14.09.2020, 14:52 Wersja do druku

Mozart w talent show

"Amadeusz" Petera Shaffera w reż. Łukasza Gajdzisa w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze  Jarosław Jakubowski w portalu Teatrologia.info.


fot. Natalia Kabanow

Łukasz Gajdzis pożegnał się z Teatrem Polskim w Bydgoszczy nie skomleniem, a hukiem. Zrobił Amadeusza Petera Shaffera angażując niemal cały zespół teatralny, a także liczne posiłki z zewnątrz.

Co by było, gdyby Wolfgang Amadeusz Mozart żył dzisiaj? Jak znalazłby się w rzeczywistości kreowanej w dużej mierze przez media, a także jurorów licznych konkursów i teleturniejów? Gajdzis podszedł do tekstu Shaffera z 1979 roku bez kompleksu wcześniejszych adaptacji, zwłaszcza tej filmowej, Milosa Formana z roku 1984 oraz licznych inscenizacji na polskich scenach; nie można nie wspomnieć o głośnej polskiej prapremierze z 1981 roku, z rolami Tadeusza Łomnickiego i Romana Polańskiego, który również ją wyreżyserował. Nawiasem mówiąc, to nie Shaffer pierwszy wziął na warsztat historię dwu kompozytorów, lecz Aleksander Puszkin. Napisał sztukę Mozart i Salieri, a Nikołaj Rimski-Korsakow skomponował na jej podstawie operę pod tym tytułem (premiera w 1898 roku).

Gajdzis postanowił skorzystać z całkiem nowego przekładu utworu Shaffera, autorstwa Macieja Stroińskiego, znanego głównie jako recenzent teatralny. Dotychczas polscy reżyserzy sięgali po tłumaczenia Kazimierza Piotrowskiego lub Bogumiła Trelkowskiego. Spod ręki Stroińskiego dostaliśmy tekst brzmiący bardziej współcześnie, popowo, co mogło też podyktować taki, a nie inny kierunek inscenizacji. Gajdzis postanowił bowiem stworzyć atrakcyjne wizualnie i muzycznie widowisko na miarę, dajmy na to, koncertu telewizyjnego w Opolu albo Sopocie. Duża scena Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy, zbudowana w późnych latach 40. XX wieku i od tego czasu właściwie niedotknięta poważniejszą modernizacją, została zaadaptowana na potrzeby wielkiego, hucznego spektaklu.

Najpierw kanał pod sceną wypełnia orkiestra kameralna Filharmonii Pomorskiej. Nad nią – przed opuszczoną kurtyną, po lewej stronie stół i krzesła, a po prawej wielkie łoże ze srebrzystą ścianką. Zaczyna się od monologu starego Antonia Salieriego, którego gra Mirosław Guzowski, doświadczony aktor, predestynowany do ról różnego rodzaju odmieńców, neurotyków i outsiderów. To starzec Salieri jest tu narratorem, to z jego punktu widzenia obserwujemy erupcję geniuszu Mozarta na dworze cesarza Józefa II. „Zakopałem swój talent dany od Boga, ale nie ma diabła ani Boga, jestem ja” – mówi Salieri, wierzący że talent to po prostu ciężka praca. Wtedy z rozkopanej pościeli wyłania się młody Antonio w towarzystwie dziewczyn. Warto pamiętać, że Salieri był ledwie o sześć lat starszy od Mozarta, choć przeżył go o 34 lata.

W czasie, gdy rozgrywa się akcja sztuki są więc  niemal rówieśnikami, a to, co ich dzieli, to skala uzdolnień i rzecz jasna pozycja w świecie opery. Mozart to ambitny geniusz, choć wciąż aspirant, podczas gdy Salieri jest już obrosłym w piórka wpływowym artystą dworskim, choć przecież też niepozbawionym ambicji. Tak podobni w motywacjach, a tak skrajnie różni w – można by rzec – realizacjach.

Rywala Amadeusza gra – bardzo dobrze – Michał Surówka i choć może to uwaga pozornie nie na miejscu w poważnej (mam nadzieję) recenzji, to aktor ten nie tylko mnie wydał się łudząco podobny do Łukasza Gajdzisa. Ponieważ wierzę, że w spektaklu teatralnym jako swoistym systemie znaków nic nie jest, a przynajmniej nie powinno być, dziełem przypadku, warto zastanowić się, czy obsadzenie w tej roli niemalże fizycznego sobowtóra miało pokazać, że reżyserowi bliżej do Salieriego niż Mozarta i czy ta wystawna, zrobiona „na bogato” i technicznie z pewnością trudna inscenizacja miała dowieść, że solidny, pracowity rzemieślnik (w tym przypadku teatru) też może osiągnąć sukces. Innymi słowy – czy teatr to królestwo egocentrycznych wizjonerów, czy też przestrzeń bardziej demokratyczna, w której prawo głosu mają również statysta czy garderobiana. To zasadne pytania w kontekście zakończenia trzyletniej kadencji dyrektorskiej Gajdzisa w Bydgoszczy, który po każdej premierze miał w zwyczaju dziękować całemu zespołowi teatru, z imienia i nazwiska, alfabetycznie.

