Logo
Recenzje

Milijon z ratusza

13.03.2026, 15:46 Wersja do druku

„Starzyński” wg scen. i w reż. Konrada Imieli w Teatrze Syrena w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Krzysztof Bieliński

Nadchodząca wiosna to znak, że w Teatrze Syrena zbliża się premiera autorskiego musicalu. Od kilku lat warszawski teatr muzyczny sięga w swych projektach po ludzi wrocławskiego Capitolu, który autorskim musicalem stoi. Było więc kwestią czasu, gdy Syrena ściągnie tamtejszego dyrektora artystycznego Konrada Imielę i zaprosi go do wyreżyserowania spektaklu w stolicy. Pretekstem stała się książka Grzegorza Piątka „Starzyński. Prezydent z pomnika", która w zupełnie bezpomnikowy sposób przedstawia osobę słynnego włodarza miasta. W ten sposób Wrocławianinowi, pozbawionemu potencjalnych lokalnych pułapek, przyszło się zmierzyć z legendą Warszawiaka Stulecia.

Jak się jednak dobrać do musicalu o niemusicalowej postaci? Do Stefana Starzyńskiego, lojalnego sanacyjnego urzędnika, apodyktycznego pracoholika, etatysty oskarżanego o korupcję, dostarczonego w teczce prezydenta Warszawy, którego gwiazda zalśniła nieoczekiwanym blaskiem wraz z wybuchem II wojny światowej? Który stał się symbolem oporu i niezłomnej walki, podtrzymując na duchu mieszkańców stolicy i pozostając na posterunku, gdy wszyscy inni zbiegli do Rumunii? Konrad Imiela odrzucił myśl stworzenia sztampowego musicalu biograficznego odhaczającego kolejne wydarzenia z przewidywalnego życiorysu bohatera. Zamiast tego zaproponował całkiem niebiograficzny musical inspirowany biografią, a całą akcję zamknął w jedną noc i poranek z 26 na 27 października 1939 roku. Ostatnią noc przed aresztowaniem, którą spędził mieszkający wówczas w ratuszu prezydent Starzyński.

Tu właśnie poznajemy siedzącego za biurkiem człowieka udręczonego tragedią kapitulacji i przytłoczonego odpowiedzialnością za losy swojego miasta. Nieznającego dnia ani godziny, choć przecież pogodzonego z nieuchronnym losem. Mężczyznę na pograniczu psychicznego załamania, którego osobiste demony pchają z objęć nałożonego przez historię obowiązku w szpony rezygnacji i samobójczej śmierci. Przemysław Glapiński od samego początku konsekwentnie buduje rolę opartą na wewnętrznym rozdarciu i rozedrganiu, w ciszy i skupieniu zapinanych guzików munduru, w drżących rękach sięgających po pistolet, w mechanicznym niemal popadaniu w marazm i nagłych wybuchach energii. Bo ta tli się w nim jeszcze ludzką złością, wyrzutami sumienia, poczuciem niesprawiedliwości, bezradności, ale i lękiem o przyszłość. Glapiński kreuje z jednej strony introwertycznego męża stanu świadomego podjętych decyzji, z drugiej zaś przepełnionego emocjami zestresowanego człowieka stojącego na krawędzi, nawiedzanego przez wspomnienia i duchy bliskich. Balansuje na skraju jawy i snu – skupiony, oszczędny w ekspresji, a jednak emanujący wewnętrzną siłą wybrzmiewającą zarówno w żołnierskiej postawie, w poruszających songach, w ekstatycznym tańcu, jak i w przemilczeniach. Aktor wspaniale odnajduje się w nieoczywistej konwencji muzycznej, niezwykle sprawnie rapując w piosence „Bracia" czy poruszając do głębi w utworze „Milijon". Jakby był do tej roli stworzony.

