. Skoro pokojowe protesty zetek są tak infantylizowane przez media i polityków, to może romantycznie usposobione starsze pokolenia byłyby usatysfakcjonowane bardziej radykalnymi środkami oporu? Bo może to terroryści są dziś ostatnimi bohaterami zdolnymi jeszcze do buntu?
Tak to już jest z „Hamletem” w Teatrze Powszechnym, że najważniejsze kwestie pochodzą w nim od Białaszka, a nie od Szekspira. I paradoksalnie nie wynurzenia duńskiego księciunia stanowią najmocniejszy punkt programu, lecz fantastyczny monolog imponującej siłą charakteru Gertrudy w brawurowym wykonaniu Anny Ilczuk. Aktorka z podziwu godną cierpliwością wysłuchuje utyskiwań i pojękiwań Hamleta, by bez pardonu obsztorcować jego wygodnictwo, naiwność, niewdzięczność i quasi-buntowniczą postawę. W kilka chwil sprowadza go literalnie na ziemię, do roli zapłakanego, skulonego syneczka mamusi, który w dupie był i gówno widział. Mistrzowska tyrada Ilczuk powala twardą prawdą o życiu kobiety w patriarchalnym korpospołeczeństwie, bawi wzmiankami o niewykształconym płacie czołowym potomka, a przede wszystkim unaocznia Hamletowi to, czego on sam nie chce dostrzegać. Że jest wyzyskiwaczem i pławiącym się w luksusach nepo-bejbi, ale co gorsza, że ma rzeczywisty wybór. Może zrezygnować z przywilejów, wystrugać pług i iść w… pracować na roli. Ale stać go jedynie na dziecinne „weź się mamo”. O naprawdę trudnych wyborach, o tym, czym jest faktyczne poświęcenie i gdzie znajduje się środek ciężkości warto posłuchać wprost ze sceny. Zostaje na długo.
Tych dopisanych, a znaczących monologów słyszymy w Powszechnym więcej. Ewa Skibińska jako duch Ofelii dosadnym językiem przekazuje Hamletowi w wiadomości tekstowej ostatnią wolę swego pokręconego i złamanego realnego odbicia. Równie brutalna jak Ilczuk sprowadza księcia do roli wychowanego przez nadopiekuńczą matkę narcyza, słodkiego Piotrusia Pana „cierpiącego na ciężkie wyparcie”, który doprowadził ją do psychicznego załamania i targnięcia się na własne życie. Głośnym echem odbija się też wspólnie wykonany z Natalią Szczypką punkowo-metalowy protest song obu obłąkanych Ofelii. Swoje pięć minut dostaje także świetny w roli „mamma mia” Horacja Michał Czachor, dworski krętacz i manipulator, który poświęcił… wiele, aby utrzymać swą pozycję w firmie, nawet jeśli przypłacił to lekko zniewieściałym głosem. Czachor, dywagując z AI w chwili światopoglądowego kryzysu, sławi w kąpieli czystą genetycznie monarchię - władcę-Boga, którego należy chronić i wspierać bez względu na jego chwilowe szaleństwo. Wytatuowany na piersi, wzorem Pete’a Hegsetha, jerozolimski krzyż mówi o białaszkowych skojarzeniach więcej, niż wyrażone wprost psioczenie na faszystów, iż w swym uwielbieniu Fuhrera byli zbyt mało radykalni.
