„Orfeusz w piekle” Jacquesa Offenbacha w reż. Jerzego Jana Połońskiego z Opery na Zamku w Szczecinie na 32. Bydgoskim Festiwalu Operowym. Pisze Anita Nowak.
Na XXXII BFO trafiła też jedna operetka. „Orferusz w piekle” Jacquesa Offenbacha przeniesiony przez Jerzego Jana Połońskiego do czasów współczesnej popkultury. A więc królestwa tandety i kiczu. Zwłaszcza iż rzecz rozgrywa się w środowisku telewizji i różnego rodzaju socjal mediów. Na naszych oczach powstaje osobliwy dokument bardzo daleki od oryginału, gdzie ani Orfeusz nie chce Eurydyki, ani Eurydyka nie kocha Orfeusza, ale niby to ze względu na presję opinii publicznej matka wywiera presję na młodych, by byli razem. Niewiarygodne i kupy się nie trzyma. Ale niech będzie. W końcu nikt na to nie przyszedł, żeby myśleć. Tu trzeba słuchać i patrzeć. I co?
Pomimo porywającej muzyki Jacquesa Offenbacha doskonale wykonywanej przez orkiestrę Opery na Zamku pod znakomitą dyrekcją Agnieszki Nagórki, zachwycającego sopranu koloraturowego Aleksandry Bałachowskiej- Jagusz śpiewającej partie Eurydyki i dobrego, mocnego tenora Aleksandra Kruczka jako Arysteusza, część osób w przerwie chyłkiem opuściła tego festiwalowego wieczoru gmach Opery Nova.
Ale od początku. Przez dobry kwadrans, albo i dłużej zwisające niemal do połowy sceny lampy, mimo zmatowionych kloszy, oślepiały publiczność i pogrążały w półmroku miejsce akcji. A kiedy już pojaśniało, naszym oczom ukazał się mało ciekawy widok. Panie w za ciasnych, niedostosowanych do swoich sylwetek kostiumach, może zamierzenie, ale wyglądały żałośnie. Z wyjątkiem jednej, choć o bardzo kobiecych kształtach, ciekawie przez Annę Chadaj ustylizowanej na Marylę Rodowicz, no i wspomnianej już, pod każdym względem doskonałej, wykonawczyni roli głównej.
Bardzo zróżnicowanego wzrostu baletnice zupełnie niepotrzebnie tworzyły szpaler na linii między sceną a orkiestronem, albo też wpół zgięte mało efektownie poruszały się tyłem do publiczności, za chorografię aktu pierwszego Karol Drozd powinien dostać punkty karne, bo już w akcie drugim dziewczyny w cudownie malowniczych kostiumach jako muchy, a potem niby to obszarpane na życiowych zakrętach mieszkanki piekła, z ogromną energią, bardzo rytmicznie tańczyły kankana. I tych scen niecierpliwi operowi uchodźcy powinni żałować.
W akcie drugim aprobatę wzbudzała również wyjątkowo estetyczna i uniwersalna scenografia Wojciecha Stefaniaka; ciekawie też oświetlana przez Katarzynę Łuszczyk, zdawała się wręcz zachęcać do grzechu, by trafić potem w tak nęcące otchłanie. Zwłaszcza że tu Aleksander Kruczek wystąpił jako Pluton i wspaniale pojedynkował się Jowiszem (Tomasz Łuczak).
Ten drugi akt bardzo ożywił publiczność. Nawet nie trzeba było już ze sceny, umówionym banerem wywoływać oklasków. Widownia robiła to zupełnie samodzielnie. I jak to zwykle w operze bywa, na końcu nawet na stojąco.