Logo
Recenzje

Memento mori… et carpe diem!

19.06.2026, 09:50 Wersja do druku

„Beetlejuice” Scotta Browna, Anthony'ego Kinga i Eddiego Perfecta w reż. Jacka Mikołajczyka w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Pisze Małgorzata Jęczmyk-Głodkowska na stronie „Z Pierwszego Rzędu”.

fot. Artur Wacławek

Najpierw jest uroczysty pogrzeb. Niedługo potem (uwaga – spoiler!) ginie para głównych bohaterów: Barbara i Adam. Byli nieco roztargnieni za życia, toteż w nowej dla nich, pośmiertnej sytuacji tym bardziej potrzebują przewodnika. I oto zjawia się, cały na czarno-biało, niejaki Betelgeuse* (wymawiany jako Beetlejuice) – prowokujący, bezczelny, raczej nieświeży i całkiem nieżywy truposz-voyeur, dokonujący ekscentrycznych wyborów modowych i hałaśliwy niczym Metallica na Śląskim. Ot, Wergiliusz taki – na miarę czasów i możliwości. Z impetem przejmuje dom, umrzyków-żółtodziobów oraz scenę. To początek zupełnie-nie-boskiej komedii będącej prawie trzygodzinną jazdą bez trzymanki na pustynnym czerwiu, w Zaświaty i z powrotem, z krótką przerwą na oddech (nie mylić z ostatnim tchnieniem).

Mogłabym napisać, że zaczęło się od Tima Burtona i jego filmu „Sok z żuka” z 1988 roku. Ale tak naprawdę rozpoczęło się przecież dużo wcześniej. Dawna literatura plebejska czy sowizdrzalska, będąca rewersem wysokiej, żartem oswajała to, co przerażające i ostateczne. Czym innym jak nie próbą rozbrojenia obaw śmiechem były średniowieczne zapustne widowiska, które wywracały na chwilę porządek świata, czy korowody karnawałowych przebierańców z obowiązkową śmiertką w zestawie?
Współczesna popkultura z upodobaniem podąża tym tropem, a Tim Burton ze swoim autorskim stylem opowiadania filmowych historii – mrocznym, a jednocześnie pełnym groteski i czarnego humoru – doskonale się w nią wpisuje. Nic dziwnego, że film „Beetlejuice” okazał się sukcesem.

Warto jednak przy tej okazji pamiętać, że produkcja z 1988 roku była dla twórców musicalu inspiracją, a realizacja wersji scenicznej kilkadziesiąt lat później (broadwayowska prapremiera miała miejsce w 2019) wymagała świeżego spojrzenia i przepisania pewnych kwestii na nowo. Toteż twórcy libretta Scott Brown i Anthony King zmodyfikowali niektóre wątki tak, by dotykały istotnych problemów współczesności. Jest tu zatem i samotność, i nastoletnia depresja, i wgląd w niełatwe relacje: ojciec-córka. A żeby nie było zbyt poważnie, zmiksowano je z ostrą satyrą na pop-coachingowych guru od wszystkiego oraz z historią o duchach, która jest prawie komedią romantyczną – tyle że z martwymi głównymi bohaterami. Całkiem nieźle, jak na jeden musical.

„Beetlejuice”, którego od 16 maja br. można przyzywać trzykrotnie również w Teatrze Rozrywki, to koprodukcja chorzowskiej sceny i warszawskiego Teatru Syrena (właśnie tam 13 września 2025 roku odbyła się polska prapremiera tytułu). Spektakl ma wszelkie atrybuty musicalowego hitu, co potwierdza świetnie przyjęty premierowy set, a także prawie wyprzedane kolejne, wrześniowe spektakle. Nie powinno to zresztą dziwić, jeśli rzuci się okiem na listę realizatorów, którzy powołali to dzieło do (hmmm…) życia.

Zacząć należy niewątpliwie od Jacka Mikołajczyka. Przełożone przez niego libretto brzmi nowocześnie, jest soczyste i skrzy się dowcipem (to prawda, chwilami dalekim od wyrafinowania, o czym lojalnie uprzedzam ewentualnych zgorszonych). Jako zaś doświadczony w materii musicalowej reżyser Mikołajczyk z wyraźną przyjemnością konstruuje groteskowy świat z domieszką melancholii. Tam, gdzie trzeba, swobodnie posługuje się przerysowaniem, uzyskując komiksowy efekt inscenizacyjny, ale potrafi także uderzyć w tony bardziej liryczne, by zatrzymać uwagę widowni na kwestiach poważniejszych. Dzięki sprawnej pracy reżyserskiej przedstawienie nie traci rytmu i jest czytelne mimo zawrotnego w wielu momentach tempa.

