„Jak zawsze” na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego w reż. Magdy Małeckiej-Wippich oraz Marty Miłoszewskiej w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 4,5/10
Spektakl Jak zawsze na Dużej Scenie Teatru Komedia oglądałem jako próbę przeniesienia literackiego pomysłu na język sceny — procesu, który z definicji wymaga wyborów, uproszczeń i kondensacji. Adaptacja powieści Zygmunta Miłoszewskiego idzie tropem narracji wariantowej i pytania „co by było, gdyby”, ale to nie alternatywna historia Polski lat sześćdziesiątych okazała się dla mnie najciekawsza. Paradoksalnie najmocniej wybrzmiewa tu to, co najbardziej prywatne: relacja dwojga ludzi i ciężar wspólnie przeżytego czasu.
Grażyna i Ludwik – para z pięćdziesięcioletnim stażem – funkcjonują w spektaklu jednocześnie jako bohaterowie biograficzni i jako nośniki pamięci. Zabieg równoczesnej obecności na scenie ich młodszych i starszych wersji należy do najciekawszych rozwiązań dramaturgicznych przedstawienia. To właśnie w tych momentach – gdy starsi komentują młodszych, a młodsi nieświadomie powtarzają dawne wybory – spektakl zyskuje ironiczny dystans, ale też czułość wobec ludzkich złudzeń i powrotów.
Nie mam jednak przekonania, czy zaproponowana na scenie wizja alternatywnej rzeczywistości społeczno-politycznej rzeczywiście domaga się aż takiej obecności. Przeszłość nie zostaje tu zrekonstruowana, lecz raczej zarysowana znakiem i skrótem, co samo w sobie jest decyzją zrozumiałą. Problem pojawia się wtedy, gdy symbol zaczyna zastępować doświadczenie, a polityczno-ideologiczne konteksty – zamiast pogłębiać opowieść – zaczynają ją obciążać. Odniosłem wrażenie, że świat przedstawiony działa lepiej jako projekcja wyobraźni bohaterów niż jako spójna alternatywa historyczna.
Scenografia i kostiumy operują zasadą kondensacji znaczeń, oferując oszczędną wizualnie przestrzeń gry, w której pojedyncze elementy zastępują wiele miejsc i czasów. Ten umowny porządek dobrze współgra z narracyjnym charakterem spektaklu i konwencją komedii, choć momentami – podobnie jak w warstwie ideowej – wyczuwałem nadmiar znaków kosztem emocjonalnej prostoty.
Najpewniej broni się natomiast aktorski wymiar przedstawienia. Katarzyna Żak i Tomasz Dedek tworzą duet oparty na wyczuciu rytmu, wzajemnym słuchaniu i subtelnym balansie między farsą a powagą. Grażyna i Ludwik w ich interpretacji są wiarygodni właśnie wtedy, gdy spektakl rezygnuje z jednoznacznych tez, a pozwala wybrzmieć drobnym gestom, zawahaniom i niedopowiedzeniom. Młodsi wykonawcy – Helena Rząsa i Filip Kosior – wnoszą energię i cielesność, które stają się ironicznym kontrapunktem dla doświadczenia starszych bohaterów, a zarazem przypomnieniem, jak łatwo młodość ignoruje przyszłe konsekwencje.
Jak zawsze jest spektaklem, który bardziej mnie angażował wtedy, gdy skupiał się na intymności relacji, a nie na próbie diagnozy zbiorowej świadomości. Mechanizm równoległych wersji rzeczywistości działa tu najlepiej jako narzędzie refleksji nad powtarzalnością ludzkich wyborów, nie zaś jako nośnik jednoznacznych sądów. Ostatecznie to nie pytanie o to, jak mogła wyglądać Polska, pozostało ze mną po wyjściu z teatru, lecz pytanie znacznie prostsze i bardziej bolesne: czy naprawdę umiemy skorzystać z drugiej szansy, nawet jeśli doskonale wiemy, dokąd prowadziła pierwsza.