EN

11.10.2021, 10:48 Wersja do druku

O czym myśli młodzież?

„Przemiany" Joanny Bednarczyk w reż. Michała Borczucha, koprodukcja STUDIO teatrgalerii, Teatru Polskiego w Bydgoszczy oraz Festiwalu Mała Boska Komedia w Krakowie i Teatru Łaźnia Nowa. Pisze Katarzyna Niedurny w Dwutygodniku.

Oddawanie głosu jest podstawową zasadą konstrukcyjną „Przemian” w reżyserii Borczucha, staje się jednak kwestią problematyczną, gdy nie wszyscy mają prawo do wypowiedzi.

fot. Bartek Warzecha

Wszystko kończy się w sądzie. Ceres (Małgorzata Witkowska) pozywa Plutona, który porwał jej jedyną córkę Prozerpinę. Bogowie toczą między sobą batalię o to, czym jest wolność, gdzie zaczyna się dorosłość, a kończy władza rodzicielska. Nagle jeden z nich, Jowisz, zostaje przez sędzinę Atlasa (Halina Rasiakówna) przemieniony za karę w puchacza – symbol żałoby. Grający go Paweł Smagała staje z boku sceny – pohukując śmiesznie i smutno już do końca spektaklu. Pokazuje tym samym to, co w teatrze Michała Borczucha jest najlepsze – nieoczywiste skojarzenia, otwartość, umiejętność budowania niejednoznacznych obrazów, ogromne poczucie humoru. Puchacz pełni jeszcze jedną ważną funkcję – odrywa wzrok od rzeczy dziejących się na środku sceny, gdzie omawiane są najważniejsze problemy antycznej/współczesnej młodzieży. Wielu rzeczy w tym spektaklu wolałoby się nie widzieć.

Punktem wyjścia były warsztaty dla nastolatków (grają oni część ról w spektaklu) przeprowadzane przez artystów w ramach pracowni Open Studios. Drugim punktem odniesienia – „Przemiany” Owidiusza. Założenie było proste – za pomocą mitów traktujących o przeobrażeniach ciała opowiedzieć o okresie, w którym człowiek przechodzi gwałtowną zmianę cielesną, hormonalną, seksualną, a także zmianę statusu społecznego i świadomości. I tak kolejni nastoletni aktorzy wcielają się w mityczne postaci, żeby opowiedzieć o sobie. Trzeba Borczuchowi przyznać, że po doświadczeniach pracy z amatorami w „Lepiej tam nie idź”(2014), „Paradiso”(2014), „Fauście”(2015), „Zostań, zostań” (2015) potrafi umiejętnie łączyć na scenie profesjonalnych aktorów i zaproszonych gości – dając tym ostatnim wsparcie i przestrzeń do wypowiedzi. Problemem konstrukcyjnym spektaklu jest zaś duża rozpiętość tematyczna. Są tu i pierwsze pocałunki, i problemy z cielesnością, i samookaleczenia, ekologia oraz wtręt na temat Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Część tych spraw potraktowana jest jednak pobieżnie, jak frazy, które muszą pojawić się na scenie, bo inaczej w pełni nie oddamy tego, co przeżywa młodzież. W konsekwencji zaś całość wygląda tak, jakby została złożona z puzzli pochodzących z różnych zestawów. Jedne kawałki układanki są ładniejsze, inne brzydsze, ale się ze sobą nie łączą. Pomimo usilnych starań artystów.

fot. Bartek Warzecha

A zaczyna się jeszcze bardzo obiecująco. Na scenie odtworzona zostaje dziwna sala gimnastyczna. Widzimy zawieszone kosze, drabinki, ale też dwie bramy, wyglądające jak wyjścia z kopalni. Być może jest to droga do mitycznych zaświatów. To tu Choreos (Robert Wasiewicz), nauczyciel tańca, trenuje grupę, która ma opowiedzieć historię Narcyza. Zwraca uwagę na to, jak pokazywać w ciele historie i emocje, ruchem stwarza świat. Jednocześnie jest lekko i zabawnie. Stopniowo nasza uwaga zaczyna skupiać się na Narcyzie (Kacper Zakrzewski). Choreos rozmawia z nim, szuka w chłopaku cech postaci. Być może odtwarzają na scenie rozmowę toczoną na jednym z warsztatów. Równowaga zostaje jednak zachwiana i trudno już ustalić, co jest opowieścią Narcyza, a co uczestnika warsztatów. Następuje pierwsze z przeobrażeń.

