Z Weroniką Zajkowską i Karoliną Szczypek, twórczyniami spektaklu Olsztyn. Instrukcja obsługi, rozmawia Marta Nowak.
Marta Nowak: Jaki jest wasz ulubiony zapach w Olsztynie?
Weronika Zajkowska: W Olsztynie natura wpycha się do miasta. Są dwa jeziora obok siebie, spadające zgniłe owoce, wiatr, wilgoć, wszystko to miesza się z zapachem kebabu. To jest szeroka paleta. Ale chyba najbardziej podoba mi się ta olsztyńska wietrzność. Czujesz się tu trochę jak nad morzem.
Karolina Szczypek: Idziesz sobie, słyszysz mewy. Dużo osób z Olsztyna, z którymi rozmawiałyśmy, mówiło: u nas to jest się na wakacjach. W powietrzu jest wilgoć z ziemi, z roślin, z jeziora, która niesie się przez miasto.
WZ: Jest coś takiego jak geosmina - dowiedziałyśmy się tego od Lindy Ponińskiej, która w naszym spektaklu zajmuje się zapachami. To substancja, którą przez cały czas wytwarzają bakterie żyjące w glebie, ale jej zapach czujemy tylko, kiedy wchodzi w interakcję z wodą. I wtedy wszyscy mówią, że pachnie ziemia po deszczu.
Zapach miasta odgrywa ważną rolę w waszym spektaklu.
KS: Obie od początku myślałyśmy o wykorzystaniu zapachu jako narzędzia budowania narracji. Robiłyśmy to niezależnie od siebie już wcześniej, w swoich poprzednich pracach - „Draculi” w Teatrze Polskim we Wrocławiu i „Nie wszyscy pójdziemy do raju” w Teatrze Żeromskiego w Kielcach.
WZ: To jest bardzo ciekawy zabieg, a rzadko używany. W tym przypadku przynosi też nowe pytanie: jak zapach łączy się z pamięcią? Linda Ponińska w czasie pracy nad spektaklem rozmawiała z ludźmi o ich zapachowych skojarzeniach z Olsztynem. W odpowiedziach też często przewijała się jeziorna wilgoć. I praktycznie u wszystkich: mirabelki.
Wy jesteście spoza Olsztyna. Markus Falk, Claire Dembiński i Marlene Weiss też przyjechali robić film o Olsztynie z daleka, z Berlina. Z zewnątrz widzi się lepiej?
KS: Nie wiem, czy lepiej. Ale wtedy często nie ma się oporów, żeby dany temat pogłębić, dopytać. Czasami, kiedy żyjemy wewnątrz jakiejś historii - nawet takiej, która funkcjonuje już w obszarze postpamięci, w opowieści przechodzącej z pokolenia na pokolenie - paradoksalnie trudniej jest ją rozłożyć na części. A kiedy dana historia nie jest naszym rdzeniem, łatwiej sięgać po tematy leżące na styku, między dotkliwym a przepracowanym. To zresztą zdarzało nam się w rozmowach, które prowadziłyśmy z Olsztynianami. W czasie rezydencji - po to, żeby nie chodzić po mieście tylko własnymi ścieżkami i przez to nie przegapić czegoś ważnego - organizowałyśmy swego rodzaju dyżury. Zapraszałyśmy ludzi z Olsztyna, żeby przychodzili i opowiadali nam swoje historie związane z miastem. Po jakimś czasie zaczęłyśmy zadawać im też własne pytania - o tematy, które albo w ogóle się nie pojawiały w rozmowach, albo tylko w nich mignęły, zawsze na pewnym wymyku.
WZ: Takim tematem stało się na przykład Kortowo i szpital psychiatryczny, który mieścił się tam na długo przed tym, jak budynki poszpitalne stały się siedzibą Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Najpierw eksperymenty w czasie drugiej wojny światowej, potem wejście wojsk radzieckich i brutalna masakra pacjentów w styczniu 1945 roku. To temat, o którym z jednej strony Olsztynianie mówią, że jest już przepracowany, a z drugiej strony wiele osób nie chciało go poruszać w rozmowie. Kiedy rzucałyśmy hasło „Kortowo” - część z nich automatycznie się wycofywała.
