EN
03.06.2022, 13:37 Wersja do druku

Mikrohistorie o wielkich sprawach

„Bajki malutkie 1 i , „Bajki malutkie 2 Maliny Prześlugi w  reż.  Marioli Ryl-Krystianowskiej w  Teatrze Animacji w Poznani. Pisze Katarzyna Tokarska-Stangret, członkini Komisji Artystycznej 28. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Maciej Zakrzewski / mat. teatru

W Teatrze Animacji w Poznaniu Bajki malutkie 1 i Bajki malutkie 2 w reżyserii Marioli Ryl-Krystianowskiej na podstawie mikrodramatów Maliny Prześlugi w praktyce funkcjonują i oddzielnie, i razem, ponieważ poszczególne bajki mogą być w razie potrzeby wymieniane. Wszystkie opierają się na podobnym pomyśle inscenizacyjnym, łączy je też koncepcja opowiedzenia o „niekanonicznych” bohaterach. Mamy zatem dwa krótkie, godzinne spektakle dla małych dzieci, każdy składający się z trzech historyjek o postaciach, które zazwyczaj nie grają pierwszych skrzypiec: pchła, mól, kotka, koń, co galopuje pod rycerzem i tyle o nim wiemy, zdezelowane zabawki, nie pamiętające już czym są i jakiego koloru, nawet włos. Włosy, głosi powiedzenie, dzieli się czasem na czworo, lecz nikt wcześniej nie wymyślił, żeby nadać im imiona, a łysienie pokazać jako odchodzenie.

Prześluga wymyśliła, zyskując w całym tym projekcie, mogącym się przecież dalej rozrastać, duże możliwości gry z typami bohaterów i kontekstem, z którego ich wyjmuje – albo w którym osadza. Rozczarowany Rumak Romuald (Marek A. Cyris), gdy już uwierzy i uraduje się, że to naprawdę jego wzywa na pomoc cienki głosik, biegł będzie – sam uwikłany w stereotypy i schematy fabularne – do pięknej księżniczki, a uratuje… muchę przyczepioną do lepu. Autorka do swoich postaci dostosowała rozmach przygód. Przygodą pełną niebezpieczeństw jest więc tu zeskoczenie na podłogę z jamnika, i tak już ryzykowne dla pchły Majki (Mariola Ryl-Krystianowska), a następnie uniknięcie rozdeptania przez kapeć i lot po pokoju z komarem w poszukiwaniu brata. Aktorzy stwarzają bliską, przyjazną więź z widzem, znakomicie grają z przedmiotami i cieszącymi oko lalkami, wyzyskują ciepły humor zawarty w dramatach, a przy okazji pokazują, że dzieci nie potrzebują wielkich epickich fabuł, by dać się porwać opowieści.

Spektakl rozgrywa się w nomen omen malutkiej przestrzeni przysłoniętej po obu bokach kurtyną (scenografię zaprojektowała Martyna Dworakowska). Ukryty za nią świat przedstawiony powstaje z kilku znanych młodych widzom, kreatywnie użytych na ich oczach elementów. A ponieważ najprostsze sytuacje wymagają najwięcej inwencji, mamy tu ciekawe pomysły, które delikatnie zmieniają pluszowość i klockowość dziecięcego świata, budując czasem efekt zaskoczenia czy dziwności: wystająca zza kotary głowa wielkiego różowego misia, na której pchła próbuje żerować, okazuje się samą tylko głową; ciało jamnika ma tylko śmiesznie animowane łeb i zad z ogonem, bez tułowia, a jednak, dzięki zręczności aktorów, wydaje się kompletny i po swojemu długi. Wystarczy inaczej ułożyć kuby (podesty, schodki, ni to tekturowe, ni drewniane, niedokładnie pomalowane farbami) i kilka desek, przykryć kawałkiem szmatki, szczegóły zaś dodać za pomocą dodatkowych rekwizytów, by zmienić miejsce akcji.

