EN

22.05.2023, 12:52 Wersja do druku

Michał Bałucki w lubelskim Teatrze imienia Osterwy: między moralizowaniem i zabawą

„Ciężkie czasy” Michała Bałuckiego w reż. Redbada Klynstry-Komarnickiego w Teatrze im. Osterwy w Lublinie. Pisze Piotr Zaremba w portalu i.pl.

fot. Dorota Awiorko / mat teatru

Wciąż się zastanawiam, czy Redbad Klynstra, jeśli chciał nas zaprosić do debaty serio na temat cech Polaków, powinien wystawiać akurat „Ciężkie czasy” Michała Bałuckiego. A zarazem dostaliśmy całkiem efektowny spektakl.

Chwaliłem ostatnie premiery lubelskiego Teatru imienia Juliusza Osterwy: „Historyję o chwalebnym zmartwychstaniu pańskim” Mikołaja z Wilkowiecka (reżyseria Jarosław Gajewski) i „Wspaniały świat” według Aldousa Huxleya (reżyseria Piotr Ratajczak). Do tej kolekcji należałoby też dorzucić znakomity monodram Daniela Salmana według „Sonaty Kreutzerowskiej Lwa Tołstoja (reżyseria Łukasz Lewandowski). Czekałem jednak na jakiś programowy manifest, a przynajmniej sygnał samego dyrektora Redbada Klynstry. No i doczekałem się: premiery „Ciężkich czasów” Michała Bałuckiego w jego reżyserii.

Bałucki zawsze będzie mi się kojarzył ze staroświeckim jegomościem wykreowanym przez Jerzego Bińczyckiego we wspaniałym serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, będącym syntezą portretu Krakowa u schyłku XIX i na początku XX wieku. Bałucki-Bińczycki miota się po Plantach w poczuciu zaszczucia przez literackich konkurentów, nie szanujących dawnych wielkości młodopolaków, aż po samobójczy strzał na ławeczce na Plantach.

Jego komedie były kiedyś lubiane przez teatry. Dziś kwalifikowane jako ramotki, grywane są już rzadko. On sam był dziwną mieszaniną tradycjonalizmu (zwłaszcza co do formy, ale i co do niektórych mniemań) i liberalizmu. Jego „postępowość” realizowała się jednak tylko w łagodnych przyganach wobec takich czy innych elit, albo i elitek, wyśmiewanych przez niego za życiowe słabości i anachroniczne obyczaje.

Konserwatysta czy liberał?

Co można znaleźć dziś w „Ciężkich czasach” (premiera 1889 roku, lat 12 przed śmiercią Bałuckiego). Klynstra wytropił, że galicyjskie ziemiaństwo poczuło się ciężko urażone tym pamfletem na snobizm i życie ponad stan w pewnej okolicy. Że protestowano w prasie uznając Bałuckiego za burzyciela autorytetów, nieledwie wywrotowca.

Oto w sztuce brać szlachecka tamtej sportretowanej okolicy jest przekonana, na podstawie plotek, że pojawi się u nich aby kupić ziemię pewien książę z Wiednia. Dochodzi do towarzyskiej mobilizacji sprzedawanej jako patriotyczna misja. Domyślacie się zapewne końca tego zamieszania.

Tekst ma kilka zabawnych dialogów i zwrotów akcji, trochę jednak obciążonych, zwłaszcza czym bliżej końca, dydaktycznym smrodkiem. Wygrywają w tej fabule rzecznicy skrajnych oszczędności – moralizujący asceta pan Żuryło, pouczający szlachtę żeby żyła bez szaleństw, i jego rzetelny syn. Co zresztą zostaje uwieńczone mariażem tegoż syna z córką dziedzica Lechickiego, który także ma dobre cechy, chociaż się pogubił.

Po drodze mamy też popisy Bałuckiego jako jednak konserwatysty, napominającego młode pokolenie, aby pamiętało o dawniejszych cnotach. Syn Lechickiego Julek czy syn Kwaskiewiczów Leonidas są przedstawiani jako trutnie. Ojciec Julka ogląda się w przeszłość. Jak sugeruje komediopisarz jednak lepszą.

Klynstra lubi przedstawiać starą klasykę jako okazję do rozważań o współczesnym polskim społeczeństwie. Tak objaśniał w roku 2020 swoją wersję „Zemsty” Aleksandra Fredry w Teatrze Telewizji. Miała być o „podzielonym narodzie”, także tym dzisiejszym. Przy czym na szczęście nie do końca zmienił klasyczną komedię, jedną z najlepszych, jaka przytrafiła się Polakom, w manifest. Było tam nadal sporo komizmu, choć były też błędy obsadowe, które nie pomogły w wykorzystaniu owych komicznych walorów do końca.

Tu akurat pan dyrektor poszedł krok dalej. W tle mamy stosy krzeseł, symbol jak rozumiem upiorności i porażki salonowego życia (scenografia Marcina Chlandy). Tworzy to jednak klimat apokalipsy, na pewno nie z tamtych „ciężkich czasów”. Współcześnie i też trochę apokaliptycznie pobrzmiewają sola na perkusji Szymona Miśniaka.

