28.10.2020, 11:54 Wersja do druku

"Nad Niemnem. Obrazy z czasów pozytywizmu"

"Nad Niemnem. Obrazy z czasów pozytywizmu" wg  Elizy Orzeszkowej w  reż. Jędrzeja Piaskowskiego w  Teatrze im. Osterwy w Lublinie. Pisze Marcelina Obarska w portalu culture.pl.

Natalia Kabanow / mat. teatru

Czy można dziś zabrać się za kilkusetstronicową epopeję uważaną za torturę dla młodzieży i wystawić ją nieironicznie i poza paradygmatem performansu? Okazuje się, że tak, w dodatku tworząc spektakl wzruszający i zabawny – choć wcale nie naiwny.

Piaskowski i współpracujący z nim dramaturg Hubert Sulima, autorzy m.in. oryginalnego "Jezusa", przedstawienia opowiadającego w bardzo liryczny i nieoczywisty sposób o miłosierdziu, postanowili sięgnąć po realistyczną powieść lokowaną w ścisłej czołówce najnudniejszych lektur licealnych i wystawić ją w lubelskim Teatrze im. Osterwy w zgodzie z oryginałem, w kostiumach stylizowanych na epokę. Co więcej – nie jest to ani zdystansowany performans, ani "beka z pozytywizmu". "Nad Niemnem" okazuje się porządną, spójną adaptacją bez dramaturgicznych wolt. Jednocześnie podtytuł jasno mówi o inscenizacyjnych intencjach twórców: powieść Orzeszkowej to nie portal do snucia współczesnej narracji. Klarownie opowiedziana historia Korczyńskich i Bohatyrowiczów wybrzmiewa na tyle "po polsku", że nie wymaga w zasadzie żadnego komentarza, który by ją przyszpilał do bieżących zdarzeń. Kontrast między rodami może przywodzić na myśl Polskę podzieloną na pół i ludzi żyjących współcześnie w dwóch odrębnych mitach. Rozpoczynające spektakl wspomnienie Marty Korczyńskiej (w tej roli Marta Ledwoń) o tym, jak w trakcie epidemii cholery chłopi wołali za nią, że jest zarazą – od razu kojarzy się natomiast i z rzeczywistością pandemiczną, i z nagonką na osoby o nieheteronormatywnej tożsamości. Te odniesienia tworzą się jednak na drodze swobodnych asocjacji, nie są w żaden sposób dodatkowo podkreślane, czy dramaturgicznie podbijane. Myślę, że znamiennym punktem odniesienia w kontekście tego spektaklu jest polska tradycja aluzyjności, o której mówił Piaskowski w jednym z wywiadów. Z braku jasnych referencji wobec bieżących polskich problemów nie czyniłabym zarzutu – upatruję w tym raczej inscenizacyjną elegancję i szacunek dla inteligencji odbiorców i odbiorczyń.

fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

W lubelskim "Nad Niemnem" wymowny jest rozdźwięk między Polską dworkową – pretensjonalną, zmanierowaną, opieszałą – a Polską prostolinijną, wspólnotową, znającą trud pracy i potrafiącą czerpać radość ze wspólnego jedzenia kanapki z miodem. To ta druga rzeczywistość przyciąga Justynę Orzelską (w tej roli delikatna Justyna Janowska), która, zakasawszy spódnicę, chwyta za kosę i zaczyna poznawać inny świat. Różnicę między dwiema codziennościami wyznacza w jasny sposób scenografia autorstwa Anny Met. Dworek zakomponowany jest blisko krawędzi sceny jako płytkie wnętrze. W pewnym momencie scena się jednak otwiera – brokatowe schody prowadzą do udrapowanego z materiału słońca otoczonego bajkowymi chmurami. Pasą się dwuwymiarowe (z grubej tektury? ze sklejki?) zwierzęta na kółkach: nakrapiany koń i różowa krowa. W scenie przerwy w pracy, w której Bohatyrowiczowie i zaczarowana życiem zaścianka Orzelska jedzą kanapki z miodem, Jan (Maciej Grubich) wnosi na scenę przeskalowany plaster miodu z żółtej gąbki. Poczucie humoru odciąża tę inscenizację i nie pozwala jej opaść w nużący realizm. Podobnie w scenie przywołującej legendę o Janie i Cecylii, w której król Zygmunt August w otulinie z dymu nadaje nazwisko rodowi Bohatyrowiczów. Czuły humor określa także ton sceny wesela Justyny i Jana: usłyszymy tu nie tylko melodię z "Białego misia", utworu o niejasnej proweniencji, utrwalonego w polskiej świadomości dzięki disco polo i uznanego za melodię ludową; ale i "Ty pójdziesz górą", piosenkę szlachecką z XVIII w. zapowiedzianą przez jedną z weselniczek jako "moja ulubiona piosenka z >>Nad Niemnem<<". Słynne opisy natury u Orzeszkowej stają się z kolei wypowiedziami postaci. Aktorzy i aktorki przyjmują zatem niekiedy rolę narratora, ale ta granica – między wypowiedzią własną, a skrupulatnym opisem otoczenia jest łagodna, często ledwo zauważalna. To sprawia, że "Nad Niemnem" ogląda się rzeczywiście jako opowieść, a nie performans; jako inscenizację, a nie ironiczną wykładnię pozytywistycznego molocha zagraną z dystansem. Aktorzy i aktorki dostali tu zresztą dużo materiału do pracy, można by powiedzieć, że "mają co grać". Ich kreacje są wyraziste i angażujące, a czasem komiczno-żenujące niczym z komedii charakterów – jak m.in. hipochondryczka Emilia Korczyńska grana przez Edytę Ostojak, jej przyjaciółka Teresa Plińska (Magdalena Sztejman) oraz morfinista-arystokrata Teofil Różyc o wiecznie spoconej, błyszczącej twarzy, w którego wcielił się Paweł Kos.

