EN
23.11.2022, 15:09 Wersja do druku

Nad Bulwarem Zachodzącego Słońca też zachodzi słońce

„Bulwar Zachodzącego Słońca” Andrew Lloyda Webbera w reż. Jacka Mikołajczyka w Operze Nova w Bydgoszczy. Pisze  Beata Baczyńska w „Gazecie Świętojańskiej".

fot. Piotr Manasterski/mat. teatru

Kanwą dla musicalu stworzonego przez mistrza gatunku Andrew Lloyda Webbera był film z roku 1950 w reżyserii Billy Wildera z Glorią Swanson w roli głównej. Uznany za arcydzieło i wielokrotnie nagradzany obraz zdobył w 1951 r. aż trzy Oscary (za scenariusz, muzykę i scenografię) a także cztery Złote Globy (za najlepszy film, reżyserię, muzykę i dla najlepszej aktorki). Reżyser i jednocześnie scenarzysta (wraz z Charlesem Brackettem i D.M. Marshmanem Jr.) stworzył film, który ukazuje wielkie Hollywood wraz z jego okrucieństwem, destrukcyjnością i dążeniem do sukcesu. „Fabryka snów” potrafi bowiem stworzyć piękne senne marzenie, ale także koszmar.

Musical Webbera miał prapremierę 12 lipca 1993 r. w Londynie. Zanim jednak do tego doszło, kilkakrotnie próbowano przenieść „Bulwar Zachodzącego Słońca” na scenę. Pierwszą próbę podjęła sama odtwórczyni roli Normy Desmond Gloria Swanson, która przygotowała nową wersję scenariusza ze szczęśliwym zakończeniem. Jednak, gdy recital był gotowy, wytwórnia Paramount Pictures zabroniła jej pracy nad projektem ze względu na prawa autorskie. Kolejną próbę podjął Stephen Sondheim, ale jemu zabronił dalszej pracy nad spektaklem sam Billy Wilder, gdyż według niego taki temat wymagał opery, a nie musicalu. Andrew Lloyd Weber zainteresował się możliwością zrealizowania przedstawienia na podstawie „Bulwaru Zachodzącego Słońca” już w latach siedemdziesiątych, powstawały nawet próbne wersje spektaklu, ale dopiero nawiązanie współpracy z Donem Blackiem i Christopherem Hamptonem, którzy napisali libretto i teksty piosenek, zaowocowało premierą na West Endzie. Musical zyskał aprobatę samego Billy’ego Wildera oraz wiele pochlebnych opinii krytyków i widzów. Rok później odbyła się premiera na Broadwayu, gdzie w postać Normy wcieliła się Glenn Close. Sukces był oszałamiający, a przedstawienie zostało nagrodzone siedmioma statuetkami Tony Award, czyli teatralnych Oscarów. Sam Webber mówił o tym musicalu: „uważam [Sunset Boulevard] za swoje najpełniejsze dzieło”. Nic zatem dziwnego, że po sukcesach odniesionych przez spektakl, zaczął się on pojawiać na kolejnych światowych scenach.

Polska prapremiera w reżyserii Michała Znanieckiego odbyła się w Teatrze Rozrywki w Chorzowie w 2017 r. i została ciepło przyjęta przez widzów. W 2021 r. przyszedł czas na premierę w Bydgoszczy. Reżyserię spektaklu na operowej scenie powierzono Jackowi Mikołajczykowi, jednemu z najlepszych twórców przedstawień musicalowych w Polsce. To reżyser takich spektakli jak „Czarownice z Eastwick”, „Rodzina Addamsów”, „Next to normal”, „Rock of Ages” i „Bitwa o tron” w Teatrze Syrena oraz „Zakonnica w przebraniu” i „Nine” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Do współpracy przy tworzeniu spektaklu zaproszono także wybitnego aktora musicalowego Tomasza Steciuka jako drugiego reżysera.

