01.07.2021, 10:08 Wersja do druku

Na tropach lisa

"Bokser” wg Szczepana Twardocha w reż. Eweliny Marciniak z Thalia Theater w Hamburgu na IV MFT Open the Door online. Pisze Tomasz Domagała w Dzienniku Festiwalowym "Drzwi otwarte" na stronie DOMAGAŁAsięKULTURY.

Scenografia Mirka Kaczmarka to swoista rupieciarnia. Składają się na nią  fragmenty różnych przestrzeni, po których Jakub Szapiro (główny bohater powieści Twardocha oraz spektaklu) poruszał się w trakcie swojego życia, a także rekwizyty, potrzebne do odegrania tej opowieści raz jeszcze (o adaptacji Murawskiego/Meister za chwilę). Mamy więc tu fragment sufitu ze spektakularnym żyrandolem, tam jakąś komodę zastawioną kryształami z alkoholem, gdzie indziej znów pianino. A wszystko to ograniczone od tyłu wielkim, „zmatowiałym” lustrem, w którym odbija się sceniczny świat oraz my, widzowie (no, może nie w wersji online). Elementem scenografii, który zwraca uwagę i nie daje o sobie zapomnieć przez cały czas trwania spektaklu, jest kopia słynnego, znajdującego się obecnie w Wiedniu obrazu Pietera Bruegela Myśliwi na śniegu, oparta niby od niechcenia o lewą dolną część owego lustra. Oczywiście możemy potraktować ten obraz jako kolejny rekwizyt, przypadkowo zaplątany w sieć życia Jakuba Szapiro, ale w teatrze nic nie dzieje się (a przynajmniej nie powinno się dziać) przypadkowo. Gdy się bowiem temu obrazowi przypatrzeć dokładniej, okaże się, że odbija on historię Jakuba Szapiro przetworzoną przez Jarosława Murawskiego, Susanne Meister i Ewelinę Marciniak w sposób niezwykle precyzyjny, nieoczywisty, a na pewno znacznie poszerzający horyzont fabuły Króla Szczepana Twardocha.

Obraz przedstawia zimowy krajobraz, który – gdy mu się przyjrzeć bliżej – rozsadza konwencję malarstwa pejzażowego. A to dlatego, że na pierwszym planie przedstawia trzech zziębniętych i zmęczonych mężczyzn, wracających z polowania z jednym tylko trofeum, a mianowicie wiszącym na plecach jednego z nich lisem. Ugania się za nimi sfora psów, wśród których znajdują się zarówno te rasowe, myśliwskie, jaki i te zwykłe, szare kundelki. Na drugim planie znajduje się grupa postaci ogrzewających się przy ognisku, w dali zaś widać ludzi ślizgających się na zamarzniętym stawie. Można by więc powiedzieć, że treścią tego obrazu jest napięcie między wszechwładną naturą, bezwzględną, nieubłaganą i rządzącą się swoimi prawami a ludzkimi losami, które w głównej mierze polegają na walce o przetrwanie. Na osłodę, niejako na marginesie życia człowiek wymyśla sobie różne rozrywki, żeby tę nieustanną walkę z naturą jakoś oswoić, żeby ten okrutny i bezwzględny świat uczynić choć trochę bardziej znośnym.

Gdy się przypatrzeć opowieści o Jakubie Szapiro, zwłaszcza tej wypreparowanej przez Murawskiego, Meister i Marciniak z powieści Twardocha, widać jak na dłoni pewne paralele. W rolach trzech myśliwych obsadziłbym kobiety życia Jakuba Szapiro: żonę Emilię, miłość życia i kobietę mu najbliższą – Ryfkę oraz jego senne marzenie, kochankę Annę. To one, wracając z polowania, mają nieudany dzień, gdyż jedynym lisem, jakiego udało im się upolować, jest właśnie mężczyzna ich życia, Kuba. W sensie fabularnym, realistycznym metafora ta się tu nieco rozjeżdża, ale już na planie teatralnym opowieści pasuje jak ulał, oglądamy bowiem na scenie nie tyle samo życie Jakuba Szapiro, ile życie Jakuba Szapiro jako opowieść, którą chce on pozbierać w całość z rozsypanych w pamięci fragmentów zdarzeń, miejsc, rekwizytów czy scen. Zaprzęga do tego postaci, zaludniające jego życie, a więc i owe „myśliwe”  i całą sforę psów, które uganiały się za nim, chcąc mieć udział w chwale jego upolowania. A wszystko po to, by pochować swój największy wyrzut sumienia, czyli siedemnastoletniego Mosze Bernsztajna, którego zabił, wcześniej zabijając jego ojca. Ta niewinna ofiara, w spektaklu Marciniak grana przez kilka lat młodsze dziecko (zapewne dla podkreślenia niewinności ofiary i wagi czynu Szapiro), staje się jego kamieniem u szyi, zabiera mu wolność i tak potrzebną w świecie ciągłego polowania trzeźwość umysłu. Szapiro powołuje więc na scenie swoją historię, ale robi to w sposób naiwny i dąży w gruncie rzeczy nie do twardego rozliczenia, ale przynajmniej do jakiegoś złagodzenia swojej winy. Pomaga mu w tym oczywiście ludzka pamięć, która, żeby ocalić dysponującego nią człowieka, podsuwa kluczowe fragmenty opowieści – a jakże – ale je zniekształca, upraszcza czy wymazuje z nich pewne szczegóły.

