06.04.2021, 13:45 Wersja do druku

Na przełomie nocy i dnia

Inne aktualności

Lody puściły już na jeziorze. Nad lasem, zasłonięty koronami sosen, ciągnie klucz żurawi, klangorem obwieszczając koniec zimy. Gdzieniegdzie jeszcze, w zacienionych zagłębieniach zoranej ziemi, ostał się zszarzały spłachetek śniegu, niby nikłe memento ciemnych, zimnych miesięcy. Ale one już za nami. Tylko patrzeć jak przed oczami zawiruje żółty cytrynek, jak nad kubłem na śmieci zabrzęczy pierwsza mucha. Jeszcze tylko przeżyć marzec, a wiadomo, że „jeśli starzec przejdzie marzec, będzie zdrów”. Jeszcze tylko w wartkim nurcie utopić Marzannę, co to w zimowy czas morzyła co mogła i co nie umknęło spod jej kosy – i już można powitać kwiecień, najokrutniejszy z miesięcy.

Czyż fakt, że z rozmrożonej ziemi wysuwają się kiełki przebiśniegów, krokusów, że nieśmiało przebijają jej skorupę żółtozielone kłącza traw nie przypomina, że i my do ziemi przynależymy i że kiedyś rozłoży nam ona śmiertelną pościel na wieczny sen? „W moim początku jest mój kres” – masz rację, mądry Eliocie. Ale i swoją rację ma przyroda, niezmordowana w swoim kolistym biegu, w dyktowanej ruchem obrotowym i orbitalnym Ziemi powtarzalności wschodzenia, kwitnięcia, owocowania, przekwitania i gnicia. Czyż nie upajająca do mdłości to epopeja? Prochem jesteś i w proch się obrócisz, człowieku. I ty, profesorze z poczuciem wyższości wygłaszający swoje prawdy i ty, robotniku ściśnięty z innymi w puszce autobusu, patrzący na mnie zza szyby. Ty, wiodąca lud swój na tęczowe barykady Egerio postwolności i ty, nawozie dziejów, milcząca większości. W proch zmienią się ludzkie prawa, traktaty, niby rozproszone atomy krążyć będą w kosmicznej próżni ogniste polemiki, clickbaity, tweety, posty i riposty. A z ziemi znowu wychynie zielony stożek wzrostu. A skowronek, dawno temu zwany śpiewakiem Matki Bożej, zadzwoni z nieba. I narodzi się jakiś nowy poeta, który zdumiony tym wszystkim napisze swoją pieśń życia i śmierci, odurzony potęgą natury.

Tak zwykliśmy myśleć, ulepieni z mułu ziemi, do ziemi przywiązani jak do matki albo wynajmowanego mieszkania. I tu na scenę dziejów wkracza chrześcijaństwo i jednym Zmartwychwstaniem przecina cykl narodzin i śmierci. Utopienie Marzanny wystarczyło na krótkie jej obłaskawienie. Po kilku miesiącach przecież wracała. „Znikomość stanowiła cechę przedchrześcijańskiego świata” – pisała Zofia Kossak w Roku polskim, pięknym hymnie na cześć polskiej obrzędowości, będącej unikatowym stopem słowiańskiego pogaństwa z liturgią Kościoła katolickiego. Chrześcijaństwo nie tylko zmieniło postrzeganie czasu z „kolistego” na „liniowy”, ale również odmieniło ludzkie życie na ziemi. Bo – czytamy dalej tamże – „Wielkanoc to odnowa, stary człowiek ma umrzeć, nowy, lepszy się narodzić”. To jednak ten sam człowiek, choć obmyty ogniem i wodą.

Zanim wyjdzie z grobu ten nowy człowiek, Bóg musi za niego umrzeć, dwa dni na marach przeleżeć i dopiero trzeciego wstać z martwych. Ten krótki czas, gdy Chrystusa nie było na świecie, bo nie żył albo odwiedzał piekło, był czasem, który wykorzystywały siły piekielne, diabły, strzygi, poczwary, upiory, zmory i dziwożony, żeby dusić ludzi koszmarem. Ale tuż po grobowym Wielkim Piątku liturgia przynosi pociechę w postaci święcenia pokarmów. Co z tego, że to naśladowanie z pogaństwa, skoro „wszystko, co poprzedzało chrześcijaństwo, było przeczuciem lub oczekiwaniem”? Przeczucie, oczekiwanie stworzyło proroków nadejścia Mesjasza. Tak tradycja chrześcijańska nakazuje czytać księgi Starego Testamentu. Tak możemy czytać tragedie greckie. Antygona sprzeciwiła się woli króla w imię większych od niego praw, Prometeusz uważał, że nawet Zeus nie jest wszechmocny. Energia duchowego buntu rozsadzała świat starożytny. W końcu, a raczej w początku, eksplodował w Objawienie. Matka owinęła Syna w pieluszki i ułożyła w żłobie. Matka zawinęła Go w całun i złożyła w grobie. W moim początku jest mój kres.

Przed znikomością świata postchrześcijańskiego uciekam w stare księgi, w śpiewne frazy Zofii Kossak, w misterium Wielkiego Tygodnia. Misterium znaczy „tajemnica”. Nieznana jest nam ludziom godzina Zmartwychwstania. Śpiew kosa rozdziera ciszę poranka. Trawnik w ogrodzie zbielały od nocnego przymrozku. Uchwyt drzwi garażu oszroniały i zimny. Wyjeżdżam z miasta, mijam uśpione osiedla jednorodzinnych domków.

Głęboko wżynająca się w ląd jeziorna zatoczka jeszcze skuta białym lodem. Ale gdy przecinam most na kanale lateralnym, z lewej strony, nad postrzępioną linią lasu, w porannych mgłach wznosi się czerwono pulsująca kula ciekłego metalu. Rzuca odbicie w jeziorze niby niecierpliwe pociągnięcia pędzla. Mówię do siebie na głos: „Babciu Oleńko, to cud!”, a niewidzialna Stachurowa babinka potakuje cicho: „cud, cud”. Kolistość czasu nie przeczy jego linearności. Wszystko łączy się z wszystkim. Chrystus zmartwychwstał. Prawdziwie zmartwychwstał.


Tytuł oryginalny

Na przełomie nocy i dnia

Źródło:

www.teatrologia.info

Link do źródła