Jak współcześnie opowiedzieć o dzieciobójczyni, dla której morderstwo miało być odwetem na wrogach i ostatecznym zerwaniem z Jazonem? Kto był wrogiem zdradzonej żony, osamotnionej uchodźczyni w obcym kraju, kochanki, która wystąpiła przeciw ojcu i rodzinie, by ostatecznie doświadczyć porzucenia, czarodziejki bezradnej wobec własnego losu? Jakie tematy wnosi na scenę postać Medei dziś? Do jakich refleksji zachęca odbiorców?
W Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie Medeę wg Eurypidesa wyreżyserował Adam Nalepa. Wobec greckiego mitu to aktualizacja drugiego stopnia – uwspółcześnienie starożytnej tragedii (w przekładzie Jerzego Łanowskiego), rozbudowującej psychologię kobiecej postaci i włączającej opowieść w dyskusję na temat obyczajów czasów Eurypidesa. Modyfikacje i grę znaczeniami zapowiada już tytuł: MeDeA. Typografia wprowadza różne skojarzenia, począwszy od skandowania słowa, przez haft krzyżykowy (tak wystylizowano litery) należący do ulubionych robótek kobiecych, aż do przemiany słowa w głoskowiec, hybrydę. Ostatnie przypuszczenie zachęca do poszukiwań nowych sensów; być może to wskazówka na temat trójkąta relacji: Me (mnie) – De („dzieci" a może „Bóg", czyli wartości? przyszłość?) – A (Argo, Ajetes, Ajson, czyli przeszłość).
W 2026 roku aktualizacja mitu o Medei odbywała się wobec wojny w Ukrainie (tytułową rolę zagrała wybrana w castingu, Hanna Novak; aktorka wypowiada tekst z ukraińskim akcentem, a do dzieci zwraca się po ukraińsku), wobec ruchów antyimigranckich (o czym przypominają napisy i transparenty na ścianach), wreszcie wobec współczesnych relacji damsko-męskich. Wielość kontekstów uruchamianych przez spektakl to oferta dla odbiorcy, ale także niebezpieczeństwo nadmiaru znaczeń: pacyfizm, feminizm, dyskusja o cudzoziemcach, sposobach definiowania słowa Ojczyzna. Starożytny Korynt upodobnił się do polskich miast, w których zatrzymali się uchodźcy, a może nawet do jednego szczególnego miasta ze znaną świątynią, dokąd pielgrzymuje się od wieków.
Akcja rozgrywa się w jakimś rozległym pomieszczeniu, trudnym do jednoznacznego określenia. Może to być schron, ale również miejsce izolacji przybyszów. To przestrzeń industrialna (scenografia Agnieszka Kaczyńska), umieszczona wgłębi jakiejś konstrukcji/ budynku, o czym przekonują schody i drabinka, prowadzące w górę. Za sceną znajdują się jeszcze komnaty Medei i pokój dzieci. Na pewno metamorfozie uległy bohaterki. To one dominują w świecie przedstawionym, zarówno liczebnie (nawet jeśli Chór kobiet korynckich został ograniczony do Ledy; w tej roli Agnieszka Łopacka), jak i jakościowo.
W spektaklu Nalepy każda z kobiet została wyposażona w mitologiczne imię. Zamiast Piastunki Medei mamy Io (Iwona Chołuj), zamiast Wychowawcy synów Medei – Nike (Sylwia Warmus), Chór i Przodownicę Chóru zastępuje Leda, skrzywdzona przez Zeusa i skrywająca ogromny ból, w szerokich spodniach i z rękawicami bokserskimi. Przypomina wojowniczkę, ale bywa też pośredniczką i tłumaczką pomiędzy władcą Koryntu a Medeą. Io i Leda to ofiary chuci Zeusa, więc traktują kobiecość jako jeden z powodów ich uprzedmiotowienia. Najbardziej tajemnicza zdaje się Nike, blond fryzurą przypominająca nieco Julię Tymoszenko, zmęczona, nieco podstarzała, ale i niezwykle rozumna, próbująca ochronić dzieci w czasie wojen, również tych domowych, rozgrywających się w czterech ścianach.
I wreszcie Medea – osobowość destrukcyjna, reagująca na niewierność mężczyzny samo-okaleczeniem, pragnieniem śmierci oraz potrzebą zniszczenia wszystkiego wokół. Kilka atrybutów współczesności zostało wyeksponowanych w sposób szczególny; telefon komórkowy pozwala Jazonowi (Maciej Półtorak) utrwalać teraźniejszość, a także przebywać w równoległych światach: rozmawiać z Medeą oraz korespondować z kimś nieobecnym, a jednak skutecznie zatrzymującym jego uwagę. Z kolei dzieci, idąc do pałacu Kreona z zatrutymi podarkami, zostają wyposażone w pasy szahida; oczekiwanie na wybuch będzie jednym z bardziej przejmujących momentów spektaklu.
Współczesne są również kostiumy (przygotowane również przez Agnieszkę Kaczyńską). Kreon i Jazon, przedstawiciele klasy rządzącej, noszą jasne lśniące garnitury, król Aten, Egeusz okazuje się pielgrzymem ubranym w barwny i funkcjonalny strój. W strojach kobiet dominują kolory czerwone i różowe, nawiązujące do krwi i wojny, rozumianej na wiele sposobów, a koszulka Medei zwraca uwagę na to, co prywatne i intymne. W spektaklu ciekawie ukazano emocje.
Konfrontacja Jazona i Medei polegająca na wystukiwaniu gwałtownego rytmu, zarówno na instrumentach perkusyjnych, jak i przedmiotach codziennego użytku, jest niezwykle ekspresyjna. Równie przejmującym rozwiązaniem jest zastygnięcie i milczenie postaci w punkcie kulminacyjnym kłótni. Nieustępliwe spojrzenia uzupełniają kwestie dochodzące z off-u. Scena niema kończy się przemocą fizyczną, gwałtownym potrząsaniem kobiety.
Postacie boją się fatum, determinizmu i schwytania w pułapkę powtórzeń, jakiejś cykliczności. Ze sceny kilkukrotnie padają słowa: „powiedz, czego nie wiemy" choć przepowiadanie tego, co znane, jest fundamentem kultury. Bohaterki przywołują wprost Eurypidesa, przypominając widzowi, że obserwuje grę starożytnym tekstem. Końcowe zapętlenie dowodzi żywotności mitów, rozgrywanych niepostrzeżenie w każdym czasie, ale i unieważnia ciąg przyczynowo-skutkowy rozpoczęty w przeszłości. We współczesnym świecie, w którym kobieta nie tylko godzi się na odejście mężczyzny, ale często sama o tym decyduje, logika mitu zostaje rozbrojona. Z pokazanego na scenie pomieszczenia można wyjść przecież na zewnętrz, nie używając drabinki czy schodów, prowadzących do pałacu Kreona. Może to sposób, by wymknąć się temu, co zdaje się nieuniknione. I to jest chyba stawka w tym spektaklu. Zamiast fatum, przekonanie, że to decyzje każdej jednostki współtworzą świat; każda reakcja, każda chwila zawahania, każde zaniechanie.