29.09.2020, 18:55 Wersja do druku

Nietzsche


W jaki sposób temat losu zwierząt jest traktowany przez polski teatr? Myślę o tym, bo ostatnie wydarzenia polityczne pokazały zaskakującą linię podziału w naszym społeczeństwie, nietradycyjną, że tak powiem. I też dlatego, że zbiegło się to z moją osobistą stratą – pisze Jagoda Hernik-Spalińska w portalu Teatrologia.info

Pamiętam jak już chyba z dziesięć lat temu prof. Ewa Domańska miała cykl seminariów w Instytucie Teatralnym i wtedy mówiła, że trendować w naukach humanistycznych będą teraz zwierzęta i rośliny. Chodzi o przyjęcie ich perspektywy czyli rezygnacja z postawy antropocentrycznej. Humanistyka z punktu widzenia roślin to jednak karkołomne przedsięwzięcie i mimo dobrych chęci jakoś to słabo idzie. A w teatrze postdramatycznym zaś jest tak, że to, co trenduje w humanistyce to za chwilę będzie trendować na scenach, więc i na scenach to nie bardzo działa. Chociaż oczywiście próby są. Chyba zgodnie z nową tendencją przygotowała ostatnio swój performans Święto wiosny na aturi i mimozy wstydliwe Klaudia Hartung-Wójciak, ale to tylko tak na oko mówię, bo go niestety nie widziałam. W rośliny na scenach umieliśmy już wcześniej, bo Scena Plastyczna KUL Leszka Mądzika nie potrzebowała światowych trendów żeby zrobić Bruzdę w 2006. Jednak mimo tych przykładów perspektywa rośliny to temat, który łatwo wyczerpać.

Co do zwierząt to jednak jest inaczej. Łatwiej wejść w skórę zwierzaka niż w skórę rośliny, ale też ich doświadczenie egzystencjalne bardziej przypomina to ludzkie.

Mamy tradycję obecności zwierząt na scenie, dzięki słynnym kurom w Fantazym Swinarskiego i w ogóle całemu cyklowi kurzemu w polskim teatrze w latach 60. i wczesnych 70., opisanemu przez Zbigniewa Raszewskiego w felietonie Zwierzęta w teatrze dla „Gońca Teatralnego” z cyklu „Rzeczy ważne” w 1990.

Jednak przecież nowy trend nie na używaniu zwierząt polega, a na oddaniu im głosu. W 2009 roku Maja Ostaszewska wygłosiła w (A)polonii monolog z Elisabeth Costello Johna Maxwella Coetzee, w którym zrównany jest los zwierząt hodowlanych i więźniów obozów koncentracyjnych, a aktorka powtarzała pytanie, które zadaje zwierzę: „Gdzie jest mój dom?”. Mamy jednak też własną powieść, która przyjmuje perspektywę zwierząt, czyli Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk. Doczekała się ona już trzech adaptacji na polskich scenach. Najpierw, w 2009, w Wałbrzychu Bartek Frąckowiak przygotował adaptację pod tytułem Gniew pokazywaną razem z instalacją Łukasza Chotkowskiego Prowadź nas przez kości umarłych, w której twórcy próbowali – każdy innymi środkami, ale obaj metodami teatru ubogiego – znaleźć środki, by otworzyć nowe typy odbioru w widzach. Mimo jednak, że człowiek szuka sposobów by przytłumić własny głos, to zawsze jest to jego perspektywa i nawet nowa metodologia tego nie zmieni.

Sumą starej i nowej metodologii odnośnie pokazywania zwierząt i ich perspektywy jest Kotlina, trzecia (bo w 2010 był jeszcze Pomórnik. Kryminał ekologiczny w reż. Emilii Sadowskiej w Teatrze Polskim w Poznaniu) adaptacja tej samej powieści Olgi Tokarczuk, przygotowana przez Agnieszkę Olsten, we wrocławskim Teatrze Współczesnym w 2013. Z jednej strony oddawała głos zwierzętom, a z drugiej wprowadzała psy na scenę, niczym Swinarski kury. I tu widać było, że fizyczna obecność zwierząt jakoś ich perspektywę urealnia – mają one tak silną podmiotowość, że dominuje ona na scenie i wpływa na przedstawienie. Jednak samo używanie zwierząt jest kontrowersyjne, jest to wymuszanie na nich zachowań dla nich niespecyficznych, jak w cyrku. W tym wypadku nie tak opresyjnie i systemowo oczywiście, ale mimo wszystko jest to zabieg na większą skalę niemożliwy i chyba też nie na tym sztuka teatru polega. Nowa ustawa, którą osobiście z całego serca popieram, zabrania cyrkom sprowadzania zwierząt i nie wiem jak to będzie z ich graniem w teatrze – czy zwierzę na scenie też przejdzie do przeszłości. Trzeba tu chyba szukać innych środków.

Może najbardziej udanym spektaklem pokazującym świat z perspektywy zwierzęcia, jaki miałam okazję oglądać, jest Bunt, który wyreżyserował Jakub Roszkowski w gdańskim teatrze dla dzieci Miniatura, choć samo przedstawienie było nie tylko dla dzieci. Aktorzy na różne sposoby grali zwierzęta, czy to maskami, czy ruchem, dźwiękiem, ale przede wszystkim oddaniem osobowości, poczucia zagrożenia i innych uczuć, które przecież obserwujemy u zwierząt.

