Logo
Recenzje

Make love, not war

31.03.2026, 12:06 Wersja do druku

„Natan” Gottholda Ephraima Lessinga w reż. Piotra Kurzawy w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu. Pisze Marek Zajdler w portalu Nasz Teatr.

fot. mat. teatru

Oświeceniowy dramat Gottholda Ephraima Lessinga „Natan mędrzec” napisany w 1779 roku nie powraca zbyt często na teatralne deski. Filozoficzny tekst z humanistycznym przesłaniem tolerancji religijnej, podlany gęsto sosem dydaktyzmu, z raczej mało spektakularną akcją wystawiono po wojnie jedynie dwukrotnie, nie licząc realizacji telewizyjnej – w Teatrze Narodowym w Warszawie podjęła się tego zadania Natalia Korczakowska, a w 2018 roku w Teatrze Wilama Horzycy w Toruniu, Piotr Kurzawa. Tekst został widać z Kurzawą na dłużej, a może sprawiła to wybuchająca bombami i religijną nienawiścią rozlewająca się z Bliskiego Wschodu rzeczywistość, dość, że postanowił on zrealizować kolejne wystawienie „Natana”, tym razem w Teatrze Powszechnym w Radomiu. Skorzystał przy tym ponownie z najnowszego tłumaczenia Jacka Stanisława Burasa, które choć uwspółcześnia słownictwo, to mam wrażenie jakby czyniło to dość wybiórczo, a część zmian językowych wprowadza na siłę, byle odróżnić się od przekładów poprzedników, co nie wychodzi mu na dobre.

Akcja sztuki rozgrywa się w okresie zawieszenia broni podczas III wyprawy krzyżowej w Jerozolimie, w której, podobnie jak dzisiaj, ścierają się wpływy trzech wielkich religii monoteistycznych: islamu, chrześcijaństwa i judaizmu. Do miasta, wzbogaciwszy się na handlu i ściąganiu długów, powraca powszechnie szanowany żydowski kupiec Natan. Na miejscu dowiaduje się, że jego jedyna córka Recha uratowana została z pożaru domostwa przez młodego krzyżowca Curda von Stauffena. Ten zaś, ułaskawiony jako jedyny z dwudziestu schwytanych templariuszy, zawdzięcza życie samemu sułtanowi Saladynowi, gdyż przypominał mu zaginionego przed laty brata. Chcąc okazać wdzięczność nieoczekiwanemu bohaterowi, Natan zaprasza go do siebie, a powtórne spotkanie młodych rodzi między nimi gorliwe uczucie. Teoretycznie proste sprawy zaczynają się jednak komplikować, a dramat przyjmuje klasycznie analityczną postać stopniowo odkrywając przed widzem prawdę na temat przeszłości głównych postaci utworu. Fabuła roić się zaczyna od nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, a sama intryga i jej rozwiązanie przypominają gmatwaninę serialowej „Dynastii”.

W międzyczasie Lessing w dość mało zawoalowany sposób przekazuje propagowane przez siebie idee tolerancji i swobód wyznaniowych na równi z krytyką uprzedzeń i religijnego fanatyzmu. Dramat „Natan mędrzec” od samego początku ilustrować miał bowiem w fabule przyjętą tezę społeczną i był sposobem autora na obejście zakazu publikacji na tematy religijne, którym zakończył się jego konflikt z Kościołem. Wykorzystał więc w tekście słynną przypowieść, czy jak chce tłumacz, bajkę o pierścieniu, której motyw zaczerpnął z „Dekameronu” Boccacia, ale także osobiste doświadczenia – postać Natana wzorowana była bowiem na przyjacielu Lessinga, żydowskim filozofie Mosesie Mendelssohnie, zaś szwarccharakter – katolicki patriarcha Jerozolimy – na luterańskim teologu i pastorze Johannie Melchiorze Goeze. Kwintesencją wywodu żydowskiego mędrca jest ponadczasowy przekaz, iż żadna z „religii księgi” nie uszlachetnia człowieka bardziej niż inna. Saladyn, którego imię po arabsku oznacza przecież „Dobro Wiary”, przyjmuje przesłanie równoprawności wszystkich religii oraz wolności wyboru duchowej drogi człowieka. Ekumenizm wylewa się sceny naiwną życzeniowością, szlachetny humanizm roztacza wokół aurę nieprawdopodobieństwa, choć pewnie świat byłby piękniejszy, gdyby wszyscy rozumowali podobnie. Swoją drogą znamienne, że pierwszy wysyp realizacji teatralnych dramatu Lessinga nastąpił po atakach 11 września w odpowiedzi na islamski terroryzm, a dziś powraca, gdy bezlitosnym agresorem są modlący się o „przytłaczającą przemoc wobec tych, którzy nie zasługują na litość” amerykańscy fundamentaliści pokroju Hegsetha i izraelscy fanatycy syjonizmu. Paradoksem historii jest, że teatralną reakcją na bliskowschodnią tragedię staje się oświeceniowe dzieło przedstawiające bardzo pozytywny obraz Żydów, które z tego właśnie powodu zakazane było w nazistowskich Niemczech.

