Logo
Recenzje

Nie ma ucieczki od Dulskich

24.07.2026, 11:00 Wersja do druku

„Moralność pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Tobiasz Papuczys/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Ocena recenzenta/tki: (8/10) – bardzo dobry

Wychodząc z Teatru Narodowego, nie myślałem o hipokryzji. Nie myślałem nawet o słynnej dulszczyźnie. Najmocniej zostało ze mną inne pytanie: jak wiele z naszego życia jest naprawdę nasze, a jak wiele odziedziczyliśmy po tych, którzy byli przed nami? To właśnie wokół tego pytania odczytałem „Moralność pani Dulskiej” Anny Augustynowicz.

Przez lata przyzwyczailiśmy się traktować dramat Zapolskiej jako satyrę na mieszczaństwo. Kolejne inscenizacje pytały, czy dulszczyzna jest jeszcze aktualna, czy kołtun przetrwał XXI wiek i gdzie dziś szukać jego odpowiedników. Tymczasem przedstawienie w Teatrze Narodowym wydaje się podążać w innym kierunku. Nie interesuje go społeczny typ. Interesuje go mechanizm dziedziczenia: proces, w którym kolejne pokolenia przejmują wzory zachowań swoich rodziców, nawet wtedy, gdy próbują się przeciw nim buntować.

Najbardziej zaskakujące w tej realizacji jest bowiem to, że nie oglądamy rodziny wyjątkowo zepsutej ani szczególnie odrażającej. Przeciwnie. Oglądamy rodzinę całkowicie zwyczajną. Taką, którą bez większego trudu można odnaleźć w wielu domach, niezależnie od czasu i miejsca. Właśnie dlatego ten spektakl działa tak mocno. Augustynowicz pokazuje rodzinę, w której niemal wszyscy przeczuwają, że coś w ich świecie jest fałszywe, ale nie znajdują w sobie siły ani języka, by ten świat zakwestionować. To zasadnicza różnica.

Zbyszko przeczuwa, że jego bunt jest połowiczny. Hesia doskonale rozpoznaje fałsz rodzinnych rytuałów. Juliasiewiczowa nie ma złudzeń co do moralnej ceny własnego pragmatyzmu. Nawet Dulska wydaje się rozumieć więcej, niż zwykle przypisuje się tej postaci. Bohaterowie dostrzegają pęknięcia własnego świata, ale nie potrafią poza niego wyjść. Dlatego oglądając spektakl, coraz mniej myślałem o hipokryzji, a coraz więcej o dziedziczeniu.

Dulszczyzna w tej interpretacji nie jest ideologią. Jest odruchem. Jest sposobem reagowania na świat przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Dzieci buntują się przeciw rodzicom, ale już noszą w sobie ich język, lęki i wyobrażenia o życiu. Rodzinny system trwa nie dlatego, że ktoś go narzuca siłą. Trwa dlatego, że został uwewnętrzniony.

W tym sensie warszawska realizacja wydaje się interesującym etapem wieloletniej rozmowy Anny Augustynowicz z dramatem Zapolskiej. W jej wcześniejszych inscenizacjach — szczecińskiej i wrocławskiej — również można było dostrzec próbę wydobycia z „Moralności pani Dulskiej” czegoś więcej niż tylko satyry na mieszczaństwo. Reżyserkę interesowali przede wszystkim ludzie uwikłani w relacje, role społeczne i rodzinne przyzwyczajenia. W Teatrze Narodowym ten kierunek zostaje doprowadzony do szczególnej konsekwencji. Bohaterowie nie są już reprezentantami określonej warstwy społecznej. Stają się uczestnikami procesu przekazywania wzorów zachowań, których sami są jednocześnie ofiarami i strażnikami.

Szczególnie interesująco wybrzmiewają w tym kontekście dzieci Dulskich. To one najostrzej widzą sprzeczności świata stworzonego przez rodziców. A jednocześnie właśnie one wydają się najbardziej bezradne wobec odziedziczonych schematów. Ich bunt nie prowadzi do wyzwolenia. Pozostaje gestem wykonywanym wewnątrz systemu, którego granice zostały dawno wyznaczone. To właśnie dlatego finał przedstawienia wywołuje tak nieprzyjemne uczucie. Nie ma tu katastrofy. Nie ma wielkiego moralnego upadku. Jest coś znacznie bardziej prawdopodobnego: reprodukcja istniejącego porządku. Porządek Dulskich trwa nie dlatego, że ktoś go bezwzględnie narzuca. Trwa dlatego, że wszyscy nauczyli się w nim funkcjonować.