Zbliżające się Zaduszki stają się nie tylko pretekstem do pojawienia się pochodu widm z przeszłości, ale też włączeniem do spektaklu fragmentów „Dziadów" Adama Mickiewicza, a zwłaszcza Wielkiej Improwizacji buntowniczo wyśpiewanej i melorecytowanej przez zachwycającego ruchem scenicznym Mateusza Tomaszewskiego. Kumulujący w sobie postać Konrada, wieszcza i młodego poety Adama Brodzińskiego, Tomaszewski staje się obrazem sumienia Starzyńskiego, stojącego w rozkroku pomiędzy chęcią ratowania swojej osoby i ucieczki z Warszawy a wpajaną od pokoleń romantyczną ideą walki do ostatniej kropli krwi, nawet za cenę własnego życia. „Może Mickiewicz to o Panu napisał?" – pyta z przekorą, wpasowując idealnie frazy wieszcza w sytuację prezydenta okupowanej stolicy. Jednocześnie nie ma w nim krzty patriotycznego zadęcia czy gloryfikacji straceńczego poświęcenia, czemu daje nader jasny wyraz, przemieniając wzniosłe frazy w błazeńsko wylewające się potoki romantycznego bełkotu. W końcu „nikt nie przegrywa tak pięknie jak Polacy", jak skonstatuje Studnicki.

Sieć kontekstów i znaczeń utkanych przez Konrada Imielę uzupełnia pomnikowość tytułowego bohatera. Zdejmując go z piedestału, przewrotnie nie daje nam zapomnieć o jego posągowości, wprowadzając do scenariusza postać rzeźbiarki Ludwiki Nitschowej (Marta Walesiak-Łąbędzka) odpowiedzialnej za powojenną walkę o upamiętnienie Starzyńskiego oraz współpracującej z prezydentem Warszawy przy powstaniu pomnika Syreny. W tę zaś, alegorycznie uosabiającą wszystkich mieszkańców stolicy, wciela się z dużą dozą wrażliwości Julia Bielińska, niesamowicie jasnym wokalem śpiewająca z pasją „do połowy jestem z gruzów, od połowy z życiorysów". Staje się nie tylko opiekunką doświadczonych przez wojnę Warszawiaków, ale niezłomnym żywym pomnikiem pamięci, Syreną nie do zniszczenia.

Charyzma Starzyńskiego rodzi się na naszych oczach – w bólu, rozterkach, wewnętrznych konfliktach i przeczuciu katastrofy. Oglądamy intymny dramat człowieka-symbolu, którego wrzesień '39 roku wystawił na próbę, jakiej nigdy nie pragnął. W tych trudnych chwilach towarzyszy mu powiernik i przyjaciel w niedoli, odmalowany przez Alberta Osika śpiący za ścianą dyrektor Muzeum Narodowego Stanisław Lorentz, który przeczuwa, że „nic już nie będzie wyłącznie przyjemne". Utworem „Dziwny ogród" nawiązującym do obrazu Mehoffera przywołuje on wizerunek ogromnej przeskalowanej ważki – zwiastunu wojennej grozy unoszącej się nad sielankową dotąd rzeczywistością. Użyte przez malarza barwy twórczo wykorzystuje w charakteryzacji i kostiumach Agata Bartos, odzwierciedlając secesyjną suknię uwiecznionej żony artysty w wizerunku Matki (Beatrycze Łukaszewska) przekonującej syna, że „życie ważniejsze jest od każdej Warszawy". Ten sam odcień granatu otrzymują inne duchy przeszłości – milczący Ojciec (Michał Konarski), oskarżający Starzyńskiego o korupcję i partyjniactwo w mocnym rockowym songu Władysław Studnicki (Jacek Pluta), czy trójosobowa druga żona prezydenta, Paulina. Świetlistymi tkaninami wiruje na scenie Józia (Agnieszka Rose) wraz z Sylwestrem Wojewódzkim (Michał Juraszek) we wspólnie wykonanym numerze „Sexy Stefan", zaś w strojach reklamiarzy dociekliwe oko ujrzy kolaże reklam z przedwojennego czasopisma „Świat", w którym publikował także Starzyński. Podobną dbałość o szczegóły widać w scenografii Mateusza Karolczuka, który oparł ją na czterech przeziernych ścianach ulegających powolnej dekonstrukcji wraz z postępującym zniszczeniem miasta. W pierwszej warstwie, poza ikonicznym mikrofonem i meblami z epoki odtwarzającymi gabinet prezydenta stolicy, sięga nawet po deseń oryginalnej tapety znanej jedynie z archiwalnych fotografii. Głębię sceny budują światła Damiana Pawelli, wydobywające z wyobraźni cienie postaci i niepokojące kształty. Tu mam jednak drobną uwagę – w jednym z utworów reflektory szaleją także po widowni, niczym światła szperaczy po nocnym niebie podczas bombardowania – są jednak na tyle intensywne, że zmuszają do zamknięcia oczu i chwilowego wyłączenia uwagi.

