08.09.2020, 11:18 Wersja do druku

Natalia Korczakowska: Teatr to nie muzeum

- Chodzi oto, żeby teatr nie został w tyle, bo wtedy traci kontakt z widzami - mówi Natalia Korczakowska, dyrektor artystyczna STUDIO teatrgalerii w Warszawie w rozmowie z Tomaszem Miłkowskim w Przeglądzie.

fot. Dominik Werner

Józef Szajna, a potem Jerzy Grzegorzewski nadali Teatrowi Studio interdyscyplinarny i awangardowy klimat. Czuje się pani ich następczynią? Skoro nawet w samej nazwie wprowadziła pani znamienną zmianę.

- Awangardowa i interdyscyplinarna przeszłość Studia to mój punkt odniesienia i jeden z głównych powodów, dla których zdecydowałam się podjąć artystycznej dyrekcji tej instytucji. Szajna nazwał ją: Teatr Studio Galeria, ponieważ otworzył obok Dużej Sceny galerię sztuki nowoczesnej, co w tamtych czasach było nieoczywiste. Chciał, żeby te dwa gatunki sztuki inspirowały się wzajemnie. Jest to zgodne z postulatem tzw. wielkiej reformy teatralnej z przełomu wieków, która zdefiniowała teatr jako syntezę sztuk, sprzeciwiając się dominacji autora w teatrze. Nazwałam Studio teatrgalerią, ponieważ chcę pójść o krok dalej, z duchem czasu, aż do potencjalnego zniesienia granic między gatunkami. O tym, jak inspirujące są takie marzenia, świadczyć może fakt, że wizji teatrgalerii uległ Daniel Buren, ikona światowej rewolucji w sztuce współczesnej, który poświęcił jej pracę wykonaną specjalnie dla Studia. To godna kontynuacja tradycji tego Miejsca.

Pani poprzedniczka Agnieszka Glińska pozostawała wierna formule teatru dramatycznego. Ten etap historii Studia jest już zamknięty?

- Jeśli ma pan na myśli teatr, w którym wszystko jest podporządkowane dramatowi i pełni wobec autora funkcję służebną - to tak, to zamknięty etap. Był on zresztą w historii Studia wyjątkiem. Podobno kiedy aktorzy domagali się od Jerzego Grzegorzewskiego „roli", odsyłał ich do Teatru Dramatycznego. Oba teatry w jednym budynku Pałacu Kultury i Nauki działały w opozycji estetycznej do siebie i to jest przy placu Defilad naturalny stan rzeczy. Podobnie było ze sztukami Witkacego, patrona teatru. Prawie żadna nie doczekała się inscenizacji za życia autora, pioniera światowej awangardy teatralnej XX w., ponieważ aktorzy „rzucali egzemplarzem", skarżąc się na brak ról.

Tekst nie ma znaczenia?

- Nie uważam, że tekst jest nieważny czy niepotrzebny, przeciwnie, wystarczy spojrzeć na repertuar Studia, ale pora znów zacząć mówić i pisać o scenografii, kostiumie, świetle, dźwięku, filmie w teatrze. Ciągle więcej się mówi o znaczeniu spektaklu niż o tym, jak został zrobiony. To jest nieporozumienie. Gościł w Studiu kultowy reżyser teatralny Rabih Mroué, który pochodzi z Libanu, więc jego spektakle są politycznie zaangażowane, ale w ramach wirtualnej pracowni mówił uczestnikom prawie wyłącznie o formie swojego teatru, która opiera się na dialogu tego, co realne, z iluzją, tego, co widzialne, z tym, co ukryte. Tak szeroko pojęta forma jest jego pasją, tylko dzięki temu, że jest doskonale przemyślana, może udźwignąć mocną treść i nie osunąć się w banał. Odejście od formuły teatru dramatycznego to też krytyka systemu Stanisławskiego, który podporządkowuje aktorstwo psychologii, oraz sprzeciw wobec reprezentacji w teatrze. Wszystkie te postulaty można znaleźć u Witkacego, Kantora, René Pollescha i wielu współczesnych reżyserów. Studio skupia artystów, którzy podzielają taki sposób myślenia.

Studio od początku istnienia przełamywało granice teatru dramatycznego. Ale to za pani dyrekcji teatr szeroko otworzył drzwi na teatr ruchu, tańca.

- Scena Tańca Studio została powołana przez Romana Osadnika przed objęciem przeze mnie dyrekcji artystycznej. Ja widzę w niej szansę rozwoju języka teatru. Teatr repertuarowy zawsze będzie sercem Studia teatrgalerii, ale im więcej nowoczesnych i różnorodnych artystów tu pracuje, im więcej nowych form wykuwa się w tym budynku, tym szybciej i bardziej bezpośrednio możemy reagować na przemianę rzeczywistości społecznej, której jesteśmy świadkami. Nowe technologie, spektakl medialny zagarniający prawie wszystko, życie w bagnie bodźców i informacji - to wpływa na rozwój percepcji widzów. Chodzi o to, żeby teatr nie został w tyle, bo wtedy traci kontakt z widzami i staje się muzeum, co oznacza stagnację i koniec żywej sztuki.