Fantastyczne partie aktorskie rozgrywa w „Hamlecie” cała obsada. W tym patriarchalnym, brutalnym i zhierarchizowanym świecie mężczyźni w każdym zachowaniu starają się udowodnić swą wyższość poprzez siłę, nawet gdy tych sił już nie staje. Przemoc stosują rzecz jasna zwłaszcza wobec słabszych, płaszcząc się przed tymi, którzy górują nad nimi w społecznej drabinie. Złamanego problemami z prostatą Klaudiusza Arkadiusza Brykalskiego obserwujemy głównie przy tronie-pisuarze podczas męczarni z oddawaniem moczu. I trzeba przyznać, że czuje się on w tej roli wyśmienicie wpadając w ironiczne deklamacyjne stacatto rodem ze sztuk Zadary i pieszcząc każdą sylabę. Jedynym środkiem nacisku przy nadwątlonych siłach witalnych pozostaje dlań krzyk, słowna agresja, która ucina wszelkie dyskusje i nie dopuszcza głosu sprzeciwu. Dzięki temu i wtrącanemu mimochodem „bla, bla” reżyser unika też przydługich fragmentów dywagacji o sporze z Fortynbrasem, czy dworskiego lizodupstwa, które ucinane są w zarodku – „dziękuję” w wykonaniu Brykalskiego nie zostawia już przestrzeni na odpowiedź. Czy podobnie brutalny był stary Hamlet? Nawet gorszy, jak wynika z opowieści Gertrudy, choć obierający ziemniaki w telezakupach Grzegorz Artman zdaje się przeczyć tym słowom. Czy jednak jest on wizją króla, czy raczej przekupionym aktorzyną, który w tym świecie bezustannego livestreamingu złapał okazję na solidną kasę? Mateusz Łasowski kreuje Poloniusza na religijnego domowego tyrana, który znęca się nad dziećmi tresując ich niczym zwierzęta i nie wstrzymując rodzicielskiej ręki. Przemocową naturę wspiera naukową literaturą typu „Nadzorować i karać”, a idea bezstresowego wychowania mogłaby go przyprawić o palpitację serca. Z drugiej strony patrząc na Laertesa w momentami przezabawnym wykonaniu Adama Szostaka, trudno mu się dziwić. Syn średnio mu się udał. Wiecznie imprezujący tępak trwoniący ojcowską fortunę i wydzwaniający po więcej przyswoił tylko jedną życiową naukę – jest równie służalczy dla silniejszych i równie brutalny dla słabszych. Dotyczy to także jego siostry Ofelii, która nie ma łatwego życia nagabywana, obmacywana, strofowana i molestowana przez wszystkich otaczających ją mężczyzn. Nie dziwne, że łamie to i wykręca kręgosłup Natalii Szczypki, która nie ma już sił udawać ugrzecznionej nastolatki i walczyć o swoje. Podobnie jak Gertruda ma jednak dość ikry, by choć próbować ustawić Hamleta do pionu, a przede wszystkim by decydować o samej sobie. W kontekście „prezentów”, które oddaje księciu, jej decyzja jest tym bardziej tragiczna. Stojący na czele trupy aktorów Mamadou Góo Bâ nie deklamuje tekstu przed zebranymi, lecz wyśpiewuje przeszywające dreszczem szamańskie zaklęcia wywołując na scenie i telebimie żywe obrazy. Aktor prowadzi również ceremonię pogrzebową Ofelii wykonując w wolof „Bogarodzicę”, co odczytać można jako reżyserski gest antykolonialny. Emblematyczny dla pokolenia Z radosny nihilizm wprowadzają wędrujący co jakiś czas przez publikę Grabarze, czyli Wojan Trocki i Olivier Woodcock przypominający nam o marności tego świata w porywających utworach o „cierpliwych robakach”, prochu, w który się obrócimy, czy równie wesołych, memento-memicznych utworach. Last but not least bryluje na scenie dwóch z lekka błaznowatych wesołków - Guildenstern i Rosencrantz, czyli Grzegorz Falkowski i Andrzej Kłak będący tu źródłem niewyczerpanego żartu. Ich dyskusje o kondycji stołecznego teatru, o grywanych wszędzie „Hamletach”, prezentowany w przerwie film dokumentalny „Życie duńskiego chłopa w XVI wieku”, czy deliberacje dotyczące teorii skapywania stanowią kwintesencję obśmiania współczesności i drwin z krwiożerczego kapitalizmu. „Król jak się odleje, to strząchnie, a jak strząchnie, to nam skapnie – tak działa ekonomia” perorują panowie wyczekując przy kraniku kropelek splendoru i wylizując z nadzieją podstawioną tam miskę.