Bardzo pomaga temu konsekwentna forma spektaklu. Anna Augustynowicz od lat należy do tych reżyserek, które nie ufają teatralnemu nadmiarowi. Także tutaj rezygnuje z dekoracyjności i psychologicznego realizmu. Pozostawia aktorów sam na sam z tekstem i relacjami między postaciami. Dzięki temu uwaga widza nie rozprasza się na szczegółach obyczajowych. Można skupić się na samym mechanizmie rodzinnego funkcjonowania.

fot. Tobiasz Papuczys/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Początkowa statyczność przedstawienia może zaskakiwać, ale z czasem okazuje się ważnym elementem jego logiki. Bohaterowie sprawiają wrażenie ludzi zamkniętych we własnych światach, mówiących obok siebie, a nie do siebie. Dopiero kolejne sceny odsłaniają sieć zależności, która ich łączy. Nie jest to jednak wspólnota budowana na bliskości, lecz na przyzwyczajeniu, lojalności i wzajemnym uwikłaniu.

Największym osiągnięciem przedstawienia jest jednak rola Małgorzaty Kożuchowskiej. Aktorka nie buduje postaci jako groteskowego potwora ani symbolu mieszczańskiej obłudy. Jej Dulska nie jest śmieszna. Nie jest nawet szczególnie odrażająca. Jest niebezpieczna w znacznie subtelniejszy sposób. Kożuchowska pokazuje kobietę, która przez całe życie nauczyła się zarządzać ludźmi. Nie krzykiem. Nie przemocą. Zarządzaniem emocjami. Wie, kiedy okazać słabość, kiedy wzbudzić poczucie winy, kiedy przypomnieć o zależności finansowej, a kiedy odwołać się do rodzinnej lojalności. Ta Dulska nie przypomina tyrana. Przypomina człowieka, który doskonale poznał reguły funkcjonowania swojej wspólnoty i nauczył się wykorzystywać je dla utrzymania kontroli.

Warto przy tym zauważyć, że Kożuchowska unika pokusy psychologicznego „rozgrzeszania” bohaterki. Nie zamienia Dulskiej w ofiarę okoliczności ani nie próbuje jej usprawiedliwiać. Zachowuje równowagę pomiędzy zrozumieniem postaci a świadomością szkód, jakie wyrządza innym. Dzięki temu jej kreacja pozostaje niejednoznaczna i długo pracuje w pamięci widza.

Jednocześnie siła tej roli ujawnia się przede wszystkim w relacjach z innymi bohaterami. Augustynowicz nie buduje spektaklu wokół jednej centralnej postaci. Dulska istnieje dzięki temu, jak reagują na nią pozostali domownicy. Ich milczenie, półgesty, nagłe wycofania czy nieudane próby sprzeciwu mówią o rodzinnej strukturze równie wiele jak słowa samej bohaterki. To właśnie w tych napięciach między postaciami najlepiej widać, że mamy do czynienia nie z historią jednej dominującej osoby, lecz z opowieścią o mechanizmie, który obejmuje wszystkich.

Bardzo dobrze wypada również cały zespół aktorski. Augustynowicz od lat buduje teatr oparty na precyzji relacji i dyscyplinie wykonania, a nie na indywidualnych popisach. Tak jest również tutaj. Poszczególne role układają się w spójny organizm, w którym każda postać wnosi własną historię, ale żadna nie funkcjonuje w oderwaniu od pozostałych.

Najciekawsze jest jednak to, że spektakl nie pozostawia widzowi komfortowego poczucia wyższości. Nie pokazuje świata ludzi gorszych od nas. Pokazuje świat ludzi bardzo do nas podobnych. Dlatego wychodząc z teatru nie zastanawiałem się, czy dulszczyzna jeszcze istnieje. To pytanie wydaje się dziś mało interesujące. Znacznie ciekawsze jest inne: ile naszych codziennych wyborów wynika z przekonań, a ile z odziedziczonych wzorów zachowań, których nigdy nie poddaliśmy w wątpliwość.

W tym sensie „Moralność pani Dulskiej” Anny Augustynowicz nie jest przede wszystkim opowieścią o kołtunerii ani społecznym zakłamaniu. Jest opowieścią o tym, jak trudno uwolnić się od świata, który nosimy w sobie. I właśnie dlatego brzmi tak współcześnie.

Tytuł oryginalny

Nie ma ucieczki od Dulskich

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Wiesław Kowalski

Data publikacji oryginału:

24.06.2026

Sprawdź także