Oczywiście zwierzęta najczęściej są reprezentowane w teatrach lalkowych – ale to zazwyczaj peryfraza stosunków międzyludzkich. Bunt – opowieść o ucieczce zwierząt przed ludźmi, i o klęsce tego przedsięwzięcia, napisany kilka lat przed Folwarkiem zwierzęcym Orwella, to mało znana powieść Reymonta i chwała Roszkowskiemu, że ją przywrócił do obiegu kulturowego w Polsce. I mimo, że uważa się, iż opowieść Reymonta jest, podobnie jak powieść Orwella, jakimś rodzajem antyutopii dotyczącej ludzi, to jednak przedstawienie w Teatrze Miniatura w zaskakujący sposób pokazało coś, co możemy chyba uznać za zwierzęcą perspektywę – mieszaninę agresji, strachu, czułości. W tym utworze nasz laureat literackiego Nobla bowiem chyba rzeczywiście oddawał głos zwierzętom, a nie próbował metaforyzować stosunki społeczne.

Zasadniczo jednak spektakle pokazujące sytuację zwierząt, tak licznie obecnych w naszej codzienności, są to zjawiska, których brak mi w polskim teatrze, przecież na co dzień chętnie występującym w czyjejś obronie, albo przeciwko czemuś protestującym. Nie mam tu na myśli osobistych wystąpień aktorów czy nawet takich projektów jak kalendarz z psami Teatru Nowego Proxima. Chodzi mi o to, co na scenie – czyli o tę właściwą działalność teatru, o wyraz artystyczny, o teatr zaangażowany, który przecież w Polsce istotnie istnieje. Te momenty, gdy twórcę, istotę wrażliwą, ogarnia ogromne współczucie dla innych żywych istot i występuje w ich imieniu w teatrze, są niestety bardzo rzadkie. Nieczęsto działa w tym kontekście to coś, o czym pisze nasz wybitny psychiatra, twórca pojęcia dezintegracja pozytywna, Kazimierz Dąbrowski w swoim słynnym wierszu Posłanie do psychoneurotyków:

Bądźcie pozdrowieni, nadwrażliwi,
za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność – wśród jego pewności
za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem,
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna,
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi, bądźcie pozdrowieni.

To zarażanie się bólem, odczuwanie innych jak siebie samych – choroba na którą nie ma lekarstwa, która atakuje niespodziewanie, została opisana w powieści Michała Choromańskiego W rzecz wstąpić. Bohater zaczyna być tak wrażliwy – czy jak chce Dąbrowski nadwrażliwy – że w końcu ginie zrzucając z torów kolejowych żabę, której groziła śmierć pod kołami pociągu. Wszyscy wiemy, że Fryderyk Nietzsche w Turynie przeżył głębokie załamanie nerwowe, które wyznaczyło ostatni etap jego życia, gdy próbował obronić konia okładanego batem przez swojego właściciela. Od takiej wrażliwości, odczucia cudzego bólu, do sztuki przecież nie jest daleko. Oczywiście nie mówię o takich aktach twórczych jak zrzucanie konia ze skały dla zwiększenia realizmu sceny jak w Popiołach Andrzeja Wajdy.

Bohdan Urbankowski w latach 80. w tekście drukowanym w miesięczniku „Poezja”(11/1985), gdzie opisał też dzieje cytowanego wiersza, omówił stosunek Kazimierza Dąbrowskiego do sztuki ale też jego rozprawę O charakterze Polaków i metodzie jego przekształcania.Dąbrowski wymienił w niej dwanaście wad Polaków, ale też siedem zalet, i wśród nich skłonność do idealizowania, romantyzmu i mistycyzmu – było to jeszcze zanim ta cecha nasza narodowa została uznana za kompromitującą wadę. Inna zaleta naszego narodowego charakteru według Dąbrowskiego, to łagodność, humanitarność i brak skłonności do okrucieństwa.

Tym bardziej więc skoro jednostka nadwrażliwa, artysta, jest na dodatek Polakiem to dlaczego przedstawień stanowczo domagających się humanitarnego traktowania zwierząt było tak dziwnie mało. I chyba już ich nie będzie, bo wejdzie ustawa i o co chodzi, a twórcy tymczasem coś zaczynają modnie przebąkiwać o „końcu antropocenu”, i jest to raczej reakcja na trend klimatyczny i powszechne upodobanie do tzw. żargonu IBLowskiego, niż wstęp do walki z myśliwymi.

Wracając bowiem do mód w humanistyce, emulowanych przez naszych twórców teatralnych, to czasem są one inspirujące. Jednak zasadniczo myślę, że akurat w kwestii poszanowania zwierzaków, to twórcy nie musieli czekać na modę. Brak mi głosu ludzi teatru – w teatrze – w sprawie zwierząt. Nie wiem jak by to miało wyglądać, ale skoro sztuka jest wyrazem naszej wrażliwości, odczuwania nieosobistego bólu, to gdzie podziały się te emocje związane z krzywdą zwierząt w środowisku z największym odsetkiem wegan i wegetarian? Mówię bom smutny i sam pełen winy.

Tytuł oryginalny

Nietzsche

Źródło:

www.teatrologia.pl

Link do źródła