Wspomniane tempo wynika z dramaturgii musicalu, a podbija je bardzo dynamiczny ruch sceniczny. Wymaga on od wszystkich artystów dużej czujności i bycia „w punkt”, ale szczególne zadanie spoczywa na barkach chorzowskiego zespołu baletowego. W choreografii zaproponowanej przez Barbarę Olech po raz kolejny oczarowuje on swoim kunsztem i wszechstronnymi umiejętnościami, szczególnie w energetycznych, wykorzystujących różne formy tańca nowoczesnego scenach zbiorowych.
Muzyka w wykonaniu orkiestry Teatru Rozrywki pod batutą Michała Jańczyka punktuje mroczno-komediową atmosferę przedstawienia. Piosenki skomponowane przez Eddiego Perfecta są przebojowe i pełne energii, a ich wykonania nie bez powodu budzą żywiołowe reakcje publiczności.

Mariusz Napierała umiejętnie adaptuje teatralną przestrzeń, budując scenografię, która współtworzy klimat i dramaturgię przedstawienia. Jej główny element to konstrukcja w centralnej części sceny, ukazująca różne poziomy domu Barbary i Adama Maitlandów: w zależności od potrzeb jest to salon z kominkiem i kanapą, sypialnia, strych albo dach. Zaświaty prezentowane są jako otwarta przestrzeń, w której pojawiają się schody czy niespodziewane przejścia. Elementem dopełniającym koncepcję scenograficzną są projekcje Tomasza Grimma, które nawiązują do twórczości plastycznej Tima Burtona. Dynamiczna reżyseria światła Katarzyny Łuszczyk wykorzystuje często zdecydowane kolory; jest to przede wszystkim zieleń, dodająca scenom upiornego kolorytu, ale też róż czy fiolet, podkreślające ich komiksowość.

Eklektyczne kostiumy Anny Adamek, budując charakter scenicznych postaci, czerpią z różnych źródeł. Stroje Barbary i Adama podkreślają zwyczajność sympatycznego małżeństwa z przedmieścia. Steampunkowy wizerunek Lydii nawiązuje do rysunków Tima Burtona i wskazuje na jej buntowniczy charakter. Kostiumy Delii z mocno zaznaczonymi ramionami i wąskimi spódnicami to ukłon w stronę mody lat 80. i ubiorów Catherine O’Hary – filmowej Delii. Pojawiają się też inspiracje modą II połowy XIX wieku (w pierwszej scenie) czy rozmaitymi trendami XX-wiecznymi (widocznymi w strojach mieszkańców Zaświatów). Oczywiście chyba nikt nie wyobraża sobie tej historii bez najbardziej charakterystycznego elementu wizualnego – garnituru Beetlejuice’a w pionowe biało-czarne pasy, który w połączeniu z rozczochranymi włosami i charakteryzacją stał się popkulturowym znakiem rozpoznawczym bohatera. Chorzowski demon paraduje w pięknie zaprojektowanym i uszytym zestawie, budząc zapewne zazdrość innych umarlaków.
Przy okazji warto nadmienić, że wszystkie kostiumy, zarówno do wersji chorzowskiej, jak i warszawskiej, powstały w pracowniach krawieckich Teatru Rozrywki i są dziełem zatrudnionych tam mistrzyń i mistrzów w swoim fachu.

Efektowność musicalu, poza wszystkim innym, zasadza się niezaprzeczalnie na galerii ciekawych bohaterów.
Najbardziej zwyczajni w tym zestawie są Barbara i Adam. Za życia młode małżeństwo realizowało kolejne, hipstersko modne pasje, jak garncarstwo czy renowacja starych mebli. Po śmierci Maitlandowie próbują za wszelką cenę ocalić dla siebie własny dom. W obu wersjach – żywej i martwej – są przesympatyczni, słodko w sobie zakochani i nieco nieporadni. Dobrze mieć sąsiadów jak oni, ale dla aktorów zagranie takich postaci jest wyzwaniem. Aleksandra Dyjas i Hubert Waljewski radzą sobie z tym zadaniem bezpretensjonalnie i z lekkością. Ona obdarza swoją bohaterkę dziewczęcą przebojowością (to Barbara przewodzi w małżeńskim duecie), on daje Adamowi dozę safandułowatości, ale też wiele ciepła. Urzeka oddanie małżonków wobec siebie, zarówno za życia, jak i po śmierci, a w ich relacji nie brakuje humoru. To wszystko sprawia, że nie można im nie kibicować.

