„Motyle są wolne” Leonarda Gershego w reż. Jerzego Gudejki w ramach projektu „Teatralne Lato na szóstym piętrze” Teatru Gudejko w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
„Motyle są wolne” Leonarda Gershego to jeden z tych tekstów, do których polski teatr chętnie wraca. Sztuka powstała w 1970 roku i od dawna obecna jest także w polskim repertuarze — jej pierwsze polskie realizacje pojawiły się już na początku lat 70. Ma wszystko, czego potrzeba, by znaleźć miejsce w repertuarze teatru popularnego: wyrazistą sytuację wyjściową, romans, komediowe spięcia i temat, który można ująć w pytaniu o prawo człowieka do samodzielnego życia. Tyle że dzisiaj ten tekst wymaga już czegoś więcej niż sprawnego wystawienia. Wymaga konfrontacji z czasem, który minął od jego powstania.
Z takim właśnie nastawieniem oglądałem przedstawienie Teatru Gudejko podczas Lata Teatralnego w Teatrze 6. Piętro. I muszę przyznać, że mój odbiór był znacznie chłodniejszy niż opinie części recenzentów. Nie znalazłem tu ani aktorskiego odkrycia, ani szczególnie świeżego odczytania tekstu. Znalazłem natomiast materiał, który — mimo swoich słabości — wciąż może uruchomić interesującą rozmowę o niezależności, miłości i granicy między troską a kontrolą. To zresztą właśnie ten ostatni problem wydaje mi się w sztuce najciekawszy.
Don jest młodym niewidomym mężczyzną, który chce rozpocząć dorosłe życie na własny rachunek. Jego matka nie potrafi jednak zaakceptować tego, że syn może sam podejmować decyzje i narażać się na konsekwencje własnych wyborów. Jej zachowanie można oczywiście nazwać nadopiekuńczością, ale takie określenie jest trochę zbyt łatwe. W tle jest przecież lęk. Matka wie, że świat nie będzie dla jej syna równie dostępny jak dla ludzi widzących, dlatego próbuje stworzyć mu bezpieczeństwo poprzez kontrolę.
I właśnie tutaj sztuka Gershego okazuje się bardziej interesująca, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Trudność Dona nie polega wyłącznie na tym, że jest niewidomy. Równie istotne okazuje się to, że inni nieustannie definiują go poprzez jego ślepotę. Chcą decydować za niego, ponieważ są przekonani, że wiedzą lepiej, czego potrzebuje.
Z dzisiejszej perspektywy można jednak postawić temu dramatowi jeszcze jedno pytanie: czy niepełnosprawność Dona nie jest również dramaturgicznym mechanizmem, który pozwala autorowi opowiedzieć o bardzo uniwersalnym konflikcie między rodzicami a dorosłymi dziećmi? W czasach, gdy znacznie uważniej przyglądamy się sposobowi przedstawiania osób z niepełnosprawnościami, nie da się już przejść obok tego rozwiązania całkiem obojętnie.
Drugą stronę tej historii stanowi Jill. Ma być całkowicie niezależna, impulsywna i nieprzewidywalna. Jest przeciwieństwem Dona, ale tylko na pierwszy rzut oka. On chce uwolnić się od nadmiaru opieki, ona natomiast żyje tak, jakby niezależność oznaczała przede wszystkim nieprzywiązywanie się do nikogo i do niczego. I tu pojawia się zasadniczy paradoks sztuki. Jill wydaje się wolna, ale jej wolność jest podszyta niedojrzałością. Don z kolei początkowo wydaje się człowiekiem zależnym, a jednak to on ma znacznie bardziej określone pragnienia i świadomość własnej sytuacji. Gershe zestawia więc ze sobą dwie osoby, które muszą dopiero nauczyć się, czym właściwie jest dorosłość.
W przedstawieniu Gudejki Wiktoria Koprowska gra Jill z ogromnym temperamentem. I właśnie ten temperament jest dla mnie jednocześnie zaletą i problemem tej roli. Aktorka nie pozostawia wątpliwości, że jej bohaterka jest żywiołowa, spontaniczna i nieprzewidywalna. Czasami jednak pędzi tak szybko, że emocje nie zdążą wybrzmieć. Zamiast pozostawić widzowi przestrzeń na odczytanie Jill, przedstawienie chwilami zbyt mocno podkreśla jej kolejne stany. Nie odbieram tego jako braku talentu. Przeciwnie — Koprowska ma sceniczną energię i niewątpliwą swobodę. Brakuje mi natomiast w tej roli większej dyscypliny. Jill mogłaby być ciekawsza, gdyby nie trzeba było nieustannie demonstrować jej żywiołowości.
Chris Cugowski jako Don wypada korzystniej właśnie dlatego, że nie próbuje za wszelką cenę zwrócić uwagi na wykonywane zadanie aktorskie. Jest spokojny, ma dobrą sceniczną obecność. To szczególnie ważne w roli, w której łatwo byłoby popaść w przesadną demonstracyjność. Cugowski tego unika. W jego interpretacji jest sporo swobody, ale jeszcze niewiele tego rodzaju scenicznej głębi, która sprawia, że po wyjściu z teatru pamiętamy przede wszystkim aktora, a nie samą konstrukcję postaci.
