„Prowadź swój pług przez kości umarłych” wg powieści Olgi Tokarczuk w reż. Ewy Platt w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Tomasz Domagała w portalu domagalasiekultury.pl.
Gdy Matoga (Oskar Hamerski) przychodzi do Janiny Duszejko (Dominika Kluźniak) z prośbą, żeby mu pomogła przygotować kostium na Bal Grzybiarza organizowany przez Towarzystwo Grzybiarzy „Prawdziwek”, bohaterka – trochę inaczej niż w książce (szybciej) – daje się przekonać zarówno do udziału w balu, jak i do przebrania. Uwagę Duszejko całkowicie pochłania wilcza głowa i futerko z pięknym ogonem, ignoruje ona natomiast czerwony kapturek, w którym z braku laku musi wystąpić na balu Matoga. Przy okazji dowiadujemy się wraz z Duszejko, że do owego Towarzystwa Grzybiarzy „Prawdziwek” należą „wszyscy” – oprócz niej. Dominika Kluźniak gra tę scenę prosto, ale z doskonałym wyczuciem swojej bohaterki: początkowo zachowuje rezerwę, ekscytując się dopiero na samą myśl o byciu wilczycą. Sposób, w jaki mierzy kostium, daje jej tak wiele przyjemności, że inaczej – bez charakterystycznej dla siebie podejrzliwości i dystansu – zaczyna patrzeć na samo Towarzystwo Grzybiarzy i inicjatywę Balu. Na tyle łaskawie, że zgadza się wziąć w nim udział, konstatując z lekkim zdziwieniem fakt, że jest jedyną osobą, która nie należy do klubu. W teatrze od razu zaczyna to znaczyć coś więcej: Duszejko odkrywa właśnie, że w sensie społecznym jest outsiderką, że w czasie, gdy skupiała się na realizacji swojej misji, wytworzyła się opozycja: ona – reszta świata. Moment to w spektaklu niezwykle istotny, bo do argumentów, przemawiających za kontynuowaniem misji, dochodzi kolejny – „jestem już poza porządkiem, więc tym bardziej nie ma odwrotu”. Myślę tu głównie o procesie, jaki zachodzi w głowie Janiny Duszejko, która – jak każda tragiczna postać zmierzająca do katastrofy – musi prowadzić ze sobą jakiś dialog. Warto dodać, że w przypadku roli Dominiki Kluźniak ów proces jest nie tylko zapisany w konstrukcji jej postaci, ale również widoczny w aktorskim myśleniu i działaniu aktorki. A że dokonuje się olśniewająco, staje się największą wartością spektaklu Ewy Platt. Dowodzi przy tym nieco anegdotycznej „insajderskiej” teorii, że jeśli masz „Duszejko”, masz „Pług”, ale do tego jeszcze wrócimy.
Proces, o którym mówię, musi mieć swój początek, a ten również jest wspaniały. Oto wchodzimy na widownię, a na scenie pokrytej błotem znajduje się wielka, monstrualna wręcz ambona i czekająca na kogoś lub na coś Janina Duszejko. Dominika Kluźniak porusza się nerwowo, nasłuchując niepokojących dźwięków, sugerujących że coś złego dzieje się jakimś psom. Ci znający fabułę powieści Tokarczuk już wiedzą: to początek całej opowieści – zaginięcie ukochanych suk bohaterki. Gdy się przyjrzeć bliżej konstrukcji tej sceny, okaże się, że Ewa Platt w przenikliwy sposób wydobyła na wierzch istotę przemiany, jaką przechodzą pokojowi aktywiści, stając się wcieleniami Furii, bogiń zemsty. To moment, w którym człowiek całkowicie porzuca rozum, zaczynając działać instynktownie. Uruchamiają się emocje, a stąd już tylko krok do całkowitego przejęcia przez nie kontroli nad sytuacją i znajdującym się w niej bohaterem. Podoba mi się sposób, w jaki Ewa Platt do tego podchodzi, konfrontując człowieka (również widza) z krzywdzonym zwierzęciem na poziomie podświadomości. Ma to potężne konsekwencje dla całej opowieści, bo analizując to, o czym ona opowiada, z perspektywy rozumu, łatwo ją odrzucić ze względu na jej absurdalność czy wręcz szaleństwo. Pomysł więc, żeby ją opowiedzieć, używając skrajnie romantycznego sztafażu – ciemności, dźwięków, dziwnych ludowych czy chrześcijańskich opowieści czy powtarzanych szeptem spiskowych teorii – uruchamiającego całą tę „szarą strefę” naszej duszy, wydaje się znakomity.
Znakomitym pomysłem wydaje się również wydestylowanie i wzmocnienie wątku śmiertelnej choroby Duszejko, który ma podobną konstrukcję jak całość spektaklu. Bo czymże jest diagnoza nieuleczalnego schorzenia, jak nie wydaniem człowieka na pastwę kłębiących się od tego momentu ze zdwojoną siłą emocji, stanowiących pożywkę dla ciemnej strony naszej duszy? Co więcej, fakt, że Duszejko zna datę swojej śmierci nie tylko z horoskopu, pozwala spojrzeć na bezkompromisowość jej misji z zupełnie innej perspektywy. Pojawia się bowiem pytanie: czy gdyby nie wiedziała, że zostało jej zaledwie kilka miesięcy życia, miałaby odwagę, żeby tak bezkompromisowo rozprawiać się ze swoimi wrogami? No właśnie.