fot. Piotr Manasterski/mat. teatru

Akcja „Bulwaru Zachodzącego Słońca” zaczyna się od poznania głównego bohatera Joego Gillisa (Tomasz Bacajewski), który zginął zastrzelony, a następnie wraz z nim cofamy się w czasie, aby prześledzić, jak doszło do tego, że tak skończył. Młody scenarzysta, uciekając przed wierzycielami, przypadkowo trafił do rezydencji zapomnianej gwiazdy kina Normy Desmond (Anita Steciuk). Aktorka żyje tam w przekonaniu, że nadal ma wielu wielbicieli, a jej kariera nie jest jeszcze skończona. Powrót na ekrany ma jej zapewnić film według jej własnego scenariusza. Pojawienie się w jej domu scenarzysty traktuje jako szczęśliwy zbieg okoliczności i prosi Joego o pomoc w stworzeniu ostatecznej wersji scenopisu. Młody człowiek widzi w tej propozycji okazję do ukrycia się a jednocześnie do zdobycia pieniędzy, które Norma obiecuje mu za pomoc w pisaniu. Ich relacje komplikują się, gdy starsza kobieta zakochuje się w młodym scenarzyście: bez wzajemności, bo on obdarza uczuciem zupełnie inną osobę – Betty Schaefer (Katarzyna Domalewska). Dodatkowo scenariusz Normy nie zyskuje zainteresowania twórców i nikt nie marzy o jej powrocie przed kamery. Wszystko to prowadzi do tragicznego finału – zabójstwa kochanka. Tylko wierny służący Max (Tomasz Steciuk), były mąż i troskliwy opiekun, sprawia, że Norma odchodzi w błysku fleszy fotoreporterów i znów, przez jedną chwilę, może poczuć się jak gwiazda.

Niewątpliwie Anita Steciuk jako Norma Desmond jest gwiazdą tego przedstawienia. Stworzyła postać, która jest kwintesencją gwiazdorstwa, sztuczności i szaleństwa a jednocześnie czujemy, że gdzieś pod tymi pięknymi kostiumami i despotyczną pewnością siebie tkwi samotna i krucha kobieta. Pragnie powrotu na ekran, bycia jak dawniej w centrum uwagi, ale chyba przede wszystkim boi się zapomnienia i samotności. Świetne aktorstwo w połączeniu z pięknym głosem daje wspaniały efekt na scenie. Zaś za wykonanie As If We Never Said Goodbye należałyby się dodatkowe brawa. Tomasz Bacajewski w roli Joego Gillisa ze swoim bardzo charakterystycznym głosem wokalnie dorównuje swojej partnerce. Trochę mniej interesująco wypada jako postać sceniczna, co być może wynika z koncepcji reżyserskiej stworzenia postaci niezdecydowanej, której działania stoją w sprzeczności z podejmowanymi decyzjami. Trudno odczytać motywy zachowania Joego – czy to cynizm, wyrachowanie, a może jednak jakieś zauroczenie, fascynacja, współczucie? Zdecydowanie ciekawsze są sceny z Betty Schaefer, w których bohater pełen jest żywiołowości i radości, która oczarowuje nie tylko młodą scenarzystkę, ale i całą publiczność. Jak zwykle fantastycznie zaprezentował się na scenie Tomasz Steciuk, tym razem jako kamerdyner Max von Mayerlinck. Pierwszy mąż Normy, który uczynił z niej gwiazdę, po latach pełni rolę opiekuna, anioła stróża, kogoś, kto będzie ją chronić do końca i zadba, by czuła się szczęśliwa. Rola została zbudowana w bardzo prosty sposób, Max wydaje się zdystansowany i chłodny, ale kiedy poznajemy prawdę o nim, wiemy już, ile emocji skrywa się pod maską obojętności. Szkoda, że rola nie przewidywała większej liczby utworów wokalnych, bo głosu Tomasza Steciuka zawsze przyjemnie posłuchać.

Całą historię oglądamy na tle monumentalnych dekoracji, jak na operę przystało. Całość scenografii została zaprojektowana przez Mariusza Napierałę. Mamy wspaniałe schody w rezydencji Normy, studio filmowe, a nawet prawdziwy automobil. Interesującym elementem dekoracji są umieszczone w domu organy, na których gra Max, co od razu kieruje nasze myśli ku najbardziej znanemu musicalowi Andrew Lloyda Webbera „Upiór w operze”. Dobrze wykorzystano podnoszoną scenę, pokazując jednocześnie pusty dom oraz pełen gwaru i zabawy bar. Do tego odpowiednio dobrano projekcje multimedialne, które nie dominowały, ale wspierały inscenizację.

„Bulwar Zachodzącego Słońca” to dobry spektakl, na który warto wybrać się do Bydgoszczy. Znajdziemy tu nie tylko opowieść o świecie kina, ale o miłości, samotności i poszukiwaniu tego, co w życiu najważniejsze.

Tytuł oryginalny

Nad Bulwarem Zachodzącego Słońca też zachodzi słońce

Źródło:

Gazeta Świętojańska online
Link do źródła

Autor:

Beata Baczyńska

Data publikacji oryginału:

21.11.2022