fot. Natalia Kabanow / mat. teatru

Rezygnacja z nadawania historii dwóch rodzin oczywistego współczesnego sznytu sprawia, że spektakl staje się nie dziełem skrojonym pod jeden światopogląd (w którym to dziele adaptowany tekst traktowano by pretekstowo), ale rzeczą inkluzywną i nienachalną. Nie bez powodu Piaskowski i Sulima "Nad Niemnem" określili jako "spektakl dla narodu". Jednocześnie uważam, że takie decyzje twórcze nie są przezroczyste. Gestem politycznym jest samo sięgnięcie po ten tekst i stworzenie na jego podstawie realistycznego przedstawienia w Lublinie. To wyraźna deklaracja – także polityczna (jeśli politykę rozumieć jako negocjowanie symbolicznego terytorium oraz skupienie na społecznym rezultacie własnych działań). Zarazem nie mam poczucia, że reżyser fetyszyzuje tzw. "prowincję". Raczej udowadnia, że aby powiedzieć coś o Polsce, wystarczy dziś sięgnąć po polski tekst i zrealizować go w mieście innym niż stołeczne, stosując środki wywodzące się z rodzimej tradycji teatralnej. Okazuje się – co może zaskakiwać – że Orzeszkowej wcale nie trzeba "przepisywać", ani "uwspółcześniać", a mimo to opowieść o rzeczywistości po powstaniu styczniowym może zarezonować bardzo różnymi, niespodziewanymi znaczeniami ważnymi dla nas dziś.

Uważne i – mam wrażenie – szczere podejście do rodzimej tradycji teatralnej i dziedzictwa literackiego jest jedną z ciekawszych dróg twórczych, jakie można ostatnio w polskim teatrze zaobserwować. Drogę tę Piaskowski i Sulima wybierają w sposób świadomy i rozważny, co odczytać można m.in. w udzielanych przez reżysera wywiadach. W jednej z rozmów Piaskowski deklaruje na przykład, że nie interesuje go kopiowanie estetyki obecnej we współczesnym niemieckim teatrze, w innej – mówi o własnym zmęczeniu formułą performansu jako dominującym językiem artystycznym. Piaskowski i Sulima po "etapie warszawskim" postanowili skupić swoją uwagę na mniejszych ośrodkach teatralnych – obierając tym samym drogę z wektorem przeciwnym do tego zwykle obserwowanego (zgodnie z którym po "objeździe prowincji" rozwija się karierę w stołecznych instytucjach). Twórcy nie wpadają w koleiny – ani myślowe, ani twórcze. Odważnie rewidują swój język, a przede wszystkim zastanawiają się nad miejscem teatru w polskiej współczesności; nad jego potencjalną sprawczością i uwarunkowaniami historycznymi. W ten sposób twórczość staje się czymś więcej niż zaspokojeniem ego, czego przykładem jest lubelskie "Nad Niemnem".

Tytuł oryginalny

"Nad Niemnem. Obrazy z czasów pozytywizmu", reż. Jędrzej Piaskowski

Źródło:

www.culture.pl
Link do źródła

Autor:

Marcelina Obarska

Data:

28.10.2020