Wróćmy jednak do Radomia. Nieco archaiczny w swym metrum tekst zdawał się początkowo sprawiać problemy aktorom, którzy przydługie monologi dość często wygłaszali tradycyjnym wzorem wprost do publiczności nie mając bezpiecznego oparcia w scenografii czy scenicznej dramaturgii. Piotr Kurzawa dokonał skrótów, by tyrady nie przerodziły się w oświeceniową lekturę poglądów autora i na plan pierwszy wysunął delikatnie wątek pochodzenia Rechy. Jednocześnie spektakl zanurzył w onirycznych, przesyconych czułością obrazach wspomnień o zmarłej z rąk krzyżowców żonie Natana, w delikatnie magicznej, przesiąkniętej wschodnią nostalgią muzyce Piotra Salabera i powolnym ruchu obrotówki zmieniającym scenerię wykreowaną przez Małgorzatę Pietraś. Scenerię umowną, której głównym elementem stała się pozbawiona zdobień czy symboli, długa, ażurowa amfilada – wejście do pałacu Saladyna, krużganki klasztoru i fragment domu Natana. Piękna, a jednocześnie przez dłuższy fragment spektaklu wykorzystywana jedynie jako substytut drzwi, co na szczęście uległo zmianie w drugiej odsłonie. Wspomagały ją nieliczne, na poły orientalne detale, wśród których wyróżniały się wiszące na łańcuchach i opuszczane z czeluści nadsceny lampy. Spektakl przybrał więc formę płynącej z wolna, poważnej i głęboko filozoficznej opowieści, rozładowywanej tylko niekiedy wybuchami gniewu czy porywczej zapalczywości, a z rzadka także śmiechem. Jest w tym pomyśle zarówno siła, jak i słabość, bowiem sam tekst zachęca do większego spuszczenia powietrza z balonu patosu i spojrzenia nań z ironicznego dystansu. W absurdalnej historii przeświecał mi czasem dialogowy dowcip Molière’a, farsowa bieganina w trzasku zamykających się drzwi, prawdziwie komediowy potencjał, który nie miał szans wybrzmieć w ogólnej powadze, tak jakby Kurzawa obawiał się, że przesłanie sztuki zniknie przykryte niepotrzebnym humorem.