Zewnętrzna perspektywa z jednej strony ma duży potencjał odkrywania i naświetlania pewnych zjawisk. A z drugiej strony trzeba uważać na to, żeby nie projektować na innych swoich wrażeń, oczekiwań, myśli o tym, co chciałoby się zobaczyć w danym mieście czy jego mieszkańcach. Mnie w czasie tej pracy zafascynowało pytanie o tożsamość, przynależność, o to, kto i dlaczego mówi: my nie jesteśmy stąd, albo: my już jesteśmy stąd. W Olsztynie są ludzie, którzy noszą w sobie bardzo mocne rodzinne historie - choćby wprowadzania się do domów, które dzień wcześniej zostały przez kogoś opuszczone. To tworzy gigantyczne pole do wyobrażania sobie cudzych opowieści. A to, co ktoś sobie wyobraża, patrząc z zewnątrz, wcale nie musi odzwierciedlać rzeczywistości.
Podczas naszej współpracy z międzynarodową ekipą z Berlina silne było też pytanie o to, na ile ktoś ma prawo przyjeżdżać i odkopywać pewne historie - a na ile niektóre rzeczy powinny zostać na zawsze pogrzebane w odmętach Jeziora Kortowskiego.
No właśnie. Jak wam się pracowało z ekipą z Berlina?
WZ: To wcale nie było takie łatwe zadanie. Praca z twórcami, którzy przyjeżdżają z bardzo jasno założonym celem - podążać po Olsztynie śladami prababci partnera reżysera - jest z góry obudowana dużą liczbą założeń. Pojawiało się pytanie, na ile w ogóle chcemy ingerować w tę historię. Była też kwestia tego, jak w samej berlińskiej ekipie mieszało się prywatne i zawodowe. Ludzie, którzy pracowali ze sobą już wcześniej, spotkali się przy temacie, który - jak okazało się w trakcie naszej pracy - jest nie tylko filmową opowieścią, ale też prywatną drogą samego reżysera. Jego próbą budowania własnej tożsamości czy wręcz przejmowania jej od kogoś innego.
Jednym z zabiegów w „Olsztynie. Instrukcji obsługi” jest też pewnego typu gra z publicznością. Widz sam decyduje, na ile ufa sytuacji, którą ogląda na scenie. Na czym waszym zdaniem polega siła tego narzędzia? Co was w nim pociąga?
WZ: Mnie - pytanie o to, jak daleko można zabrnąć. W ramach instytucji, w ramach bycia twórcą, czyli osobą, która ma paszport, żeby w teatrze zaprosić widza do pewnego świata. Gdzie leży granica budowania tego świata? Jak daleko jako twórczyni mogę kogoś pociągnąć, nie tracąc jego zaufania? W którym momencie widz uzna, że to, co robię, przestaje być autentyczne? Teatr jest świetnym medium do sprawdzania granic rzeczywistości i fantazji. Kiedy ktoś przychodzi na spektakl, ma mnóstwo zaufania do sytuacji, w której się znajduje. Jest rytuał: szatnia, łazienka, szukanie miejsca, wyciszenie telefonu. Na scenie coś się zaczyna, wsiąkasz w fotel - i patrzysz, jak dzieją się rzeczy. Ja sama - mimo tego, że zajmuję się zawodowo teatrem - jestem takim widzem, który jest bardzo naiwny. Wierzę we wszystko, co ktoś podaje mi ze sceny. Wychodzę i dopiero po chwili łapię się na myśli, że może to wcale nie była prawda, może ktoś to wszystko wymyślił.
KS: To tak naprawdę praca nad budowaniem kolejnej ścieżki fabuły, drugiej linii dramaturgicznej. Zabawa na poziomie tego, co dzieje się poza oglądaniem samego spektaklu, wejściem na godzinę czy dwie do teatralnego świata. Dla mnie zawsze było to fascynujące. Co jest prawdą? Co jest fikcją? Czy narrator jest wiarygodny? Z perspektywy widza takie działania otwierają też duże pole do zadawania sobie pytań o własne wrażenia i reakcje. Wychodzimy ze spektaklu i myślimy: czy to, co się stało na scenie i obok sceny, było dla mnie źródłem dyskomfortu, czy przeciwnie, przyjemnie mnie masowało intelektualnie? Nie zastanawiamy się wtedy tylko nad fabułą, ale też nad tym, co zadziało się wokół niej.