fot. Maciej Zakrzewski / mat. teatru

W tym względzie największego rozmachu scenograficznego wymagały mieszkanie babci Ani (Marta Berthold) z szafą uszytą z kolorowych tkanin, niby z atakowanych przez mole ubrań (czyli istota szafy z punktu widzenia mola i ciekawy pomysł wyciągnięcia na zewnątrz wnętrza), oraz przerzedzająca się fryzura bibliotekarza. Przedstawiona ona została jako kilka zatkniętych w podłodze wysokich silikonowych tyczek wygiętych we wszystkie strony, które w trakcie opowieści są po kolei wyciągane. Przy jednej z nich na krześle siedzi Patryk, włos za lewym uchem (Marcin Ryl-Krystianowski), rosnący w sąsiedztwie sędziwego Siwego, zakochany w wiotkiej Anicie. Wypadanie ilustruje ważny po pandemii temat odchodzenia. Ale pokazuje też, podobnie jak inne bajki malutkie – i podobnie jak wszystkie baśnie świata – że jeśli komuś na kimś zależy, zrobi wiele, by go odnaleźć. Skoczy jak pchła w przepaść, czyli na podłogę. Albo właśnie nie heroicznie i nie spontanicznie opracuje długofalowy plan realizacji celu, co doradzają poradniki. Patryk na prawie już łysej czaszce będzie więc ćwiczył do upadłego skręty, by z prostego włosa zwinąć się w sprężynkę i gdy już porwie go wiatr, móc sterować swym lotem ku ukochanej. Wiele tu mądrych przesłań. Że działanie w ramach, które ograniczają, nadaje sens i pozwala aktywnie zmierzyć się z nieuchronnym. A nawet zmienia to, co wydaje się dopustem, w nowy etap – bardziej swobodny i radosny. Może tak będziemy żyć po śmierci. Może też w ten sposób należy czytać tę o(przy)powieść. Pisarka daje szerokie pole do interpretacji, ale – co mi się podoba – stroni od podwójnego kodowania, które od czasu Shreka lubią twórcy animacji dla dzieci, gadając ponad ich głowami z dorosłym odbiorcą.

Historyjki przedstawiane są przez bohaterów. Nie będą to więc klasyczne formy dramatyczne, tylko inscenizowane pierwszoosobowe opowiadania z elementami dialogu, jak to w bajkach bywa. Prześluga adaptując w ten sposób na scenę schemat bajki, mocniej eksponuje postaci, którym powierza narrację. Na spektakl zapraszani są widzowie od lat 4, nie unika się jednak trudnych tematów, o których na co dzień najczęściej nie bardzo wiadomo jak i kiedy rozmawiać. A w świecie istnieje wszak śmierć (cała rodzina moli zostaje wytruta przez babcię Anię kulkami naftaliny), istnieją szare strefy, gdzie zostajemy całkiem sami (gubi się Owieczka – Marta Berthold, i Miś Stefan – Marcin Chomicki). Istnieje też złość i brzydota: Miś Stefan brudny, bez oka i z przyklejoną gumą do żucia słyszy, że jest złym i parszywym szczurem i zaczyna czuć się szczurem – dopiero „zagubiona” owca, która wypadła z bożonarodzeniowej szopki, rozmawiając ze Stefanem bez uprzedzeń jak uczyli wujek Józef i ciocia Marysia, przywraca mu zapoznaną tożsamość. Dałoby się tu rozwinąć całą teologię o tym, kto ratuje zagubionych i gdzie ich szukać, można by też pokazać psychologiczne i komunikacyjne wzorce skutecznego porozumienia. Istnieje zemsta (mól zanim zaprzyjaźni się z babcią, próbuje ją na wszelkie sposoby denerwować, siadając na przykład na Ryśku z Klanu) czy starość (babcia ma zmarszczki i sztuczne zęby w szklance). Przedstawione są one przez autorkę, aktorów i aktorki jako część życia – i równoważone pozytywnymi zwrotami akcji. Mol Zbyszek (Marcin Chomicki), pod wpływem opinii wujka uprzedzony do much, nie tylko zostaje przez jedną z nich uratowany (muchę animuje Mariola Ryl-Krystianowska), ale też, będąc sierotą, „przysposobiony”; babcia ocala Zbyszka przed utopieniem się w szklance z protezą, co jest zaczynem wielkiej przyjaźni chroniącej oboje przed samotnością, do szafy zaś wprowadza się nowa rodzina moli z córką, którą warto zapoznać. Co krok wielki temat, wpleciony w pełną blasków i cieni codzienność, która nieprzerwanie się toczy. Obie strony medalu pokazane są z uśmiechem, zostawiając widzów z pozytywnymi emocjami i nadzieją. Tak też odbieramy – z nadzieją – gest zatknięcia malutkiej flagi Ukrainy na ostatnim włosie, który jeszcze się trzyma, podczas finałowej, na długo wpadającej w ucho piosenki.

Katarzyna Tokarska-Stangret

Malina Prześluga BAJKI MALUTKIE 1, BAJKI MALUTKIE 2. Reżyseria Mariola Ryl-Krystianowska, scenografia Martyna Dworakowska, muzyka Wiktoria Piankowska. Prapremiera w Teatrze Animacji w Poznaniu 22 stycznia 2022.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne