16.06.2021, 10:07 Wersja do druku

Między antykiem a współczesnością

"The Rape of Lucretia" Benjamina Brittena w reż. Kamili Siwińskiej w Polskiej Operze Królewskiej w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Karpati & Zarewicz

„Gwałt na Lukrecji” („The Rape of Lucretia”) Benjamina Brittena, wyróżniającego  się w tej samej mierze talentem kompozytorskim, co dramaturgicznym, przygotowany przez Kamilę Siwińską (reżyseria, scenografia i wizualizacje) w Polskiej Operze Królewskiej to jak dotąd najciekawiej zrealizowany spektakl w tym urokliwym miejscu Parku Łazienkowskiego. Przede wszystkim pojawiły się w tej bardzo współczesnej realizacji wizualizacje zrywające z królującymi dotąd obłoczkami i innego rodzaju landschaftami, najczęściej dość banalnymi i natarczywymi, niewiele wnoszącymi w kształt i tradycyjną estetykę stosowanej konwencji. Przepiękna muzyka Brittena, iskrząca się wielością nawiązań do Purcella, Schönberga  czy nawet momentami do Verdiego czy Rossiniego, w interpretacji Liliany Krych (kierownictwo muzyczne) potrafiącej wydobyć z niej zarówno piękno i prostotę, a także nic nie gubiącej z kompozytorskiego kunsztu, doskonale współgrała ze wszystkimi rozwiązaniami scenicznymi reżyserki, która postanowiła w POK podejść po raz drugi do dzieła autora „Dokręcania śruby”. Warto zresztą sięgnąć do operowego programu, albowiem obydwie artystki bardzo sugestywnie opowiadają w nim jak czują, rozumieją i jakie widzą związki z możliwościami teatralnymi w muzyce angielskiego kompozytora. To porozumienie realizatorek i głębokie wniknięcie w odczytanie  partytury przynosi w efekcie spektakl w emocjach szalenie intensywny, wydobywający całą magię muzyki Brittena, olśniewający kreacyjną siłą wszystkich obrazów, pełnych tajemniczości i pozbawionych interpretacyjnych oczywistości.

Istotnym elementem jest tiulowa kurtyna, skrywająca za sobą rysunki postaci układające się w pełne mroku jakby geometryczne figury. Dominującym kolorem jest błękit, raczej delikatny. W kostiumach, bez cienia rodzajowości ale i agresywności, widoczne są ozdoby z szyfonu, który odegra też znaczącą funkcję w trudnej do zainscenizowania scenie gwałtu. Tarquinius (ekspresyjny Piotr Halicki) będzie zdzierał z Lukrecji (Dorota Lachowicz oddając cierpienie wspaniale brzmi szczególnie w niskich rejestrach) kolejne warstwy materii będącej za każdym razem wymownym symbolem  utraty części samej siebie. W ogóle bardzo znaczące w tym przedstawieniu jest zderzanie i konfrontowanie ze sobą poszczególnych obrazów, światów i rzeczywistości i ich powolne w przemieszczaniu przenikanie. „Gwałt na Lukrecji” w swojej artystycznej osobliwości jest bowiem utworem, w którym owo przenikanie następuje na kilku płaszczyznach – zarówno w warstwie scenicznego gatunku, jak i kontekstów kulturowych pochodzących z różnych czasów. Dlatego też spektakl Siwińskiej w swojej kameralności dość wyraziście dryfuje w kierunku przypowieści czy pozbawionego artystowskiego napuszenia misterium, nie tracąc nic z tego, co stanowi  podstawę konfliktu, w tym przypadku dotykającego zjawiska przemocy. Sposób w jaki realizatorzy artykułują scenicznie aspekty, dotyczące prób zdominowania kobiety przez mężczyznę, mocno współgra z tym wszystkim, co w tym obszarze dzieje się dzisiaj, szczególnie w naszym kraju z wybuchającymi wciąż na nowo konfliktami w środowiskach akademicko-artystycznych, ale też z całą światową akcją #metoo.

fot. Karpati & Zarewicz

Wszyscy soliści w tej oszczędnej scenicznie wizji grają swoje role ze sporą dawką przejęcia, co nie znaczy, że z egzaltacją, niekiedy może tylko zbyt mocno idącego w kierunku demoniczności jak u Juniusa w wykonaniu Witolda Żołądkiewicza. Najbardziej stonowany w emocjach jest Collatinus, mąż tytułowej bohaterki, w interpretacji Sławomira Jurczaka. Kontrastuje z dwoma pozostałymi protagonistami, którzy nie mogą się pogodzić  z niewiernością swoich żon, ale też belką w ich oku stoi wierna postawa żony Juniusa.

Warszawski „Gwałt na Lukrecji” poprzez niespieszność akcji, narracyjną statyczność wielu scen, również tych z udziałem chóru (dobry ruch sceniczny Tobiasza Berga; w partii zwanej Male Chorus znakomicie wokalnie odnajduje się Rafał Żurek) jest dziełem, pomimo narastającego dramaturgicznie napięcia, mocno hipnotyzującym i zachęcającym do kontemplacji. Inscenizacja Siwińskiej jest spektaklem bez wątpienia w formie wyrafinowanym, który interesująco i nowocześnie próbuje łączyć to, co najpiękniejsze w sferze języka muzycznego, z treściami ponadczasowymi i siłą ich głębokiej refleksji.

Tytuł oryginalny

Między antykiem a współczesnością

Źródło:

Teatr dla Wszystkich online

Link do źródła

Autor:

Wiesław Kowalski

Data:

15.06.2021