Wspaniale oddaje intencje reżysera Aleksandra Wasilkowska tworząc niezwykle barwną i oryginalną scenografię. Jej centrum stanowi kierujący spojrzenie w cztery strony świata tron-pisuar, symbol męskiego panowania obrazujący przy okazji teorię skapywania. U podstawy władzy znajduje się zaściełający podłogę pieniądz, wirtualne bobokoiny rodem z Monopoly i słowiańskich wierzeń, które żartobliwie wyrysował Lucjan Bonawentura Szczęsny. Przezierne ścianki na obrotówce i zwisające zwiewne, nieregularne kształty odbijające refleksy świateł Jędrzeja Jęcikowskiego dopełniają kampowej całości. Kostiumy Sławka Blaszewskiego wykorzystujące elementy znalezionych w garderobie Powszechnego dawnych strojów, choć barwne i imponująco niekonwencjonalne, mimowolnie skojarzyły mi się z jego pracą przy „Niewyczerpanym żarcie”. Multimedia Michała Mitonia i Huberta Kozarzewskiego. atakują obrazami z olbrzymiego ekranu przypominając o tym, że podsłuchiwanie i podglądactwo charakteryzujące dworskie knowania trafiło dziś pod strzechy – we współczesnym świecie niewiele da się ukryć – nagrywanie, inwigilacja, migające i przewijane obrazy towarzyszą nam przecież w każdej chwili. Choreografia Bartosza Dopytalskiego, niekiedy ekwilibrystyczna w indywidualnych popisach, współgra z muzyką Barto Katta w scenach zbiorowych, znajdując spełnienie w tanecznym pojedynku Hamleta z Laertesem.
Czy w tak okrutnie trwożliwych czasach spektakl może obyć się bez happy endu? Kamil Białaszek i tu puszcza do nas oko dopisując finał odegrany przez odmałpionego Andrzeja Kłaka, który łamiąc czwartą ścianę zadaje nam pytanie o sens dziedziczenia. To już mocny antykapitalistyczny przekaz starający się znaleźć pomost pomiędzy skutkami złamania świętego prawa sukcesji przez starego Hamleta a teoretycznym efektem wprowadzenia zakazu w dzisiejszym świecie. Kłak wieszczy podobną elsynorskiej katastrofę, gdyż „pieniądze od samego początku nie miały sensu”, zaś nieznający technologii, wyobrażony postapokaliptyczny człowiek z radością i uśmiechem zasiada do wysmażonego na ognisku łosia. Kończymy więc piękną, abstrakcyjną wizją powrotu do natury.
„Hamlet” w Teatrze Powszechnym odczarowuje szekspirowskie frazy i wyjaśnia ironicznym językiem zetek to, co zdążyło zakurzyć się za wiekową poetycką woalką. „Wszystko co da się powiedzieć, da się powiedzieć jasno” mówi za Wittgensteinem Białaszek. Wielki buntownik okazuje się rozpieszczonym chłopczykiem niezdolnym do samodzielnego działania, przedstawicielem pokolenia prowadzącego infantylną walkę z samym sobą. W roli oskarżycielek zastanego porządku stają silne kobiety – to one przejmują przynajmniej moralną pałeczkę od skompromitowanych, bawiących się w wojnę i wiecznie skorych do bitki mężczyzn. To one mają moc jednym monologiem rozwalić cały system. Bo o trwaniu w gównie wiedzą znacznie więcej.
Na koniec pozostaje mi już tylko uruchomić neta, wejść na Polymarket i założyć się o to, że o bilety na „Hamleta” będzie trudno. Tylko jaki łoś się o to założy?