Do tego dołączają się kolejne sceny budowane według podobnego schematu. Antyczna jest postać i opowieść, a współczesne są emocje aktorów i ich relacje z odgrywaną rolą. Narracja skupia się wokół mitu o Akteonie (Franek Nowiński), który przypadkiem zobaczył nagą Artemidę. Poprzez niego opowiadana jest historia chłopaka, który przez przypadek wszedł do damskiej szatni w szkole po WF-ie. Wydarzenia prowokują do rozmów odbywających się między uczestnikami warsztatów. To one są w spektaklu najciekawsze. Wzruszają momenty, w których Echo (Kuba Wakar / Michał Sosnowski) opowiada o tym, jak rodzice zmuszają swoje dzieci do bycia szczęśliwymi. Atalanta (Jagoda Klimkowska) mówi o swoich emocjach związanych z wejściem chłopaka do szatni, Andromeda (Olga Ostachowicz / Laura Baranowska) wyjaśnia, jak przeżywa smutek, Meduza (Jagoda Szymkiewicz) zaś przedstawia historię swoich blizn. Obecność i opowieści nastolatków na scenie stanowią bardzo kruchy materiał, a jednocześnie mocny i mądry.

Oddawanie głosu, choć jest podstawową zasadą konstrukcyjną tego spektaklu, staje się jednocześnie kwestią problematyczną, gdy nie wszyscy mają prawo do wypowiedzi. W scenie rozgrywanej między Plutonem (Krzysztofem Zarzeckim) i Minerwą (Sarą Celler-Jezierską) pojawiają się wspomnienia o dawnej współpracy Michała Borczucha z Domem Dziecka w Szamocinie. Przywoływani są trzej chłopcy biorący udział w tamtych projektach, opowiadane są ich dalsze losy. Aktor w bardzo wzruszający i emocjonalny sposób przedstawia historię swojej relacji z nimi. Mówi o spotkaniach, listach, wysyłanych do poprawczaka kredkach. W tym czasie widzimy chłopaków na nagraniu. Przechadzają się po Warszawie. Bardzo uderzające jest to, że to jedyna grupa, której głos nie zostaje wysłuchany. Cytowane są przeprowadzone z nimi rozmowy, kilka napisanych przez nich odpowiedzi, potem scenę przesłaniają już tylko obraz i słowa Zarzeckiego, zastanawiającego się nad tym, czy warto było zapraszać chłopaków do Warszawy, pokazywać świat, w którym na co dzień nie uczestniczą, a następnie odsyłać tam, skąd przyszli. Ta dyskusja toczy się jednak ponad ich głowami, oni sami nie zabierają głosu. Jestem ciekawa, jakie to uczucie być opowiadanym przez innych na scenie i czy chłopcy, słysząc wątpliwości artysty, nie chcieli po prostu na nie odpowiedzieć.

fot. Bartek Warzecha

Ostatnią częścią spektaklu jest scena sądu. Ceres, antyczna bogini, walczy o to, żeby jej córka, porwana do krainy umarłych, wróciła do domu. Opowiada o swojej żałobie i o tym, jak wyżywa się na naturze. Jednocześnie w uwspółcześnionym planie oskarżana jest o spowodowanie katastrofy klimatycznej. A skoro już rozmawiamy o sądzie, to porozmawiajmy o policji – na scenę wkracza (a raczej przez nią przebiega) temat Ogólnopolskiego Strajku Kobiet oraz zachowania policji w czasie protestów. Potem biegniemy dalej – rozmawiamy jeszcze o tym, czym jest wolność, znowu o miłości, o wypadku samochodowym, stracie, śmierci. W końcu idziemy do domu. Zostajemy ze znanym nam z mitologii wyrokiem – pół roku u matki, pół u kochanka. I poczuciem dość dużego chaosu w głowie. Interesujące wydają się myśli o tym, że proces wkraczania w dorosłość jest jednocześnie okresem żałoby – żegnania się z dzieckiem, którym się już nigdy nie będzie. Bardzo smutno brzmi wypowiadane przez Prozerpinę zdanie: „Ja, która jestem nastolatką, już wkrótce nią nie będę. Stanę się dorosła i taką pozostanę do końca życia”. A jednocześnie w sądzie toczona jest debata o prawie do wolności – objawiającej się m.in. w co najmniej problematycznym prawie do romansów nieletnich z dorosłymi mężczyznami. Kwestia ta zostaje bezmyślnie rzucona na scenę, niepogłębiona.

W czasie rozprawy żałobne pohukiwanie stojącego w kącie sceny puchacza nabiera nowych znaczeń – żegnania się z dzieciństwem, ze swoim starym ciałem, dawnymi nami. Sowa pojawia się też w innym spektaklu Michała Borczucha – jej wielka rzeźba wprowadzana jest na scenę w czasie „Mojej walki”, kiedy to Karl Ove i jego przyjaciel zastanawiają się nad kwestiami związanymi z dojrzewaniem. Jest ona tam wyrazem potrzeby odpowiedzi na tysiące wątpliwości. Pozostaje jednak milcząca, obojętna wobec nich. I to milczenie jest ciekawsze niż przegadana i chaotyczna próba odpowiedzi na pytanie, co myśli młodzież, udzielana za pomocą wielu dygresji i antycznych opowieści.

Tytuł oryginalny

O czym mysli młodzież?

Źródło:

dwutygodnik.com

Link do źródła