Tyle że jednocześnie z wejściem młodego Salieriego orkiestra zaczyna grać Mozarta i wtedy po raz pierwszy mam dojmujące poczucie, że całe to gadanie o talencie jako rezultacie hard working, a nie Boskiego daru można o pulpit dyrygencki rozbić.

Muzyka Amadeusza szybko się kończy i teraz rozbrzmiewa jakaś taneczna elektronika, a na otwartą już scenę wkracza sam cesarz Józef II. Jakub Ulewicz gra go grubo, groteskowo, z tyrolskim akcentem. Cały cesarski dwór ocieka kampem, a przesłuchanie Mozarta przypomina któryś z licznych obecnie telewizyjnych „talent show”, opartych na tym samym, sztywnym formacie. Oto z jednej strony jury złożone z indywidualistów o niewyparzonych językach, a z drugiej marzący o karierze i sławie debiutant. Jest jeszcze trzecia, niewidoczna, choć najważniejsza strona – ukryty w reżyserce realizator, który podpowiada jurorom, co mają mówić i jak się zachowywać, a potem przycina nagrany materiał do telewizyjnego formatu.



fot. Natalia Kabanow

Rolę Amadeusza powierzono Karolowi Frankowi Nowińskiemu i tylko dziękować za to Opatrzności, bo aktor ten zrobił z niej istne cacko, które chce się oglądać i oglądać bez końca. Komisja każe mu dyrygować twarzą, a on wywiązuje się z tego zadania bez szwanku, bo przecież ma swoją genialną muzykę. Groteskowo „przegięci” jurorzy (smaczne role Dagmary Mrowiec-Matuszak, Pawła Gilewskiego i Mariana Jaskulskiego) jako żywo przypominają celebryckich przebierańców z ekranów tv. Ale to Salieri jest tym, który „wiele może”, z balkonu obserwuje nieposkromioną, dziecięcą żywiołowość Mozarta, który – odwrotnie niż on – ma talent, ale nie ma pozycji (czytaj: kasy) i o tę pozycję (czytaj: kasę) usilnie zabiega. Salieri jest przerażony skalą możliwości „młodzieżowca” i w akcie samoobrony wygłasza tyradę przeciw „wrodzonemu talentowi”. Amadeusz odpowiada monologiem przy okazji przesłuchania Wesela Figara. Pokonując początkowe zakłopotanie mówi o sile muzyki, o tym że talent i piękno po prostu słychać. A że Nowiński robi to – no właśnie – z prawdziwym talentem, wczuwając się całym sobą w postać, jakoś to jego postaci bardziej się wierzy. A może najzwyczajniej wierzy się w to, w co chce się wierzyć?

Próbuję znaleźć uzasadnienie, dlaczego Nowiński-Amadeusz w tej scenie występuje w tiszercie z literami „LGBT”. Skojarzenie z naczelnym obecnie tematem debaty publicznej w Polsce oczywiste, ale związku z treścią sztuki ani z prawdą historyczną nie ma to żadnego. Więc po co? Żeby pokazać, że Mozart był inny, że należał do mniejszości? Był i należał, ale nie z powodu orientacji seksualnej, tylko z powodu swojej sztuki, genialnej i często nierozumianej przez otoczenie. To wiemy bez dodawania do spektaklu nachalnej publicystyki, rzucającej go, nie wiedzieć dlaczego, w rejon zaciekłej wojny ideologicznej. Więc może ten skrót to rodzaj prywatnego komunikatu w rodzaju napisów na podkoszulkach piłkarzy, odkrywanych po meczu? Jeśli tak, to czy aktor konsultował to z reżyserem? Z kolei jeśli konsultował, to co przekonało Łukasza Gajdzisa do tego pomysłu? Z przebiegu przedstawienia to nie wynika, także po zniknięciu napisu nie dzieje się nic, co by go uzasadniało. Mnie samo LGBT na koszulce nie oburza, powtórzę: patrzę na niego jak na znak teatralny i domagam się od reżysera, żeby na scenie jasno wyłożył swoje motywy. Jeśli ich nie znam, mogę postawić zarzut, że ktoś tu czegoś nie domyślał do końca.