Jako ośrodek sztuki Studio szuka kontaktu ze swoją publicznością, także przyszłą. Stąd pomysły edukacyjne. Jakie przynoszą efekty?

- Jesteśmy też teatrem publicznym, nie chcemy tworzyć elit, chcemy mieć kontakt z jak najszerszą grupą widzów, niezależnie od ich wieku, pozycji społecznej, wyznania etc. Uważam, że awangarda może być popularna i komunikatywna, nie musi być tylko rozrywką środowiskową. Dlatego dział edukacji jest w Studiu kluczowy. Prowadzą go świetne Justyna Lipko i Gabriela Stankiewicz, które dbają o obecność w Studiu osób na co dzień wykluczonych z życia społecznego i kultury. Działania społeczne to najlepsze wyjście dla zespołu aktorskiego, kiedy zmuszony jest zejść ze sceny i nie ma możliwości grania repertuaru. Dlatego poprosiłam Justynę, żeby w czasie pandemii zaproponowała projekt angażujący osoby starsze, w największej skali ryzyka, izolacji i osamotnieniu. W ten sposób powstał BACKST/AGE, alternatywny nurt programowy Studia, a w ramach niego projekt DEKAMERON. FANTAZJE, na który składają się wielogodzinne warsztaty z osobami starszymi i nagrane z nimi krótkie etiudy-fantazje filmowe Hanny Maciąg, które podejmują dyskusję ze społecznym wizerunkiem tej grupy wiekowej. Takie alternatywne myślenie teatrem ma już klasyków, jak choćby słynny niemiecki kolektyw Rimini Protokoll, który również otworzył niedawno w Studiu swoją wirtualną pracownię.

Studio nie unika przedsięwzięć na dużą skalę. Wspomnieć wypada o plenerowym spektaklu operowym na 5 tys. widzów, o wydarzeniach w przestrzeni wokół teatru. Unikatowym przedsięwzięciem była pani adaptacja powieści „Berlin Alexanderplatz" Alfreda Döblina. Przy tej okazji „zdemolowała" pani widownię teatralną.

-  To prawda, umieściłyśmy ze scenografką Anną Met akcję „Berlina" w centrum widowni. Było to też nawiązanie do projektów przebudowy Dużej Sceny Szajny i architekta Oskara Hansena, które powstały w celu zmiany sceny „pudełkowej", służącej do tworzenia iluzji, w odpowiednią dla form nowoczesnego teatru. Chodziło o zniesienie granicy między widownią a sceną, która w Studiu jest wyjątkowo wysoka, podkreśla dystans, nie sprzyja intymnemu kontaktowi z widzem. Co do skali niektórych wydarzeń, naszym celem poza nowoczesną formą jest komunikatywność i wychodzenie naprzeciw potrzebom jak najszerszej widowni, niezależnie od przekonań i stanu społecznego. Stąd też różnorodność produkcji.

Studio akcentuje swoją „galeryjność", ale ze ścian przy reprezentacyjnych schodach zniknęły obrazy, które wisiały tutaj za poprzednich dyrekcji.

- Ściany przy schodach są nadal wykorzystywane do wystaw, odbywają się na nich spektakle, np. performans-wykład „HA-M-LET" Petera Marka w ramach rezydencji CNP CalArts w 2018 r., spektakl-wystawa „Biesy VR" etc. Krótko mówiąc, jeśli schody w Studiu są puste, to w oczekiwaniu na coś.

fot. JAZZy Shots

Studio lubiło wychodzić poza salę teatralną także w przeszłości. Od lat istniała mała scena w malarni czy scena we foyer, nie wspominając o spektaklu Macieja Wojtyszki „Tamara", do którego zresztą wróciliście, choć złapała was za rękę pandemia.

- Z opóźnieniem, ale wróciliśmy. Premiera „Powrotu Tamary" odbyła się 15 sierpnia. Mimo zamknięcia teatru na parę miesięcy staraliśmy się realizować zobowiązania. Pandemia to przede wszystkim głęboki kryzys finansowy, ale w jej trakcie udało nam się uruchomić razem z Anną Lewanowicz (zajmującą się współpracą międzynarodową) nową scenę eksperymentalną, jaką są wirtualne pracownie artystów. To forma wykorzystania przez teatr mediów społecznościowych do stałej działalności. Platforma, w ramach której powstają nowe koncepcje, które potem mogą być realizowane na naszych scenach, ale też kopalnia wiedzy, która może służyć reformie instytucji teatru publicznego w przyszłości. Dzięki międzynarodowym pracowniom takich sław jak Daniel Wetzel ze wspomnianego Rimini Protokoll czy Rabih Mroué, których uczestnikami są również profesjonalni artyści z całego świata, możemy się wsłuchiwać w ich potrzeby i zmieniać zgodnie z duchem czasów. Projekt jest interdyscyplinarny, w ramach pierwszego przeglądu pracowni Open Studios można było przyjrzeć się pracy reżyserów (Daniel Wetzel, Łukasz Twarkowski, Rabih Mroué), muzyków (Marcin Masecki, Szymon Komasa, Mary Komasa, Andrew Maillet), scenografów i artystów wizualnych (Zbigniew Bzymek z The Wooster Group w NYC, Michał Korchowiec, Rabih Mroué) online i na naszych scenach.

