„Co po Grace?” Carey Crim w reż. Krzysztofa Dracza w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Marek Zajdler w portalu Nasz Teatr.
Amerykańska dramatopisarka Carey Crim szturmem (choć w kontekstach amerykańskich nie brzmi to dziś zbyt dobrze) zdobywa warszawskie teatralne sceny. Chwilę po premierze sztuki „23 i pół godziny” w Teatrze Współczesnym kolejny tekst autorki wystawił Teatr Polonia. Spektakl „Co po Grace?” wyreżyserował Krzysztof Dracz, który wystąpił na scenie obok Hanny Śleszyńskiej i Andrzeja Zielińskiego.
Aktorski dream team zmierzył się tym razem z komedią nieoczywistą, w której pod warstwą śmiechu i zabawnych sytuacji kryje się niekiedy gorzka, a czasem wzruszająca prawda o człowieku. Na dzień dobry poznajemy mocno dojrzałą parę, Angusa i Abigail, którzy po spędzonej wspólnie nocy zakrapianej alkoholem starają się dociec szczegółów wczorajszego wieczora. Niedopowiedzenia, nieporozumienia i wychodzące na jaw fakty rodzą wiele przezabawnych farsowych sytuacji wspaniale ogrywanych przez Dracza i Śleszyńską. Angus daje się poznać jako mężczyzna o dość tradycyjnych poglądach, lubiący szukać dziury w całym. Surowy, a niekiedy dosadny w ocenach nie owija w bawełnę i wali prosto z mostu. Znacznie bardziej otwarta i empatyczna Abigail planuje więc szybką ucieczkę mając wrażenie, że dość poważnie pomyliła się w swojej ocenie nowopoznanego mężczyzny.
Wizyta Ollego, ich wspólnego, powiedzmy, znajomego daje asumpt do kolejnych komediowych zwrotów akcji, w których omyłka goni omyłkę, a niewymuszony humor w błyskotliwych dialogach płynie ze sceny wartkim strumieniem. Pomaga w tym naturalna vis comica Andrzeja Zielińskiego, który jednym spojrzeniem, miną czy uniesieniem brwi potrafi rozbroić rodzący się nastrój powagi.
Ale Carey Crim nie byłaby sobą, gdyby pod warstwą śmiechu nie ukryła, niczym w schowanej pod stolikiem książce telefonicznej, całego katalogu znacznie poważniejszych spraw. Mamy tu bowiem do czynienia z bohaterami grubo po sześćdziesiątce, „żyjącymi na kredyt”, społecznie marginalizowanymi, odstawionymi na tor boczny i trochę nieobecnymi w sferze zainteresowań współczesności. Dla wielu młodych, stojącymi już właściwie jedną nogą w grobie. A jednak od pierwszych scen Crim udowadnia, że wiek nie ma dla naszych protagonistów znaczenia i nie stanowi żadnych ograniczeń. Że potrzeba miłości, bliskości, seksu czy młodzieńczej rozrywki nie mija z czasem. Że słowa „w moim wieku to już nie wypada” należy włożyć między bajki, bo życie pozostaje życiem. Toczy się dalej, pełne niespodzianek i możliwości, odsłaniając co i raz nowe perspektywy. Bez względu na PESEL.
Crim otwiera z czułością bardzo wiele drzwi – mówi o sposobach radzenia sobie ze stratą, o przeżywaniu żałoby, o nagłych rozstaniach, o tolerancji, o nieustającym poszukiwaniu miłości, o sile przyjaźni, o bolesnych rozczarowaniach i nieprzyjemnych nieraz zderzeniach z rzeczywistością, ale i o tym, że na nowe otwarcie nigdy nie jest za późno. Doświadczeni przez życie bohaterowie, patrząc na bagaż przeszłości z coraz większym dystansem i wzajemnie się wspierając, mają wreszcie szansę podsumować pewne etapy, skonfrontować się z ciążącymi traumami i pokutującymi przez lata wyobrażeniami. Ich spotkanie, obfitujące w niekiedy brutalnie szczerą prawdę i głęboką ludzką wrażliwość pozwala im ostatecznie wprowadzić korekty, by w jesieni życia coś jeszcze zmienić, poprawić, albo ostatecznie zamknąć i ruszyć dalej.
„Co po Grace?” zachowuje konstrukt nieoczywistych komedii Carey Crim. Wśród wybuchów śmiechu prowadzi nas nieuchronnie do momentu przesilenia, w którym do śmiechu nikomu już nie jest. Do miejsca, w którym opadają kryjące się dotąd za żartem maski i przeświecać zaczyna prawdziwie ludzkie wnętrze. Wspaniale przemianę tę ukazują aktorzy – Abigail Hanny Śleszyńskiej okazuje się bardziej krucha, niż można by przypuszczać, walcząc z poczuciem upływającego czasu, samotnością i niezagojonymi ranami relacyjnymi z przeszłości; wrażliwy Ollie Andrzeja Zielińskiego także zmuszony zostaje do wygrzebania zamiatanych latami pod dywan problemów z homofobią ojca i stawienia im czoła; Krzysztof Dracz zaś przejmująco i brutalnie uzewnętrznia swój ból, swą złość i niezgodę na porządek świata. Ich wspólne spotkanie staje się przyczynkiem do zastanowienia nad samymi sobą. I to właśnie te refleksje, przetykane dla zrównoważenia dowcipnym, a czasem wzruszającym komentarzem, stanowią crème de la crème teatralnego spotkania i zostają z nami na dłużej.
„Dlaczego zamieniliśmy rozmowę na ciszę? Cisza to krzyk, którego nie można usłyszeć.” - słowa Angusa wciąż rozbrzmiewają mi w głowie. Bo właśnie w braku rozmowy, w odkładaniu jej na wieczne nigdy, leży główna przyczyna konfliktów, nie tylko z bliskimi. Przestaliśmy umieć ze sobą rozmawiać, zastępując dialog milczeniem, które oddala i niszczy. Dla mnie „Co po Grace?” jest przede wszystkim wołaniem o potrzebę wymiany zdań i myśli, o odwagę dyskusji z najbliższymi. Czasem, aby naprawić błędy, a czasem, by ruszyć dalej ze świadomością, że zrobiło się wszystko, co było można.
Krzysztof Dracz wprawną reżyserską ręką idzie za tekstem Carey Crim przyglądając się momentowi zawieszenia, rozdrożu życia bohaterów, którzy muszą wybrać dalszy kierunek i zdecydować ile bagażu wezmą w podróż. Nie ma tu prostego happy endu, raczej światełko nadziei w tunelu. Albo powiew motylich skrzydeł. Ale gdy „żyjesz na kredyt”, to akurat tyle, ile potrzeba. Bo życie toczy się dalej i nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro. A ponieważ zrobiło się jakoś upiornie poważnie i sentymentalnie, to przypomnę jednak na koniec, że w Teatrze Polonia mamy do czynienia z energiczną, fantastycznie zagraną i przezabawną ko-me-dią. Mam nadzieję, że wybrzmiało.