Choć wszystkie te zabiegi układają się w coś na kształt narracji broniącej Janiny Duszejko i jej postawy, warto podkreślić, że nie jest to takie oczywiste. Osobiście mam wrażenie, że Ewa Platt z Dominiką Kluźniak postanowiły po prostu na poważnie potraktować tę postać, mierząc się z jej konstrukcją, myślami, wyborami – takimi, jakie one są. I co najważniejsze odczytać ją poprzez jej emocje, a nie poprzez swój/nasz rozum. I to nagle zaczyna działać, bo owa Duszejko – może pierwszy raz w teatrze w ogóle – jawi się na scenie jako postać na wskroś tragiczna, rozdarta między rozumem a czuciem. I choć naprawdę trudno pochwalić to, co zrobiła (zabijała ludzi), w zetknięciu z jej opowieścią pojawia się litość i szansa na katharsis. Do dziś nie mogę zapomnieć momentu, gdy „wariatka Duszejko” wydziera się pod amboną na stojącego na jej szczycie księdza. Kluźniak jest w szale, rzuca się w gniewie po scenie, śmiesząc i strasząc nas bardziej, niż przekonując do tego, co robi, nagle jednak odwraca się do nas i wtedy okazuje się, że oczy ma pełne łez. Patrzy przez nas gdzieś w głąb siebie, przez chwilę odsłaniając przed nami ocean bólu i cierpienia wypełniającego jej zbolałą duszę. Pomyślałem wtedy ze smutkiem, że nic, nawet zabicie kilku palantów, nie jest w stanie go uśmierzyć, i poruszyło mnie to do głębi.
Teraz trochę dziegciu. W powieści Tokarczuk jest wiele wątków politycznych, które mogą umknąć przy czytaniu ale nie w teatrze. Przykładem krytyka KK, opierającego przez wieki swoją naukę o naturze na chwytliwym haśle: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. W spektaklu wątek ten realizuje się już na poziomie scenografii, wychodząc od języka, w którym słowo „ambona”, znaczy zarówno wieżę do zabijania zwierząt, jak i miejsce głoszenia Ewangelii. Wychodzi i na tym się kończy, bo dalsze jego odsłony prezentują się mizernie. Duże wrażenie robi na pewno „teatrzyk o św. Hubercie”, ale bardziej na poziomie z Junga wziętych opowieści o nieświadomej przemocy niż politycznej z gruntu narracji krytycznej. Znakomita reakcja Duszejko na kazanie zdejmuje całkowicie uwagę z tego, co ksiądz Szelest opowiadał, nie pomaga też fakt, że scena spalenia kościoła to tylko migawka żyrandoli. Pozostaje więc niedosyt i podejrzenie, że ktoś tu jest „w połowie w ciąży”. Macosze, ale też nie marginalne podejście do wątków politycznych (np. łowiectwo, lokalne układy) miało też jeszcze jeden skutek – odciągało uwagę od Duszejko, co w tym przypadku wydaje mi się błędem. W sumie to do dziś nie wiem, jakby to było można w tej konkretnej sytuacji obejść. Nie pochwalam też posadzenia widowni na scenie, a to dlatego, że ów gest nie zbudował żadnej interesującej narracji poszerzającej nasz odbiór. Pomysł, że to lasy Kotliny Kłodzkiej, ma wartość czysto użytkową: daje możliwość zbudowania systemu aktorskich działań – wejść, wyjść, kierunków zwracania się itp. Nie ma jednak żadnego głębszego sensu, bo co niby miałoby znaczyć, że trupy ofiar znajdują się na pustej widowni? Gdyby choć była pełna, mogłoby to znaczyć, że to my, a tak – niewykorzystany pomysł.
Wizualnie spektakl jest znakomity, myślę tu zwłaszcza o surowości błota i drewna, połączonej z wyrazistymi choć skromnymi kostiumami. Wielka to zasługa scenografki i autorki kostiumów Anny Rogoż, ale i reżysera światła, Antoniego Grałka, którego praca z ciemnością znakomicie wydobyła całą tę maestrię romantycznych, przesyconych emocjami obrazów. Osobnym aktorem tego spektaklu była muzyka i dźwięki wykreowane przez Dominika Ossowskiego, stanowiąc realny pomost między emocjami widza a istotą opowieści Tokarczuk. Komunikowały też przy okazji to, co za jej pomocą chciała nam powiedzieć Ewa Platt ze swoim zespołem. Aktorstwo było wyborne. Kluźniak to skarb Teatru Narodowego, niby wszyscy to wiedzą, ale sugerowałbym to przeżyć na własnej (gęsiej) skórze. Hamerski, Szczyszczaj, Gorodecka, Paprocki, Poheć, Kowalska, Warzecha, Mikołajczak, Konarowski, Grabowski nie tylko znakomicie grają do jednej bramki, ale też się swoimi postaciami bawią. Ciekawe, że powaga gry Duszejko spotyka się tu z lekko ironicznym stylem reszty zespołu. To o tyle istotne, że jej poruszające puenty, napotykając lekceważenie już na poziomie stylu gry, mają dużo większą siłę, jakby bohaterka musiała zmagać się ze światem także w teatrze, który ją wystawia. Nie dziwi nic, w końcu ona jedna walczy tu z otwartą przyłbicą na śmierć i życie.
Ewa Platt zrobiła niezwykle interesujący spektakl, co dla mnie frapujące, bo po napisaniu tego tekstu jakby bardziej mi się on podoba. Ale to efekt pracy rozumu, nie zalecanej mi w spektaklu intuicji. A ona mi wciąż podpowiada, że jest dobrze, ale mogłoby być lepiej, gdyby reżyserka zrobiła więcej, żeby widz mógł się do tego świata przebić.