„Żar” według Sándora Máraiego w reż. Jana Englerta z Teatru Polonia w Warszawie gościnnie w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.
Łaźnia Nowa wciąż istnieje, ale głównie jako miejsce występów gościnnych. A to Boska, a to Rara, a to afterek po Boskiej (Ciemności kryją ziemię z Teatru Wyżebrze), a to after po afterku (Żar z Polonii), a to poprawiny, ostatki, dorżnięcie (The Employees z Pałacu Kultury)… Od kiedy w repertuarze zabrakło Pakuły, mało gra się w Łaźni. Liczę, że ten trend odwróci młody twórca Tomasz Fryzeł swoim Kopistą Bartlebym, produktem firmowym nowohuckiej sceny. Bardzo czekam na ten spektakl, dawno bowiem nie widziałem Adama Borysowicza, artysty scen polskich, do którego akurat jak ulał pasuje słynny osobatyw „osoba aktorska”, nawet „osobistość”. Wróćmy jednak do tematu.
Żar nie jest „z Polonii” ani „Máraiego”, ani w jakiejś „reżyserii”. Żar jest spektaklem z Englertem, Olbrychskim i Komorowską. Wszyscy przyszli na obsadę i nikomu się nie dziwię. Nie napiszę wprawdzie, że takich aktorów już nie ma, bo, jak widać, są, ale że nie ma komu ich zastąpić – o, tak, to owszem. Takich aktorów już nigdy nie będzie. Długo się zastanawiałem, jak spuentować ten akapit, lecz kapituluję wobec prawdziwości poprzedniego zdania.
W Starym przed weekendem grali starożytne Panny z Wilka, a tu, w Łaźni, dali lepsze, bardziej źródłowe, korzenne, bo opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza żyje dzisiaj raczej jako film Andrzeja Wajdy: Olbrychski i Komorowska znów w jednym ensemble’u. Występują razem, ale szansę, by się spotkać i spokojnie porozmawiać, mają tylko na backstage’u, bo nie przewidziano dla nich żadnej wspólnej sceny. Gdyby normy wypłacano od tekstominuty, od liczby znaków do wrycia na pamkę, 60% dostałby Jan Englert, 35% Olbrychski, a 5% Komorowska.
Dzieło wysokiego ryzyka. Jak nie zamordować widzów czystym podawaniem tekstu? Lista twórców nie przewiduje choreografa, didżeja ani koordynatora scen intymnych, a reżysera świateł wymienia raczej tylko grzecznościowo, bo takie światła ustawić to i ja bym umiał. Co zatem zostaje? Aktorzy i kwestie. Najnowsza odsłona in yer face theatre.
Sándora Máraiego zagrano w przekładzie z lingua universalis, a nie jakiegoś tam ugrofińskiego. Po prostu adaptator istotniejszy od autora. Trzeba jednak przyznać, że Christopher Hampton, znany nam dramatopisarz, umi przepisywać cudze. Stworzył wartki threesome na dwóch mężczyzn i służącą, a w zasadzie duet typu buddy movie, a jeszcze ściślej monodram, drugi z panów bowiem ma zadanie siedzieć i uważnie słuchać. Olbrychski wspaniale wypełnił zadanie. To jest część magii teatru, że nie musisz patrzeć na tego, kto gada. Nic nie ujmując Janowi Englertowi!
Chamber piece Englerta wyszła może nieświadomie, lecz mocno lupicznie. Spektakl jest przepauzowany i chwała mu za to. Tutaj, jak u Lupy, nikomu się nie spieszy, lecz, inaczej niż u Lupy, metraż nie obejmuje od trzech do pięciu godzin zegarowych. Jeśli dzieło trwa wpunkcikowe 95 minut, może spokojnie przynudzać. Tekst ma czas i miejsce wybrzmieć. Czujemy lupowski feeling, widzimy lupowy dekor.
Fabuła jak w strzelance. W pierwszej scenie wyciąga się broń palną z szuflady, a potem rozmawia przeważnie o celowaniu. Nie będzie to fuzja u Czechowa – prr, nie będę zdradzał. Opowieść dotyczy starej przyjaźni dwóch mężczyzn. Pożarli się przed laty, wiadomo, o babę, ale ja tu widzę potencjał homospołeczny, prawie że niewydobyty w tej inscenizacji. W moim odczytaniu panowie się spotykają z racji chemii własnej. Dobra, powiedzmy „platońskiej” (nie wiem, czy małą, czy dużą po reformie ortografii). Padają słowa o „palącej namiętności, która nadaje sens życiu” i o „erotyzmie niemającym nic wspólnego z ciałem”. Niech i tak będzie.
Uwielbiam spektakle, gdzie na stage’u mamy backstage, zascenie, kulisy, skryte korytarze. Do magii teatru dołącza tajemnica teatru. A na koniec wchodzi Maja Komorowska, mówi jedno zdanie, którego nie zaspojluję, a nas zatyka z najprawdziwszego wzruszenia. „Nieważne, jak długo aktor jest na scenie – ważne jak. Dwie, trzy minuty wspaniałego teatru” (Thomas Bernhard, Rodzeństwo).
Uszate fotele, niedeklaratywność, wysokobiałkowe grańsko na wielkiej literaturze, legendy aktorstwa. Z jakiegoś powodu przedstawienie wyprzedane już do końca maja, czyli na razie na amen. Gdyby tak wyglądał teatr, to bym chodził do teatru.
Borczuch, spytany w wywiadzie, po co uprawiamy sztukę, odpowiedział: „Sam się nad tym często zastanawiam. Zadałem kiedyś to pytanie żonie pewnego artysty wizualnego z RPA. Jest lekarką. Odpowiedziała mi, że sztuka jest podstawą utrzymania zdrowia psychicznego w społeczności. W sztuce chodzi nie o pocieszenie, ale o alternatywę, dzięki której wiemy, że przestrzeń, w której żyjemy na co dzień, nie jest jedyną rzeczywistością, w której możemy się poruszać”. NO I, KURDE, WŁAŚNIE. Żar Jana Englerta istotnie się od różni od zwykłej dzisiaj podaży teatru polskiego i tą swoją osobnością, alternatywnością, dowodzi czegoś ważnego: inny świat jest możliwy.