Reżyser zawiesił fabułę jakby między epokami. Ubrania ziemiańskich bohaterów (kostiumy: Emil Wysocki) są stylizowane bardziej na elegancję współczesną, nawet jeśli w pewnym momencie pan Lechicki wdziewa kontusz. Kosmopolityczne pokusy symbolizują dialogi w popsutej dzisiejszej angielszczyźnie itd.

Bałucki wieszczem?

Ma to więc być traktat o nas Polakach – bardziej współczesnych niż tych z końca wieku XIX. O tym, że przeglądamy się w zachodnich gadżetach, że się sadzimy i podlizujemy zagranicy trwoniąc przy okazji czas i pieniądze. Coś z tego samego klimatu było w adaptacji „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej dokonanej w Teatrze imienia Juliusza Osterwy jeszcze przed dyrekcją Klynstry. Tam również mieliśmy karykaturę salonu, ale mieliśmy też poważną dysputę o kosmopolityzmie. Nauki Bałuckiego brzmią niby równie pozytywistycznie.

Tyle że autorzy inscenizacji „Nad Niemnem”, Hubert Sulima i Jędrzej Piaskowski, nie dokonywali aż tak fundamentalnej inwersji czasowej. No i tamten tekst brzmiał bardziej przenikliwie. Klynstra postanowił jednak nadać „Ciężkim czasom” prawdziwy ciężar. Administrator Matlachowski (w tej roli Daniel Salman), będący tu swoistym sumieniem całego towarzystwa, przemawia już blisko początku wierszem Czesława Miłosza. Z kolei kiedy syn Kwaskiewiczów Leonidas (Michał Czyż) ma wygłosić wiersz okolicznościowy na powitanie obcego księcia, spodziewamy się grafomanii (zgodnie z logiką tej komedii), a dostajemy Juliusza Słowackiego z „Grobu Agamemnona”, z jego memento: „Pawiem narodu byłaś i papugą. A teraz jesteś służebnicą cudzą”.

Nie zawsze jest to spójne dramaturgicznie. Zabawny Leonidas nie bardzo się nadaje na krytycznego komentatora rzeczywistości, nawet jeśli pokrzykuje coś o szkołach dla ludu. Ale przede wszystkim robi to wrażenie strzelania z potężnej armaty do wróbelków. Bałucki nie jest wieszczem i pasowanie go do tej roli wymaga upychania kolanem, cokolwiek na siłę.

Doznawałem więc na tym przedstawieniu zdziwień i dysonsansów. Wciąż się zastanawiając, co powinien tak naprawdę wystawić Redbad Klynstra, jeśli chciał nas zaprosić do debaty serio na temat cech Polaków, a może tylko dziedzictwa szlachczczyzny.

Jednak zabawa w teatr

Wypada jednak dodać coś jeszcze. Niespójności niespójnościami, przesada przesadą, ale przecież aktorzy zagrali to zaskakująco lekko wydobywając z tekstu nawet więcej, niż on mieścił. Szarżując chwilami w kierunku groteski, ale przecież nie przekraczając granic. A kiedy rzucili się na koniec do muzycznego finału, odnalazłem w tym spontaniczną radość z robienia teatru. Podobne wrażenie miałem patrząc na finał „Nad Niemnem”.

Mamy na scenie całą galerię zabawnych typów. Włodzimierz Dyła jako Lechicki kojarzy się z Benedyktem Korczyńskim, którego także zagrał, tyle że ten nastroszony sarmata bez sarmatyzmu jest tu jakby lżejszy, mniej obciążony dylematami. Rodziny: wiecznie zestresowanych Kwaskiewiczów: Tomasz Bielawski, Marta Ledwoń, Michał Czyż oraz nadętych, pozujących Giętkowskich: Artur Kocięcki, Magdalena Sztejman, Edyta Ostojak fundują nam efektowne szoł, podobnie jak podstarzały szaławiła Bajkowski – Paweł Ferens. Poza wszystkim to sztuka wieloobsadowa, gdzie liczy się umiejętność markowania zbiorowego fermentu i zgiełku. I oni robią to bardzo sprawnie.

Wyrazisty jest Wojciech Rusin jako udający powagę, a tak naprawdę pogubiony w swoich sprawkach Julek. I wyraziści są nawet grający postaci w zasadzie pozytywne: Krzysztof Olchawa (Żuryło), Adam Rosa (jego syn Karol) czy Magdalena Zabel (córka Lechickiego Bronia). Czasem ich skłonność do bawienia się postaciami buduje dodatkowe konteksty. Żuryło-moralista Olchawy może i ma racje, ale jest nieznośny, drażniący. Na tym tle postacią z trochę innej bajki jest Matlachowski Daniela Salmana, subtelny, poetycki komentator. Podobnie jak napastliwa panna z niższej sfery Natalka (Hanna Brulińska) przybywająca zamiast księcia aby skompromitować Julka.

Można się zastanawiać nad literackim wyborem Redbada Klynstry. „Ciężkie czasy” w stanie czystym wydają się odrobinę zbyt błahe. Z kolei przyrządzone jako groteska o współczesnych elitach nie wszędzie się domykają. Tak się jednak złożyło, że jako spektakl to dziwne połączenie zadziałało w sumie dobrze. Wygrał profesjonalizm i umiejętność delektowania się teatrem. A to dziś dużo.

Tytuł oryginalny

Michał Bałucki w lubelskim Teatrze imienia Osterwy: między moralizowaniem i zabawą

Źródło:

i.pl
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

21.05.2023