Agnieszka Pilaszewska tworzy natomiast rolę poprawną i wiarygodną. Jej matka nie jest jedynie scenicznym „czarnym charakterem”. Aktorka pozwala dostrzec w niej kobietę, która boi się o syna i właśnie dlatego posuwa się za daleko. To dobry kierunek, choć również nie powiedziałbym, że mamy tu do czynienia z kreacją, która zmienia sposób patrzenia na tę postać.
Najwięcej wątpliwości mam jednak wobec decyzji inscenizacyjnej, która w przedstawieniach Gudejki powraca dość często: przenoszenia wydarzeń do polskiej rzeczywistości. W tym przypadku miejscem wydarzeń jest Warszawa. Oczywiście może to ułatwiać identyfikację widza z bohaterami. Nie jestem jednak przekonany, że samo „spolszczenie” historii jest dziś jeszcze szczególnie odkrywcze. W kolejnych przedstawieniach staje się ono raczej rozpoznawalnym sposobem pracy niż rozwiązaniem, które samo w sobie wnosiłoby do przedstawienia coś nowego. I właśnie tutaj widzę największy niedosyt. Sama zmiana miejsca akcji nie wystarcza, żeby stary tekst zabrzmiał współcześnie. Jeśli wystawiamy sztukę sprzed ponad pół wieku, interesuje mnie przede wszystkim to, co możemy dzięki niej zobaczyć dzisiaj, czego nie mogli zobaczyć jej pierwsi widzowie. A dzisiaj patrzymy inaczej na autonomię osób z niepełnosprawnościami. Inaczej rozumiemy relacje rodzinne. Inaczej mówimy o nadopiekuńczości i zależności. Inaczej również oceniamy model romantycznej historii, w której dwoje młodych ludzi ma nawzajem odmienić swoje życie i nauczyć się, czym jest samodzielność. „Motyle są wolne” mają potencjał, by te wszystkie kwestie uruchomić. Nie jestem jednak pewien, czy przedstawienie Gudejki wykorzystuje go w pełni.
Nie oznacza to, że uważam spektakl za nieudany. To sprawnie zrealizowany teatr popularny, który ma swoje momenty i aktorów potrafiących utrzymać uwagę widza. Nie podzielam jednak zachwytu, jaki pojawia się w części opinii o tym przedstawieniu. Szczególnie nie przekonuje mnie mówienie o aktorskim triumfie tam, gdzie ja widzę raczej obiecujące, ale jeszcze niedomknięte role. Co więcej, sam tekst Gershego wydaje mi się dziś ciekawszy od sposobu, w jaki został tutaj wystawiony.
Bo po ponad pięćdziesięciu latach najważniejsze pytanie „Motyli” nie brzmi już chyba: czy Don potrafi żyć samodzielnie? Bardziej interesuje mnie pytanie, czy jego najbliżsi potrafią zaakceptować, że samodzielność oznacza również możliwość popełniania błędów. To różnica zasadnicza. Wolność nie jest przecież nagrodą za osiągnięcie odpowiedniego poziomu dojrzałości. Nie jest czymś, co rodzic może dorosłemu dziecku przyznać, kiedy uzna, że jest już gotowe. Wiąże się również z prawem do decyzji, których inni nie zaakceptują.
W tym sensie „Motyle są wolne” nadal mają coś do powiedzenia. Tyle że współczesny teatr powinien chyba trochę mocniej zapytać, co dzieje się z człowiekiem wtedy, kiedy pozwalamy mu naprawdę decydować o własnym życiu. Spektakl Teatru Gudejko tego pytania nie rozwija do końca. Pozostaje raczej przy bezpiecznej opowieści o potrzebie niezależności. Dlatego wychodzę z niego z poczuciem niedosytu, ale nie z przekonaniem, że spotkanie z tym tekstem było niepotrzebne.
Przeciwnie. „Motyle są wolne” są dziś interesujące właśnie dlatego, że nie da się już oglądać ich całkiem niewinnie. Tekst, który kiedyś można było przyjąć przede wszystkim jako lekką historię miłosną o dojrzewaniu i uwalnianiu się spod rodzicielskiej kontroli, dzisiaj prowokuje do pytań o granice troski, prawo do ryzyka i sposób, w jaki patrzymy na cudzą niezależność.
I chyba właśnie tam znajduje się jego współczesność — nie w warszawskim adresie, nie w zmianie imion bohaterów i nie w próbie uczynienia dawnej historii bardziej „naszą”, lecz w pytaniu, które pozostaje znacznie trudniejsze: czy naprawdę umiemy pozwolić drugiemu człowiekowi żyć po swojemu, nawet wtedy, gdy jego wybory budzą w nas lęk?