Muzykę Grzegorza Rdzaka zostawiłem sobie na deser. To ona obok aktorstwa stanowi o sile „Starzyńskiego", bezustannie pulsując wewnętrznym rytmem, zwalniając lub przyspieszając tempo, budując napięcie i oddając emocje – atmosferę stresu, niepokoju i bezustannego zagrożenia. W songach Rdzak przeplata klasyczne standardy jazzowe nawiązujące do lat trzydziestych z mocnym, opartym często o wyrazistą perkusję rockowym brzmieniem, ale nie stroni też od bardziej popowych ballad, hip-hopu, techno czy oscylujących wokół bossa novy marzeń sennych. W muzycznej ilustracji sięga po psychodeliczny ambient, industrialne efekty, a czasem oszałamiającą kakofonię rozlewającą się dookólnym dźwiękiem po całej widowni, wykorzystując przy tym z wirtuozerią zaawansowaną technikę audialną Teatru Syrena. Jednocześnie w ciężkim temacie muzycznego spektaklu znajduje jasne punkty, w których daje się wyczuć bicie pokiereszowanego serca stolicy „u szczytu swej wielkości i chwały". Dopełnieniem całości jest choreografia Jacka Gębury stojąca w opozycji do klasycznych wieloosobowych układów musicalowych, a stawiająca na indywidualizm ruchu inspirowany tańcem nowoczesnym. Fantastycznie uosabia go nie tylko wspomniany już Mateusz Tomaszewski, ale także dwaj żołnierze Gestapo (Jakub Jaskólski i Maciej Karbowski) pojawiający się kilkakrotnie na scenie jako zwiastun nadchodzącego nieuchronnie końca.

Konrad Imiela stworzył pełen metafor wzruszający musical, który Starzyńskiego z pomnika zdejmuje, ale nawet na chwilę nie daje zapomnieć o tym, że na pomniku jest jego miejsce. Ukazuje w finale bolesną przeszłość Warszawy, mimochodem ostrzega przed powtórką, ale songiem „Odbudujemy ją" wlewa też w serca nadzieję. Przywołując historię bohaterskiej, targanej emocjami i tragicznej zarazem postaci, reżyser rzuca jednocześnie światło na współczesność, szukając paralel z publikującym odezwy w mediach społecznościowych Wołodymyrem Zełenskim, pytając o źródła heroizmu, ludzkie wybory i słuszność postaw. Jakby mierzył w nas palcem polskiego Uncle Sama i pytał: „Co ty zrobisz w obliczu zagrożenia?". „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono" – pisała Wisława Szymborska. Imiela odpowiada jej z przekorą – „nowoczesność nie zna Mickiewicza, nie wymachuje szabelką, tylko robi interesy". Patrząc na wybuchające petrowojny, łypanie trumpowskiego oka na rzadkie minerały, zachwianie sojuszy i pokoju w imię rozbuchanego ego wielkich tego świata, ciężko się nie zgodzić. Tylko czy w godzinie próby znajdziemy wśród nas podobnych Starzyńskiemu Milijonów, czy wypatrywać będziemy bezradnie romantycznego „czterdzieści i cztery"?

Tytuł oryginalny

Milijon z ratusza - "Starzyński" w Teatrze Syrena, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także