13 czerwca swoje urodziny obchodzi Michał Bajor – artysta wyjątkowy, wymykający się prostym definicjom. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Aktor, piosenkarz, interpretator poezji, człowiek sceny, który od ponad pięćdziesięciu lat pozostaje wierny własnej artystycznej drodze. Dla jednych jest przede wszystkim wykonawcą piosenek Jacques’a Brela, dla innych niezapomnianym Neronem z „Quo vadis”, jeszcze dla innych jednym z najciekawszych aktorów swojego pokolenia. Dla mnie pozostaje przede wszystkim artystą teatru.
Miałem szczęście oglądać Michała Bajora zarówno na scenie Teatru Ateneum, jak i w Teatrze Telewizji. Dziś, gdy świętuje kolejne urodziny, wracają wspomnienia tych spotkań z jego talentem.
Pamiętam młodego Bajora z „Fantasticks” Harvey’a Schmidta i Toma Jonesa w reżyserii Jagienki Zychówny. Jako Matt wnosił na scenę świeżość, naturalność i młodzieńczą energię. Była w tej kreacji szczerość, która sprawiała, że publiczność natychmiast obdarzała go sympatią. W tamtym czasie trudno było jeszcze przewidzieć, jak wielką indywidualnością artystyczną się stanie, ale już wtedy zwracał uwagę kulturą słowa i niezwykłą muzykalnością.
Kilka lat później oglądałem go w spektaklu „Brel”. To właśnie tam objawiła się jedna z najważniejszych cech jego sztuki – umiejętność interpretowania tekstu. Bajor nigdy nie był zwykłym wykonawcą piosenek. Każdy utwór stawał się małym teatralnym monodramem. Nie śpiewał Brela – on opowiadał Brela. Potrafił wydobyć z tych utworów emocje, które pozostawały z widzem długo po zakończeniu przedstawienia. Do dziś uważam ten etap jego kariery za jeden z najważniejszych momentów polskiej piosenki aktorskiej.
Interesujące było także jego uczestnictwo w spektaklu „Niebo zawiedzionych” według Bertolta Brechta. Bajor od początku ciążył ku repertuarowi ambitnemu, wymagającemu nie tylko warsztatu, ale również intelektualnej wrażliwości. Nigdy nie szukał popularności za wszelką cenę. Zawsze wybierał teksty, które stawiały pytania o człowieka, jego miejsce w świecie i odpowiedzialność za własne wybory.
Równie ciekawie rozwijała się jego kariera w Teatrze Telewizji. W pamięci pozostał mi przede wszystkim jako Eugeniusz Marchbanks w „Candidzie” George’a Bernarda Shawa. Była w tej roli subtelność i liryzm, które doskonale współgrały z jego sceniczną osobowością. Z kolei w „Irydionie” Jan Englert powierzył mu postać Heliogabala – rolę zupełnie odmienną, pokazującą jego zdolność do budowania bohaterów niejednoznacznych i pełnych wewnętrznych napięć.
Warto przypomnieć również jego udział w telewizyjnym „Procesie” Franza Kafki w reżyserii Agnieszki Holland i Laco Adamika. Choć była to niewielka rola, Bajor znalazł się wśród twórców jednego z najciekawszych przedsięwzięć Teatru Telewizji początku lat osiemdziesiątych. Podobnie było w „Samotniku”, „Elżbiecie królowej Anglii”, „Przyjdę do pani znów za rok” czy „Grzechotce”. Każda z tych realizacji potwierdzała jego wszechstronność i umiejętność odnalezienia się w bardzo różnych konwencjach teatralnych.
Patrząc dziś na jego dorobek, można odnieść wrażenie, że Michał Bajor od początku wiedział, jakim artystą chce być. Nie gonił za modami. Nie próbował dostosowywać się do zmieniających się trendów. Zamiast tego konsekwentnie budował własny świat artystyczny oparty na szacunku dla słowa, muzyki i widza.
Jego siła zawsze tkwiła w interpretacji. Niezależnie od tego, czy stawał na scenie jako aktor dramatyczny, bohater musicalu czy wykonawca recitalu, najważniejsze było słowo. Bajor należy do tych artystów, którzy rozumieją, że tekst ma swoją wagę, rytm i melodię. Potrafi wydobyć z niego znaczenia niedostrzegalne przy pierwszym kontakcie. Dlatego jego twórczość pozostaje tak trwała.
Dziś, w dniu jego urodzin, warto przypomnieć, że Michał Bajor jest nie tylko gwiazdą estrady i popularnym piosenkarzem. Jest przede wszystkim człowiekiem teatru. Aktorem, który wyrósł z najlepszych tradycji polskiej sceny i który przez dekady udowadniał, że sztuka może być jednocześnie piękna, mądra i głęboko poruszająca.
Za wszystkie te role, za niezapomniane interpretacje i za konsekwentną wierność własnej drodze artystycznej – dziękuję. I życzę kolejnych lat spędzonych na scenie, bo takich artystów polski teatr potrzebuje szczególnie.