***
Weronika Zajkowska jest reżyserką, dramaturżką i performerką. W 2026 roku ukończyła Akademię Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. W swojej praktyce interesuje się teatralnym backstage’em. Traktuje teatr nie tylko jako gotowy spektakl, ale jako całość zaprojektowanego doświadczenia – obejmującego zarówno to, co dzieje się na scenie, jak i wszystko, co wydarza się wokół niej.
Współpracowała m.in. z Volksbühne w Berlinie, Starym Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, Teatrem im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Teatrem im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatrem Polskim we Wrocławiu, Teatrem Polskim w Bydgoszczy, Teatrem Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, Teatrem im. Stefana Jaracza w Olsztynie oraz Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu.
Pracowała m.in. z Emmą Hütt, Katarzyną Kalwat, Anną Smolar, Agnieszką Jakimiak i Mateuszem Atmanem, Karoliną Szczypek oraz Pawłem Słomińskim.
Jest laureatką Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach 15. edycji Festiwalu Młodej Reżyserii w Krakowie oraz nagrody Debiut TR. Otrzymała również rezydencję dramaturgiczną w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach oraz rezydencję Wyspiankiss w Teatrze Śląskim w Katowicach.
Karolina Szczypek zajmuje się reżyserią, dramaturgią oraz pisaniem tekstów dla filmu i teatru. Jest również edukatorką równościową i działaczką społeczną.Współpracowała m.in. z Teatrem im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, Teatrem Dramatycznym w Wałbrzychu, Teatrem Zagłębia w Sosnowcu i Teatrem Współczesnym w Szczecinie. W 2026 roku współpracowała z TR Warszawa, gdzie odpowiadała za dramaturgię spektaklu „Bardzo długa i powolna katastrofa tramwaju nr 26” w reżyserii Julii Nowak.
Jej dyplomem reżyserskim w Akademii Teatralnej w Warszawie był współtworzony z innymi osobami artystycznymi „Spektakl dyplomowy, czyli parę piosenek o przemocy w teatrze” (2020). Praca wywołała szeroką dyskusję o hierarchii i nadużyciach władzy w środowisku teatralnym. Za spektakl Szczypek została wyróżniona w ramach Nagrody Debiut TR 2021.
Jej dramat dla młodzieży „Łapacz snów” otrzymał główną nagrodę w Konkursie na Sztukę Teatralną dla Dzieci i Młodzieży Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu (2021). Za scenariusz spektaklu Teatroteki „Długo nic, a potem wcale” w reżyserii Fryderyka Najdy otrzymała nagrodę specjalną na Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” w Katowicach (2024).
W 2026 roku Teatr Telewizji pokazał jej „Punkty tkliwe” – opowieść o chorującym ciele, queerowej czułości i strukturach władzy. Spektakl znalazł się w programie tegorocznego festiwalu „Interpretacje”. Jej dramat „pauza bezpieczeństwa” został zakwalifikowany do finału konkursu „Narracje Nieobecne” (2026).
Wspólnie z Jakubem Radejem napisała scenariusz filmu fabularnego „MnieNie”, zrealizowanego w Studiu Munka, którego premiera zaplanowana jest na 2027 rok.
Jako stypendystka m.st. Warszawy w dziedzinie literatury (2025) przeprowadziła cykl rozmów „Też tu jesteśmy” z Białorusinkami i Białorusinami, którzy z powodów politycznych musieli opuścić swój kraj. Jest kuratorką projektu „Język kultury”, w ramach którego osoby z doświadczeniem uchodźczym i migranckim uczestniczą w spotkaniach w instytucjach kultury i przestrzeniach sztuki, rozwijając kompetencje językowe i wymieniając się praktykami artystycznymi.