Tyle że mecz Mozart-Salieri jeszcze się nie kończy, widzimy filmik wideo, na którym dwoje wysłanników dworu (Emilia Piech i Damian Kwiatkowski) znajduje wykonawczynię jednej z arii. Na scenę wkracza, ucharakteryzowana na chłopczycę, specjalizującą się w muzyce barokowej Olga Mysłowska. Śpiewa znakomicie, podkreślając vibrato. W grę o pozycję na dworze angażuje się żona Amadeusza, Konstancja z domu Weber. W tej roli Michalina Rodak. W dramacie Shaffera wślizguje się nawet do łóżka Salieriego, co można uznać zarówno za akt desperacji i oddania dla sprawy męża, jak i za klasyczną zdradę małżeńską. Pewnie to taka sama prawda jak to, że Mozart klepał straszną biedę. Nie klepał, chociaż kłopoty z mocodawcami miewał. A to za dużo nut, a to zakaz bisów. A przecież wspiął się – choćby Don Giovannim – tam, gdzie Homer, Dante czy Petrarca. Na sam szczyt szczytów. Jodłujący cesarz czy zazdrosny Salieri wydają się przy tym zabawną bzdurką. „Mozart brał zwyczajne i przerabiał na wieczne” – te słowa Antonia to chyba najlepsza definicja talentu, tyle że wieczność jest funkcją czasu, a arcydzieło najtrudniej rozpoznać hic et nunc.

Taneczne sceny zbiorowe z udziałem statystów, te wszystkie bankiety, balety i salonowe piruety dają wgląd w kulisy świata celebrytów kreujących dziś popyt na kulturę albo raczej wyroby kulturopodobne. Mechanizmy promocji i dystrybucji prestiżu są takie same, jak w każdej innej dziedzinie ludzkiej działalności – liczą się nie tyle umiejętności, co właściwe w danym czasie urodzenie, poglądy i przynależność środowiskowa, „to są zwyczajne dzieje”. Łukasz Gajdzis dobrze to pokazał w swoim spektaklu. Reżyser nie staje jednoznacznie po stronie Salieriego ani Mozarta. Przygląda się zaproponowanej przez dramatopisarza rozgrywce, raz po raz stawiając ważne dziś pytania: czym jest talent? jakie jest miejsce artysty w świecie przesytu i nadprodukcji wszystkiego? co wolno w imię sztuki? I wreszcie: jaką cenę płaci artysta za sukces i co to właściwie znaczy – „sukces”? Czy jest nim spokojne życie wypełnione twórczą pracą jak w przypadku Salieriego, czy może sława pośmiertna i nieśmiertelna, która przypadła zmarłemu w wieku 35 lat Mozartowi?

Półnagi, umierający Amadeusz komponuje Requiem, którego każda nuta wbija się w Salieriego niczym szpila dowodząca, kto ostatecznie zwyciężył. Słyszymy to. Obaj aktorzy zdejmują peruki, odkrywają się, gra orkiestra, chór Opery Nova z balkonu śpiewa Rex tremendae majestatis aż trzęsie się stareńka buda. „Królu straszny w swej wielkości”. Jeszcze tylko Guzowski-Salieri, ten „święty od przegrywów” wygłosi monolog w obronie ludzi przeciętnych, dopraszając się miejsca w zbiorowej pamięci. Już je ma, dzięki talentowi dramaturgicznemu Shaffera i dzięki przekonującym inscenizacjom, także tej najnowszej, bydgoskiej.

Spektaklowi wróżę długi żywot sceniczny. Ludzie będą na to chodzić, nawet w „reżimie sanitarnym”. Jest to bowiem przykład teatru popularnego w dobrym tego słowa znaczeniu, do którego Gajdzis nas już przyzwyczaił. Coś dla ucha, oka i ducha, choć nie bez – wyłożonych wyżej – wątpliwości i pytań. Największym atutem widowiska są aktorzy, wśród których – nie waham się tego napisać – prawdziwą kreację stworzył Nowiński. Zespół aktorski zresztą zawsze był siłą „Konieczki”. Dyrektor Gajdzis kończy kadencję i idzie w świat, a teatr idzie do remontu i będzie musiał znaleźć siedzibę tymczasową. Gdziekolwiek i pod czyimi rządami się znajdzie, życzmy mu żeby miał się dobrze.

Tytuł oryginalny

Mozart w talent show

Źródło:

www.teatrologia.pl

Link do źródła