29.06.2020, 11:50 Wersja do druku

Moja ćwiartka

Mat. AT Warszawa

„Rzepa" zawsze była przedmiotem westchnień dziennikarzy. Identyfikacja z tym tytułem jest przywilejem, zaszczytem, ale i zobowiązaniem. Ja miałem już za sobą przygodę w „Życiu Codziennym". Była też kilkunastomiesięczna przygoda z Radiem Kolor, za czasów duetu Mann-Materna, potem reportaże kulturalne w „Glob 24", pierwszym dzienniku w kolorze.

Właściwie mogę powiedzieć, że pojawienie się na lamach „Rzeczpospolitej" zawdzięczam Elżbiecie Czyżewskiej, wspaniałej osobowości aktorskiej, postaci tragicznej, która w apogeum popularności w Polsce w wyniku różnych zawirowań zmuszona była do wyjazdu do USA. Marzenia o karierze za oceanem okazały się mrzonką. Jej próbą powrotu w połowie lat 90. miał być spektakl „Szósty stopień oddalenia" w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, z którym wcześniej związana była przez lata. O jej powrocie było głośno. Ponieważ jako wierny czytelnik „Rzeczpospolitej"

nie mogłem doczekać się opowieści o tej aktorce w cenionym cyklu „Zbliżenia" w dodatku „Tele", postanowiłem wybrać się na plac Starynkiewicza i sam zaproponować taki tekst ówczesnemu szefowi „TeleRzeczpospolitej" Jackowi Lutomskie-mu. Redaktor, nieco zdziwiony, przyznał, że kilka osób przymierzało się do tematu, ale ponieważ na razie nic z tego nie wyszło, to mogę spróbować.

Kiedy miałem otwarte drzwi, przeraziłem się swej bezczelności i z gotowym tekstem zgłosiłem się gdzieś tak po pół roku. Mina redaktora Lutomskiego, który zdążył już o mnie dawno zapomnieć, była bezcenna. Tekst okazał się na tyle interesujący, że pojawiły się następne zamówienia i tak znalazłem się wśród ludzi, których wcześniej podziwiałem jako czytelnik. Bo nieprzemijająca wartość tej gazety to świetny zespół.

Niezapomniane było spotkanie w cztery oczy z Dariuszem Fikusem, naszym guru, który poświęcił mi prawie pół godziny, mówiąc o etyce i misji tego zawodu i oczekiwaniach, jakie stawia przed każdym dziennikarzem. Spotkanie z Elżbietą Sawicką, szefową działu kultury i współtwórczynią „Plusa Minusa", w jej gabinecie było jak wizyta w paryskiej „Kulturze". Z pierwszego zamówionego tekstu byłem bardzo dumny, lecz czekał na mnie kubeł zimnej wody, bo pani Elżbieta wprawdzie oceniła go pozytywnie, ale surowo zganiła za brak 17 przecinków. Z przecinkami do dziś mam kłopot.

W wieczory wyborcze „Rzepę" lubili odwiedzać politycy, by poznać najnowsze notowania; biznesmeni i prawnicy dzielili się własnymi doświadczeniami, ale dla mnie zawsze była przede wszystkim przystanią artystów. Ponieważ w pierwszych listach konsekwentnie zmieniano mi imię na Jerzy, uznając zapewne, że Bończa to prawie Bończak, zaprzyjaźniłem się z cenionym aktorem, po prostu nie miałem wyjścia.

Plebiscyty tzw. złotej piątki „Tele" przyciągały największe nazwiska świata kultury. Bankiety trwały do rana. Pamiętam, jak zwyciężczynię jednej z edycji Krystynę Feldman wnosiłem do redakcji na rękach, co było nawiązaniem do sceny z filmu „Mój Nikifor", w którym grała główną rolę. „Plusa Minusa" odwiedzali Miłosz, Herling-Grudziński, Mrozek. Mamy z nimi pamiątkowe zdjęcia. Pamiętam tydzień spędzony z Czesławem Niemenem, o którym pisałem jako o malarzu. Dział kultury zawsze był promem, któremu dzięki szefostwu udało się ominąć polityczne rafy. A czasy były różne. Szlag mnie trafia, że teraz, kiedy powinniśmy świętować jubileusz, a jest co świętować, wybuchł koronawirus i wszyscy siedzimy po domach w oddaleniu, choć zawsze tworzyliśmy wspólnotę.

„Rzeczpospolita" obchodzi stulecie. Można więc określić ją przymiotnikiem „wiekowa". Według mnie dużo lepiej pasuje do niej „wieczna". I niech tak pozostanie. 

Tytuł oryginalny

Moja ćwiartka

Źródło:

Rzeczpospolita nr 149

Autor:

Jan Bończa-Szabłowski

Data:

27.06.2020