fot. Kraft Angerer

I tu wracamy do myśliwych z obrazu Bruegela: kobiety jego życia już takie przychylne w tej opowieści wobec Jakuba nie są. Dopowiadają te wspomnienia, mówią, jak było naprawdę, przedstawiają dalsze losy postaci czy wątków i konsekwencje czynów Szapiry, sprowadzając jego i jego opowieść na realistyczną ziemię. I w ten właśnie sposób stają się myśliwymi, których jedyną ofiarą staje się Jakub Szapiro, szukający ratunku, a może i zbawienia. Kończy się to oczywiście tragicznie – w chwili, gdy zda sobie sprawę, że ratunku dla niego nie ma (przepiękna scena, w której Kuba zanosi ciało Moszego na miejsce, skąd je w pierwszej scenie spod ziemi wykopał, ale tej ziemi już tam teraz nie ma, oprawca bowiem w swojej głowie nigdy nie pochowa ofiary), postanawia już więcej nie uciekać, zostać w Warszawie, gdzie dwa lata później (mamy rok 1937) – używając metafory Bruegla – rozpęta się największa śnieżyca nowoczesnej Europy. Decyzja ta będzie więc gestem wyjścia naprzeciwko owym „myśliwym” i sforze psów, którzy z pomocą różnych „śnieżyc” całe życie chcieli go posiąść, dopaść czy unicestwić („chart” Kum Kaplica, Ziembiński czy „kundel” Bobiński); gestem samobójstwa, zadośćuczynienia za przemoc i krzywdę uczynioną niewinnemu. Lis stanie się lisem, zwierzę wróci do lasu, bo przegrało z potęgą okrutnej natury, ale przede wszystkim tą, którą nosi w sobie, tym umiłowaniem przemocy i polowania! Bezwzględny oprawca stanie się więc ofiarą na własne życzenie. „Myśliwe”, które tak naprawdę chyba nigdy nie chciały nimi być, też powinny mieć kaca, upolowały bowiem „zwierzę”, które darzyły największym uczuciem –  ani z tego jedzenia, ani chwały. Tylko żałoba i przestroga dla nas, żebyśmy nie byli zbyt gorliwi w zrywaniu z oczu bliskich łusek iluzji, kończy się to bowiem zawsze tragicznie.

Ostatnią rzeczą, jaka się tu nasuwa, jest rola owej przestrzeni, w jakiej rozgrywa się spektakl, śmietnisko życia, które niczym breugelowska zima jest okrutne i bezwzględne – w nim właśnie odbywa się prawdziwe i pełne niebezpieczeństw zderzenie wspomnień z faktami. Życie się wydarzyło i nie można go cofnąć, jest jak ów zimny alpejski (niby niderlandzki, aczkolwiek góry są włoskie – tak twierdzą badacze) pejzaż, zmieniający tylko szaty w zależności od pory roku. Jest jak obraz, który możemy interpretować czy opowieść, która mimo różnych manipulacji nie przestaje w metafizycznym planie być wciąż tą samą opowieścią. Z drugiej strony, natura jest tak niebezpieczna, bo nosimy ją w sobie, nie umiejąc jednocześnie jej zaakceptować, reagując na jej ruchy „tektoniczne” strachem i będącą efektem tegoż strachu przemocą, która z kolei rodzi kolejną przemoc. Dobrze to widać u Bruegla – ludzie bez twarzy są częścią tego krajobrazu i jego nieodłącznym elementem, ale natura ma tu kolor biały, a ludzie namalowani są w czerni. Wymowny to dobór barw w kontekście opowieści Twardocha/Murawskiego/Meister/Marciniak prawda?

Spektakl Marciniak jest wspaniały, znakomicie napisany (wreszcie rozumiem wszystko, nie czytając książki Twardocha) i wyreżyserowany. Do tego dorzućmy niezwykłą scenografię i światło Kaczmarka, kostiumy Kornackiej, świetną choreografię Knapik, nieoczywistą, ale porywającą muzykę Duszyńskiego (zniekształcone przez Niemców polskie szlagiery, jakby niedokładne echa przeszłości, rewelacyjny pomysł!) Aktorzy grają bezbłędnie i olśniewająco. Jan Peszek powiedział kiedyś – upraszczając – że aktorstwo to jest czyste szaleństwo, jeśli tak, to aktorzy Thalia Theater są szaleni formalnie, a może odwrotnie, są formalni do szaleństwa? Jakby nie patrzeć, Sebastian Zimmler, Toini Ruhnke, Rosa Thormeyer, Anna Blomeier, Oliver Mallison, Rafael Stachowiak oraz Tarik Sanli stworzyli niezwykły świat, który mieni się nie tylko blaskiem kryształków żyrandola, ale przede wszystkim niejednoznacznością i głębią ludzkich charakterów, zaplątanych w to znakomite „polowanie”, serwowane nam przez Szczepana Twardocha, Jarosława Murawskiego z Susanne Meister, wreszcie Ewelinę Marciniak. Kłaniam się wszystkim Twórcom bardzo nisko.

fot. Kraft Angerer

Tytuł oryginalny

Na tropach lisa

Źródło:

domagalasiekultury.pl
Link do źródła

Wątki tematyczne