Lydia Deetz w interpretacji Aleksandry Rowickiej łączy nastoletni bunt z tęsknotą za mamą i poczuciem bycia kompletnie niezrozumianą przez ojca. Nic dziwnego, że w pewnym momencie łatwiej jej komunikować się z obcymi duchami niż żywymi bliskimi. Aktorka pewnie prowadzi swoją postać, zachowując równowagę elementów komediowych i refleksyjnych, a przerysowując tylko na tyle, na ile jest to charakterystyczne dla nieco egzaltowanej nastolatki.

Paulina Magaj-Szpak zamaszystym gestem zaznacza komiczne cechy swojej bohaterki. Jej Delia jest przesadna, głośna, głupio i ślepo wierząca słowom prywatnego guru, ale przecież niepozbawiona empatii i dobrego serca. W kontrapunkcie do niej przedsiębiorczy Charles grany przez Jarosława Czarneckiego to człowiek pełen rezerwy, trzymający uczucia na wodzy. Otwiera się dopiero w szczerej, wymuszonej przez okoliczności rozmowie z córką, ujawniając skrywany od dawna smutek i niemożność poradzenia sobie ze stratą.

Niewielka rola Anny Surmy jako Maxine – manierycznej i afektowanej niczym influcelebrytka partnerki dostojnego Maxiego (Tomasz Jedz) – to prawdziwa perełka. Wspaniały popis daje Sofiia Popova jako Miss Argentyny w przewrotnym numerze będącym współczesną wersją danse macabre. Początek drugiego aktu należy do Inki Michalik – Harcerki z arytmią, zagorzale sprzedającej ciasteczka. Dagmara Żuchnicka trzęsie Zaświatami jako Juno. Sławomir Banaś po raz kolejny ukazuje komediową intuicję w roli Otha (który zapewne pobierał nauki u Paulo Coelho, bo instamądrościami „o życiu” sypie jak z rękawa eleganckiej i modnej marynarki).

Tytułowy Beetlejuice to kreacja, która wymaga od aktora umiejętności, kondycji, świadomości ciała, ale przede wszystkim osobowości. Podczas próby generalnej z publicznością i premiery zobaczyłam w tej roli Dominika Koralewskiego**, aktora o dużym doświadczeniu, wspaniałej rockowo-bluesowej chrypie w głosie i umiejętności zapadania w pamięć nawet w niewielkich zadaniach scenicznych. Tym razem, jako demon-anarchista o niewyparzonej gębie, prawie nie schodzi ze sceny. Jest temperamentny, bezpośredni, jednocześnie zabawny i sprośny. Bez wysiłku burzy czwartą ścianę, nawiązując kontakt z widownią. Bezwstydnie przekracza granice, a chwilę później rozczula publiczność marzeniem o tym, by ktoś go przytulił i wysłuchał. Koralewski wyciska z tej postaci wszystko, co się da – cały sok z żuka, chciałoby się rzec (i doprawia go pięknymi wstawkami w języku śląskim).

Umiejętnie rozkładając akcenty i zgrabnie balansując pomiędzy konwencjami, w warstwach czarnego humoru przekładanych nutą refleksji i w groteskowym przerysowaniu, jest „Beetlejuice” przewrotną pochwałą życia. Bezczelnym „carpe diem” wykrzyczanym w twarz widowni – wbrew „memento mori”. A może właśnie ze względu na nie głośniejszym i bardziej zuchwałym.

PS Wielkie brawa za piękny i dopracowany w każdym szczególe program spektaklu dla kierowniczki literackiej Teatru Rozrywki Łucji Siedlik (redakcja), Janusza Różańskiego (skład) oraz działu promocji.

* Nazwa: Betelgeuse (w języku polskim: Betelgeza) odnosi się do gwiazdy – czerwonego olbrzyma w Galaktyce Oriona. Nie da się ukryć, że Beetlejuice też stał się gwiazdą popkultury od chwili, gdy pojawił się na ekranie, więc wszystko się zgadza.
** Podczas konferencji prasowej zobaczyłam dwie sceny z udziałem Rafała Talarczyka, który dzieli rolę z Dominikiem Koralewskiem. Jego interpretacja również zapowiada się smakowicie. Mam nadzieję zobaczyć ją podczas wrześniowego setu.

Tytuł oryginalny

Memento mori… et carpe diem! „Beetlejuice”

Źródło:

Z pierwszego rzędu
Link do źródła

Autor:

Małgorzata Jęczmyk-Głodkowska

Data publikacji oryginału:

09.06.2026

Sprawdź także