W tym klimacie pozostali więc także aktorzy. Niekiedy puścił oko do publiczności świątobliwy braciszek Mateusza Palucha czy intrygantka Daja Izabeli Brejtkop, ale to by było na tyle. Wyrysowane dość jednowymiarowo, papierowe postaci będące bardziej obrazem idei i postaw, niż prawdziwymi pełnokrwistymi ludźmi, nie pomagały w kreowaniu pogłębionych ról. Jak zwykle w inscenizacjach „Natana mędrca” najwięcej możliwości interpretacyjnych otrzymała młodziutka Recha. Laura Pajor błyskotliwie wykorzystała tę szansę z przekonaniem i naturalną swobodą ukazując metamorfozę swojej bohaterki, targana emocjami, dziewczęcą naiwnością i wyniesioną z rodzinnego domu życiową mądrością. Marek Braun stworzył Saladyna na miarę nie tylko muzułmańskiego pomnika – władcę oświeconego, otwartego na nowe idee, głęboko rodzinnego i wielkodusznego, którego majestat podkreślają założone za plecy ręce i wyprostowana jak struna postawa. Jego przeciwieństwem jawi się niemal wiecznie wzburzony templariusz Tomasza Wóltańskiego, którego młodzieńcza energia i gorąca krew symbolizowane czerwonym płaszczem pchają do nagłych, nie zawsze roztropnych czynów. Drobną rolę patriarchy zamienia w prawdziwą perełkę odziany w szykowną czerń Piotr Kondrat, błyskający pierścieniem sprawowanego urzędu i emanujący nienawistną grozą, niczym przywódca mafii, a nie religijnej diaspory. Na ich tle ginie nieco wycofany Łukasz Węgrzynowski, którego wychwalana na scenie mądrość, żydowska przezorność i doświadczenie kłócą się z mocno neutralnym strojem pustynnego obieżyświata, który wzmocniony charakterystyczną urodą aktora mimowolnie kierował moje myśli do młodego Obi-Wana z „Gwiezdnych Wojen”. Reżyserski zamysł miał pozbawić scenę symboli religijnych, tak aby na plan pierwszy wysunąć przede wszystkim człowieka, nie zaś chrześcijanina czy Żyda. Tymczasem w detalach zachowano sugerujące akcenty, do cna odzierając z nich jedynie Natana i nie ułatwiając tym samym aktorowi jednoznacznego osadzenia w postaci. Majstersztykiem kostiumu jest natomiast derwisz Adama Majewskiego, choć sama postać fircykowatego ubogiego mistyka zarządzającego budżetem pałacu władcy nie mieści się w moim pojmowaniu orientu – jest raczej satyrą i celnie uderzającym wątkiem komicznym, który jako się rzekło, przygnieciony został istotą lessingowych rozważań. Na scenie zobaczymy również Sittah, wyemancypowaną siostrę Saladyna, w wykonaniu Anny Podolak, noszącej, o zgrozo!, spodnie oraz wspomnianą już eteryczną żonę Natana Katarzyny Dorosińskiej, która jako widmowa zjawa w płomiennej sukni nie wypowie ni pół słowa. A skoro o tym już mowa, warto podkreślić, iż spektakl grany jest bez mikroportów, a mimo to wspaniale słyszalny, za co chylę czoła przed całym zespołem aktorskim, bo to już rzadkość na dużych scenach polskich teatrów.

„Natan” Piotra Kurzawy nie powstał, by bawić publiczność, lecz by rozszerzyć myślowe horyzonty. Płynie powoli, leniwie nawet, niesiony mistyczną muzyką i sączy w umysły widzów refleksje o naturze wiary i człowieka. „Dziś potrzeba nam więcej miłości niż chrześcijaństwa” pada ze sceny i trudno tym słowom nie przyklasnąć. W czasach, gdy w Pentagonie słychać wezwania, by Wszechmogący „wybił zęby bezbożnym” i „niegodziwe dusze wydał na wieczne potępienie”, Teatr Powszechny w Radomiu przypomina, że Bóg nie stoi po niczyjej stronie, że podstawą człowieczeństwa jest zdolność empatii, wrażliwość i głęboko zakorzeniona etyka. Choć to spektakl niełatwy, niekiedy naiwny w swej archaiczności, to jego oświeceniowe humanistyczne przesłanie pozostaje nadal aktualne, dziś może jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Miłość i zrozumienie jest drogą pokojowego współistnienia kultur, religijny fanatyzm zawsze prowadzić będzie do nienawiści, wojny i cierpienia. Lessing napisał to pod koniec XVIII wieku. Wciąż się nie uczymy.

PS. Na koniec pozostawiam jednak akcent humorystyczny. Rozbawiło mnie bowiem żartobliwe utyskiwanie pań po premierze „Natana” na oszukańczy plakat spektaklu. Trzej główni bohaterowie są na nim przedstawieni w oparach mgły z nagimi torsami, a tych na scenie nie uświadczymy. Sprytne to posunięcie zapewni radomskiemu teatrowi pełną salę, przynajmniej do czasu, gdy wieść gminna nie doniesie, że zamiast golizny prawią tam jednak morały. Ale wówczas może i te morały staną się przyciągającym magnesem.

Tytuł oryginalny

Make love, not war

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Data publikacji oryginału:

31.03.2026

Sprawdź także