W poprzednim sezonie wysoko ustawiła pani poprzeczkę młodym reżyserom - mieli się wpisać w instalację Daniela Burena. Na czym polegał eksperyment i jaki był jego cel?

-  To projekt edukacyjny dedykowany idei teatrgalerii, otwarcie dyskusji o tym, czy teatr jest sztuką wizualną. Młodzi reżyserzy wybrani przeze mnie po forum młodej reżyserii w Krakowie zaczynali od interpretacji przestrzeni i do niej dobierali resztę narzędzi, m.in. tekst. Wszyscy jesteśmy uczeni, że punktem wyjścia dla teatru jest dzieło literackie, tu chodziło o zaburzenie tego porządku. Pierwszym etapem projektu była „Izolatka" Mikołaja i Olgi Grospierre'ów, którzy zamienili najmniejszą scenę Studia, tzw. Modelatornię, w dzieło sztuki, wystawione w teatrze, a potem interpretowane przez młodych reżyserów. Daniel Buren zaproponował formę scenografii stałej i ruchomej jednocześnie - 10 obrotowych kolumn różnej wielkości, które mogą być wystawione w każdej przestrzeni teatru. Razem z reżyserem światła Saszą Prowalińskim, spędziliśmy kilka godzin, szukając ich najlepszego układu. Sam wernisaż, kiedy widzowie weszli między kolumny i zaczęli się nimi bawić, był już magicznym spektaklem.

Wróćmy do przestrzeni aranżowanych przez Studio - czy są im przypisane odrębne funkcje?

- Różnice są związane z ekonomią, czyli z liczbą miejsc na widowni. Wiadomo, że Duża Scena, która sprzedaje najwięcej biletów, dedykowana jest reżyserom doświadczonym, którzy mają w Warszawie swoją widownię. Teatr ma też scenę kameralną, Izolatkę, scenę foyer, scenę na placu Defilad, gdzie odbyła się premiera „Narkotyków" według Witkacego, i od niedawna scenę online, w ramach której otwiera artystom związanym z teatrem  wirtualne pracownie.

Jak określiłaby pani specyfikę Studia wobec innych teatrów warszawskich?

- Studio teatrgaleria tworzy nie program, tylko Miejsce, w którym spotykają się artyści spragnieni niezależności od programów i ideologii, szukający bezpośredniego kontaktu z widzami. Jako dyrektor artystyczna nie próbuję kontrolować znaczenia realizowanych tu spektakli, dbam o jakość i oryginalność ich formy. W Studiu można uprawiać teatr polityczny, społeczny, wizualny, ukierunkowany na poszukiwania formalne, byleby wymykał się obowiązującym standardom. Zależy mi, żeby artyści czuli się tu u siebie, marzy mi się instytucja jako rodzaj platformy, Miejsce niezależne i otwarte.

W czasie pandemii, kiedy „normalne", repertuarowe działanie teatru zostało zablokowane, udało się powołać do życia taką platformę, rodzaj skłotu artystów z całego świata. Mam nadzieję, że idea wirtualnych pracowni pomoże nam przejść przez trudne czasy i będzie inspiracją do rozwoju w przyszłości.

Czy Studio ma jakąś misję?

- Studio teatrgaleria to instytucja interdyscyplinarna i awangardowa. W związku ze swoją awangardową tradycją i lokalizacją w centrum Warszawy, z jej potencjałem wykształconej widowni, szukamy tu nowoczesnych form teatru, dbając o ich komunikatywność i możliwie szeroki zasięg. Studio ma misję edukacyjną, rozumianą szeroko jako zajęcia dla dzieci, młodzieży i ludzi starszych, przeciwdziałanie wykluczaniu z kultury ludzi z marginesów społecznych, ale też po prostu popularyzację teatru awangardowego, uczenie wrażliwości na tę formę sztuki i formy jej pokrewne. I w końcu to wyjątkowy i bardzo zgrany zespół aktorów, producentów i pracowników technicznych, który wyróżniają brak wyniszczającego gwiazdorstwa, otwartość na niestandardowe sposoby myślenia i wyjątkowa atmosfera pracy.

Tytuł oryginalny

Teatr to nie muzeum

Źródło:

Przegląd nr 37

Wątki tematyczne